Kochaj lewaka, kochaj kibola

"Quo vadis" - reż. Rafał Rutkowski - Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Przeniesienie na deski teatru wzniosłego „Quo Vadis" Sienkiewicza, to zadanie wielkie i ważne, lecz karkołomne. Każdy wie, że powieść ta to mnogość postaci, scenerii i stron. A cóż powiedzieć jeśli zadanie to ma być wykonane przez czterech aktorów i to w czasie krótszym niż godzina? Tu potrzeba grupy do zadań specjalnych, a więc - Teatru Montownia.

Kocham Sienkiewicza i jego „Quo Vadis", moje przerażenie po przeczytaniu obsady było więc ogromne i paniczne. Ani jednej kobiety na liście, ani jednej aktorki zaproszonej do współpracy przez Teatr Montownia! Jak więc może zostać zagrana piękna, boska Ligia, uosobienie kobiecości i świętości? A jednak, udało się!

Ligia w brokatowej sukni (pełniącej czasem funkcję zbroi Tygellina) prezentowała się zjawiskowo. Ursus (choć średniego wzrostu) górował nad pozostałymi. Był Chillon, który jak skradał się jak cyrkowiec, zręcznie wszystkimi manipulował, a nawet – zatrzymywał czas. Była powabna i oddana Eunice, był także Marek Winicjusz oszalały z miłości, sprytny Petroniusz oraz władczy i lekko przygłupi Cezar. Była i treść, uszczuplona może o kilka wątków, ale sprawnie ujmująca najważniejsze wydarzenia. Były rzymskie łaźnie, kąpiele, a także słynna uczta u Cezara, na której Marek uwodził Ligię. Było w końcu mnóstwo śmiechu!

Udało się wycisnąć wszystko to, co potencjalnie mogło być w „Quo Vadis" śmieszne (choć podczas lektury absolutnie takie nie jest), od przejaskrawiania charakterów, przez pożar, po finał na arenie. Wszystko to było możliwe dzięki niebywałemu zgraniu, poczuciu humoru i wyczuciu chwili aktorów Teatru Montownia (Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki). Szczególne brawa należą się również Małgorzacie Szydłowskiej za opracowanie scenografii, która, prócz tego, że była minimalistyczna i funkcjonalna, wspaniale korespondowała z duchem całości, a więc była zabawna i trafiająca w sedno. Warto wspomnieć także o komentarzach muzycznych wykonywanych na żywo – zawsze w idealnym momencie, jako riposta, komentarz, znak rozpoznawczy, czy element dodatkowo rozśmieszający.

Można by się obrazić za mnóstwo rzeczy – choćby za komediową konwencję inscenizacji tak wielkiej i poważnej powieści, czy za profanowanie spraw świętych (pseudo religijne piosenki, rybacki kapelusz św. Piotra, czy obraz męczeństwa chrześcijan). Tylko nie warto się obrażać skoro to wszystko zrobiono ze smakiem, bez przesady i z widocznym przymrużeniem oka! Teatr Montownia z pewnością krzywdy literaturze nie zrobił, i aby widzów o tym upewnić, wygłosił tuż po zakończeniu spektaklu specjalną mowę (również niezbyt poważną).

Agnieszka Bednarz
Dziennik Teatralny Kraków
13 listopada 2014

Książka tygodnia

Tragedie I: Eurypides
Towarzystwo Naukowe KUL
Eurypides

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...