Kochankowie z Teatru the Globe

"Romeo i Julia" - reż. Michał Znaniecki - Opera Śląska w Bytomiu

Najciekawsze w inscenizacji Michała Znanieckiego jest odwołanie się do szekspirowskiego teatru. Luigi Scoglio zabudował scenę rodzajem amfiteatru, podobnego do słynnego rzymskiego zabytku Werony, ale jest też w tym pomyśle inspiracja widownią elżbietańskiego The Globe.

Skromnej Operze Śląskiej należą się słowa uznania za to, że zdecydowała się przywrócić na polskie sceny najpopularniejszą obok "Fausta" operę Charles'a Gounoda. Nie brakuje co prawda głosów, że francuski kompozytor zbytnio polukrował tragedię o kochankach z Werony, ale jest to sąd bardzo krzywdzący. Gounod nasycił operę bogactwem lirycznych melodii, przede wszystkim w duetach, ale zachował przebieg akcji, choć z pewnymi znaczeniowymi zmianami. U Shakespeare'a Romeo i Julia byli nastolatkami, w operze ich wiek nie ma tak istotnego znaczenia, postacie są zatem wiarygodne, kiedy wcielają się w nie śpiewacy o pewnym doświadczeniu (inni zresztą nie podołaliby trudom tak wielkich partii). A cała tragedia została dopasowana do konwencji romantycznej miłości naznaczonej piętnem śmierci, będącej tematem wielu XTX-wiecznych oper włoskich czy francuskich.

Dziełu Gounoda bliżej jednak do "Tristana i Izoldy". Rodzimi krytycy wręcz zarzucali Gounodowi uleganie wpływom Wagnera, co nie oznacza, że komponując "Romea i Julię", inspirował się jego muzyką. Można wszakże uznać jego dzieło za francuską wersję Liebestod i wyraz poglądów bliskich Wagnerowi, który uważał, że prawdziwa miłość nie jest możliwa za życia, a spełnienie następuje dopiero z chwilą śmierci. Zarówno "Tristan i Izolda", jak i "Romeo i Julia" przyjmują jej nadejście ze spokojem, wręcz z nadzieją, że uwolni ich od przeciwności losu, a przyniesie wieczne połączenie.

Inscenizujący "Romea i Julię" w Bytomiu Michał Znaniecki bardziej odwołał się wszakże do literackiego pierwowzoru i nadał miłosnej historii ponadczasowy charakter. Zresztą już autorzy libretta - Jules Barbier i Michel Carre - zatarli społeczne tło tej tragedii. O ile początkowy chór, będący wprowadzeniem w konflikt rodów, można uznać za adaptację monologu księcia Escalusa z Shakespeare'a, o tyle potem nienawiść Montecchich do Capulettich i odwrotnie została lekko zaznaczona. Michał Znaniecki poszedł dalej: spektakl rozpoczął obrazem beztroskiej dziecięcej zabawy dziewczynki i chłopczyka, których następnie brutalnie rozdzielili rodzice. To jedyny moment w Bytomiu mocno podkreślający wzajemną wrogość dwóch rodów. Późniejsze spotkanie Julii i Romea, które zatem nastąpiło po latach, nabrało nieco innego sensu. Nie ma wybuchu pierwszej miłości, która zawładnęła parą nastolatków nieznających dotąd tego uczucia. Bohaterowie Gounoda to dorośli ludzie, a miłość jest dla nich przeznaczeniem, od którego nie można uciec. Michał Znaniecki (także autor kostiumów) przygotował spektakl w strojach wystylizowanych historycznie, ale uwspółcześniony, bo w świecie niesłychanie brutalnym.

Walczące bandy pojawiły się na scenie wcześniej niż Julia ze słynnym walcem. Zbiry o twarzach zakrytych chustami budzą jednoznaczne skojarzenia z problemami dzisiejszego świata. W pierwszym momencie ich obecność zaciekawiała, potem wszakże natrętna powtarzalność sytuacji i ruchów (choreografia Elżbiety Pańtak i Grzegorza Pańtaka) nużyła, zacierając klarowność scenicznych obrazów. Reżyser chciał jednak zapewne stworzyć wielkie widowisko na niedużej bytomskiej scenie. Tym należy też tłumaczyć intensywną obecność zespołu baletowego. O ile w akcie pierwszym uatrakcyjnił on zabawę w domu Capulettich, o tyle ryzykowna okazała się decyzja (podjęta zapewne przy udziale kierownika muzycznego Bassema Akiki)

zachowania obszernej, a z reguły współcześnie usuwanej muzyki baletowej z aktu czwartego - zaślubin Julii z Parysem. Autorom choreografii, specjalizującym się we współczesnych stylach tańca, technika neoklasyczna sprawiła sporo kłopotu.

Najciekawsze w inscenizacji Michała Znanieckiego jest natomiast odwołanie się do szekspirowskiego teatru. Autor scenografii Luigi Scoglio zabudował scenę rodzajem amfiteatru, podobnego do słynnego rzymskiego zabytku Werony, ale jest też w tym pomyśle inspiracja widownią elżbietańskiego The Globe w Londynie. Na środku została umieszczona okrągła, drewniana scenka, na której rozgrywały się wydarzenia. Raz stawała się salą balową, w innym momencie olbrzymim łożem z zawieszonym nad nim lustrem. Obraz budzących się po nocy poślubnej Romea i Julii był chyba najładniejszym wizualnie fragmentem przedstawienia. Pomysł takiej zabudowy sceny miał istotny walor: reżyser nie tworzył iluzji realnego świata, pokazywał zdarzenia z pewnego dystansu. To rodzaj teatru w teatrze, a widz miał świadomość umowności wyznań wyśpiewywanych przez protagonistów.

Jest bowiem "Romeo i Julia" operą miłosnych duetów, które zajmują centralne miejsce w każdym z pięciu aktów, nawet w trzecim. Tu scenę zaślubin kompozytor rozpisał co prawda na kwartet solistów, ale Ojciec Laurenty i Gertruda jedynie uzupełniają wyznania Julii i Romea. Trzeba zresztą docenić umiejętność Gounoda, który w każdym z duetów zastosował odmienne środki muzyczne. Tym trudniejsze zadanie spoczywa na solistach, może dlatego też role kochanków z Werony powierza się najwybitniejszym artystom lub gwiazdom (co nie zawsze bywa tożsame). W tak zwanej drugiej bytomskiej obsadzie, którą widziałem, byli to Ewelina Szybilska i Sang-Jun Lee.

Zdecydowanie lepsze wrażenie wywarł koreański tenor, znany już zresztą z polskich scen, śpiewający wyrównanym głosem o ładnym brzmieniu, który na dodatek umiejętnie starał się różnicować postać Romea, odnajdując w muzyce wiele niuansów. Tej umiejętności brakuje bytomskiej solistce. Ewelina Szybilska to sopran o sprawnych koloraturach, ale momentami brzmiący dość płasko, była więc Julią najwyżej poprawną, a psychologicznie zdecydowanie mniej ciekawą od Romea. Pozostała część obsady opery, w której Gounod mocno wyeksponował jedynie parę kochanków, prezentowała zróżnicowany poziom. Szlachetną wokalnie postać Laurentego stworzył Zbigniew Wunsch (Laurenty), kuplety pazia Stefana starannie zaśpiewała Anna Noworzyn-Sławińska, dobrą postać piastunki Julii, Gertrudy, stworzyła Renata Dobosz, zwłaszcza na tle Cezarego Biesiadeckiego (Kapulet) i Adama Sobierajskiego (Tybalt), mających wyraźne kłopoty z intonacją. Całość natomiast sprawnie poprowadził nowy szef artystyczny Opery Śląskiej, Basem Akiki, prezentując obszerne dzieło Gounoda tylko z niewielkimi skrótami. Najdotkliwiej zabrakło finału czwartego aktu: w ten sposób tragedia Romea, zmuszonego na zawsze opuścić Weronę, stała się mniej przejrzysta.

Jacek Marczyński
Ruch Muzyczny
10 stycznia 2018

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia