Kocham Cię

"Fedra" - reż: Maja Kleczewska - Teatr Narodowy w Warszawie

Postmodernizm kocha mity. Ich geneza, przekształcenia przez wieki, sprawdzanie zależności konkretnych opowieści - dla współczesnych badaczy to kopalnia interpretacji, kluczy do lektur starych narracji. Związana z tym zjawiskiem intertekstualność stanowi jedno z najciekawszych narzędzi służących naukowym poszukiwaniom. Na niej musiała niejako opierać się Maja Kleczewska, adaptując na Wierzbowej kolaż tekstów o Fedrze

Są tutaj dwa utwory klasyczne - ,,Hippolitos” Eurypidesa i ,,Fedra” Seneki, oraz dwa współczesne - ,,Dla Fedry” Enquista i ,,Fedra” Tasnadiego. O dziwo, zabrakło wystawianego zazwyczaj arcydzieła Racine’a. Reżyserka, od początku podążająca swoją własną drogą twórczą, szukała jednak innych tekstów. Utwór wielkiego oponenta Corneille’a narósł mnóstwem interpretacji, w dodatku zawsze musiały one uwzględniać jego klasycyzowanie, ograniczające nieco swobodę czytających i adaptujących. Kleczewska z kolei uwielbia dokonywać chirurgicznych wręcz zabiegów na dramacie. Jej ,,Sen nocy letniej” zachował Szekspira, ale jego swoistą zwierzęcość podkreślił całkowicie nowymi technikami twórczymi. Na trwałe przylgnęła do reżyserki łatka ,,tej, która epatuje techniką szoku”, ale ona sama raczej nie zamierza się od niej odżegnywać. Od lat podkreśla, że stara się wstrząsać ludźmi i pobudzać ich emocje.

Warszawska ,,Fedra” to już jest klasyk. Kwintesencja stylu Kleczewskiej, świadomie operującego kiczem, kontemplującego do granic możliwości poszczególne sceny. Upływ lat nie zaszkodził spektaklowi, nadal brzmi on świeżo, zwłaszcza że twórczyni nie powołuje się w nim na jakieś wydarzenia polityczne czy historyczne. Dotyka tematu miłości, który w ,,Fedrze” odsłania wszystkie swoje blaski i cienie. Kleczewska, niczym Witkacy przekonana o współczesnym upadku wszelkich uczuć (nie tylko metafizycznych), daje tożsamość postaciom mitologicznym, które często posiadają niejasny rodowód i osobowość.

Scenografia Katarzyny Borkowskiej zamyka i tak niewielką scenę przy Wierzbowej w ciasnej, szpitalnej sali. Już z wejściem na widownię dzieje się akcja, w rytm niespiesznej, uwodzącej muzyki. Fedra (Danuta Stenka) stoi nieruchomo w eleganckiej sukience w kropki i czerwonym kapeluszu, trzymając na smyczy dwa psy. Drugą rękę opiera na biodrze, podkreślając dzięki temu talię i swój erotyzm. Już na pierwszy rzut oka widać, że to wyniosła, zimna dama, która może mieć każdego. Za nią, przy dużym, dębowym stole siedzi Enona (Aleksandra Justa), w szlafroku, wypalając papierosa za papierosem. Jest wyraźnie zmęczona i zestresowana. Z prawej szpitalne łóżko, na którym podłączony do aparatury leży Tezeusz (Jan Englert). Wciąż żywy, choć widmo jego śmierci jest coraz bliżej. Po scenie kręci się Minotaur (Przemysław Stippa), półnagie ułomne dziecko. W jednej z wersji mitów jest on przyrodnim bratem Fedry, tutaj jest jej synem. Czyli niewytłumaczalna klątwa wciąż dosięga rodzinę głównej bohaterki. Tym razem ojcem Minotaura nie jest byk, ale Tezeusz. Czyżby i on był już tylko podstarzałym, lubieżnym erotomanem, który Fedrę poślubił tylko ze względu na jej urodę? Po lewej stronie stoi jeszcze łóżko z leżącą na nim Arycją (Joanna Gryga), schowaną pod pościelą i wstydzącą się pokazać choć skrawek ciała. Na środku – materac, na którym z twarzą ukrytą pod kapturem leży zwinięty w kłębek Hipolit (Michał Czernecki). Wkrótce pojawiają się Panope (Kamila Baar), ubrana w mini przebojowa dziewczyna uwodząca wszystkich mężczyzn naokoło i Teramenes (Paweł Tołwiński), biseksualny, wymalowany intrygant, interesujący się zarówno Fedrą, jak i jej pasierbem.

Przestrzeń szpitala sugeruje napiętnowanie rodzinnego świata chorobą, stanem agonii, z nikłą nadzieją na wyzdrowienie. To zresztą ciekawy chwyt, zwłaszcza że szpital faktycznie wielu ludziom kojarzy się już z czymś nieodwracalnym. Nagły powrót Tezeusza w późniejszych aktach pokaże złośliwość losu, złowieszczo podobnego do antycznego fatum. Choć tutaj jest to raczej okrutna przypadkowość, tym gorsza, że bezcelowa. Pojawiająca się w dodatku w chwili, gdy wszystko idzie ku gorszemu. Do chwili domniemanej śmierci Tezeusza słychać w tle puls serca i sygnały EKG – ten świat JESZCZE żyje, ale jak długo?

Kleczewska bardzo uważnie dobrała teksty i dała osobowość każdej z postaci w spektaklu. Cierpi na tym główna bohaterka, która już wcale nie jest tu najważniejsza, ale dzięki temu inne postacie mogą wybrzmieć silniej i wiarygodniej. Samą Fedrę najlepiej rozumie Eurypides, zawsze mający współczucie dla żeńskich person w swoich dramatach, po stronie Hipolita staje Seneka, Arycję rozumieją Enquist i Tasnadi.

Enona kocha swoją panią dziwną mieszanką platoniczno-biologicznego uczucia. Gdy ta zdejmuje swoją sukienkę, służąca zakłada ją i chlubi się tym, pokazując się w niej publiczności. Jej podszepty do ucha bohaterki Stenki nie są namawianiem do złego, ale pełną emocji opieką, by Fedrze było jak najlepiej. ,,Chociaż nie mogę Cię mieć tylko dla siebie, chcę Cię chociaż oglądać, jak jesteś szczęśliwa” – tak można streścić intencje Enony. Minotaur to, jak już wspominałem, upośledzone dziecko, miłość fizyczną i duchową łączący w jedno i to samo. Można by powiedzieć, że jego uczucie jest najczystsze ze wszystkich przedstawionych, ale Stippa w swojej roli tak balansuje na granicy współczucia i obrzydzenia, że trudno o jednoznaczną ocenę. Panope to dziewczyna, która z chęcią oddaje się miłosnym igraszkom. Służka Arycji ma nad nią całkowitą kontrolę, wykorzystuje postać Grygi do bezustannej zabawy. Potem następuje jednak w jej zachowaniu zmiana. Kiedy jest literalnie tresowana przez Teramenesa, jej buchająca seksualność nagle szuka intymności, zmęczona ciągłą aktywnością i egzaltacją. To oczywiście budzi gniew nauczyciela Hipolita. Jest on bowiem bezczelnym, knującym ciągłe spiski oszustem, któremu zależy jednak na swoim uczniu. Czyli czynione zło znajduje uzasadnienie w robieniu dobra dla innego człowieka. To odkrycie moralnej dwuznaczności zawsze było silną stroną przedstawień Kleczewskiej.

Hipolit wydaje się być znudzonym dzieckiem, mającym silną moralność, ale będąc świadomym jej życiowej nieprzydatności. Dlatego z jednej strony jest niezłomny, nieczuły na zaloty Fedry, z drugiej bawi się nią. Najpierw wyzywa ją i odrzuca (,,Ty kurwo!”), potem nagle podchodzi i całuje. Może to sadyzm tłumiony w ciele niedoświadczonego chłopca, bliżej w takim razie byłoby bohaterowi Czerneckiego do Hipolita z ,,Miłości Fedry” Kane. Teramenes uczy go: ,,Miłość jest grą”. Przyspieszone dojrzewanie budzi w młodym człowieku to, co mroczne. Jego uczucie do Arycji jest pozbawione namiętności. W scenie wyznania sobie miłości oboje wypowiadają słowa bezbarwnie. W pewnym momencie Hipolit zapomina tekstu, więc jego ,,ukochana” podaje mu kartkę z odpowiednimi na tę chwilę słowami. Innym razem Minotaur stara się wyrazić swoje uczucie do Panope olbrzymim, kiczowatym różowym misiem. Tradycyjne symbole miłości zostały wytarte, sprowadzone do komercyjnych marek i banałów. Co więcej, przecież tak samo stało się ze słowami. Kleczewska w swoich spektaklach chce oddać podstawowym wyrazom ich sens, dlatego wszelkie wyrażenia w rodzaju: ,,Nie odchodź” i ,,Kocham Cię”, są całkowicie poważne i naładowane skrajnymi emocjami. Niektórzy uważają, że ten semantyczny puryzm to wada inscenizacji reżyserki, wydaje się jednak, że ta wrażliwość na język i jego możliwości nie może zostać zbanalizowana. U Kleczewskiej forma zawsze wynika z treści, nigdy na odwrót.

O pozostałych postaciach, Fedrze, Arycji i Tezeuszu, nie da się napisać, bez podjęcia kluczowej w spektaklu kwestii ,,męskość a kobiecość”. Nie da się ukryć, że wykreowany na Wierzbowej świat to świat bez ojców. Wydaje się, że pogrążony w śpiączce Tezeusz ustąpił miejsca dominującej Pramatce – Fedrze. Stopniowy upadek bohaterki Stenki pokazuje nietrwałość żadnego porządku, czy to patriarchalnego, czy matriarchalnego. Przenikają się tu w postaciach cechy męskie i kobiece, dla Kleczewskiej śmieszne byłoby porządkowanie świata według klasyfikacji bezustannie rozgrzanych przecież emocji. A to one stanowią wszakże o naturze damsko-męskich związków. Fedra w wykonaniu Stenki to wulkan uczuć. Zwierza się Enonie w nieco przydługim monologu ze swojej miłości do Hipolita. Widać, że ta fascynacja jest przede wszystkim zwierzęcym podziwem dla fizyczności, ale sama bohaterka deklaruje: ,,Nie jestem zwierzęciem!”. Dla Kleczewskiej ciało jest kluczowe w procesie odczuwania i budowania więzi. Masową konsumpcją staramy się przytłumiać to, co w procesie tworzenia przywiązania kluczowe – współczucie, szacunek. Motyw bulimii wzięty z Tasnadiego to syndrom zachowań wszystkich niemal bohaterów, łapczywie pochłaniających potrawy z suto zastawionego stołu.

Fedra to wzór kobiecości. Czerwona sukienka i buty na obcasie – sobowtóry żony Tezeusza migają widzom przed oczami, pokazując, jak łatwo przyjmują się takie ideały. To pewna logiczna konsekwencja. Jest w przedstawieniu przepiękna scena, kiedy Panope uczy Arycję chodzić na obcasach. To w pewien sposób wtłoczenie w normę społeczną, ale z drugiej przystosowanie do dojrzałości, gotowości przyjęcia wyznaczonej roli i odpowiedzialności za nią.

Tezeusz powraca w całej swojej krasie – ubrany w fioletowy, pokryty brokatem garnitur. Męskość zniewieściała, silna i prymitywna, ale już nie opiekuńcza i porządkująca świat. Bóg-Ojciec ustąpił Pramatce. Wobec jej klęski niewiele jest w stanie zdziałać, skoro niczego nie nauczyło go doświadczenie śmierci. Wygania syna. Teramenes, nagi i zakrwawiony, tekstem Seneki obwieszcza śmierć potomka Tezeusza. Mężczyzna ucieka w ramiona Arycji – dziewczyna, ocalała z rzezi, pozbawiona ciepłego ramienia, rzuca się w objęcia ojca Hipolita. I tak trwają w uścisku, gdy scena wypełniona jest wieńcami pogrzebowymi. Fedra popełnia ciche samobójstwo. Panope śpiewa ,,Cruelty has a human heart” Blake’a. Zewnętrzna fizyczność okazuje się nie tak niszcząca, jak to, co kłębi się wewnątrz ludzi.

,,Fedra” Kleczewskiej, choć może się wydawać niespecjalnie odkrywcza, niesie w sobie przede wszystkim duży ładunek emocjonalny. Nie da się oglądać przedstawień twórczyni ,,Marata/Sada” na chłodno. Reżyserka świadomie odwołuje się do niepokojących obrazów. Można zapytać: czy postulowana estetyka szoku nie jest już zmęczonym materiałem? Ile w końcu można szokować? Przed nami premiery ,,Burzy” i ,,Orestei”. Kto wie – może rok 2012 zapisze się jednak jako rok Mai Kleczewskiej?

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
16 stycznia 2012

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia