Kolada na wiele sposobów

"Tramwaj zwany pożądaniem" -reż. Nikołaj Kolada - 1. Festiwal Kolada Fest

W „Tramwaju zwanym pożądaniem" Tennessee Williamsa występują przede wszystkim cztery główne postaci: Blanche, Stella, Stanley i Mitch. Do tego można jeszcze doliczyć sąsiadkę Eunice, kolegów od pokera, lekarza i pielęgniarkę. W ten sposób całość obsady powinna zamknąć się w maksymalnie dziesięciu osobach. Dlatego nie ukryłam swojego zdziwienia, zauważywszy, iż w „Tramwaju..." w reżyserii Nikołaja Kolady gra dobrze ponad dwadzieścia osób. Zastanawiałam się kim oni staną się na scenie i jakie role zostaną im przypisane. To pierwsze zdumienie stało się początkiem intrygującej podróży w amerykański pseudo-świat, jaki mogła zobaczyć publiczność zgromadzona na Festiwalu Kolady organizowanym w stołecznym Teatrze Studio. Jednak inscenizacja ta to również dużo więcej.

Spektakl Kolady można czytać na wiele różnych sposobów, co jest jednym z największych atutów tej inscenizacji. Pierwszy sens wydaje się być oczywistym już na samym początku, gdy na scenę wkracza Indianin w majtkach w amerykańską flagę. Powłóczystym krokiem przechadza się, wprawiając w ruch wiszące nad sceną cztery metalowe lampy. Następnie kieruje się do jednego z kratowanych ogrodzeń po prawej stronie sceny (bliźniacze umieszczone zostało po stronie lewej) i z lubieżnym uśmieszkiem pokazuje zaciekawionej publiczności środkowy palec. W późniejszych scenach towarzyszyć mu będzie Statua Wolności – również w narodowych barwach Ameryki. Niezapomniane pozostanie ukazanie łączącej ich relacji – gdy Indianin wyjmuje pieniądze (w postaci bezwartościowych skrawków papieru), Statua pokazuje piersi. Nie zna granic swojego wstydu, jeśli chce posiadać coraz więcej. Granicą wydaje się być pokazanie narządów płciowych, czemu Statua się opiera, lecz i na to Indianin znajduje swój sposób – władczo przeciąga ją przez scenę, pokazując gdzie tak naprawdę jest jej miejsce – za kulisami. Te i podobne sceny zdecydowanie wpływają na wartość spektaklu, a pomimo swej intensywności i wyrazistości nie spychają na drugi plan wątku głównego sztuki.

Dzisiejszym językiem Blanche DuBois moglibyśmy delikatnie określić, jako kobietę po przejściach. Ta nauczycielka języka angielskiego lekką rączką roztrwoniła rodzinny majątek, a gdy nie miała się gdzie podziać, postanowiła pojechać do swej młodszej siostry, Stelli. Tramwaj zwany pożądaniem przywiózł ją wprost na Pola Elizejskie – miejsca, gdzie diabeł mógłby powiedzieć dobranoc, gdyby nie fakt, że sam całkiem nieźle się bawi. Stella (Wasilina Makowcewa) wiedzie dość zwyczajne życie u boku męża – Stanleya Kowalskiego (Oleg Jagodin). W sztuce Williamsa bohater ten został ukazany, jako podręcznikowy przykład „typowego" mężczyzny, u którego pierwotne instynkty przeważają nad wszystkim. Jest władczy, stanowczy, bardzo męski. Dla Blanche to po prostu dzikus. Kolada postanowił ukazać ową dzikość Stanleya przede wszystkim w jego zachowaniu, które nie zawsze współgrało z wyglądem zewnętrznym Jagodina. Jego Stanley jest postury raczej wątłej, dużo niższy od Blanche, z chłopięcą budową ciała. Choć aktor bardzo dobry, to nie do końca pasował do swojej roli. Jego delikatna sylwetka nie była w stanie stłamsić, czy chociażby przestraszyć Blanche, nie mówiąc już o napawaniu jej i publiczności obrzydzeniem.

Dodatkowo, jego głosowi – jakby przymglonemu i przyciszonemu zabrakło gwałtowności oraz stanowczości Stanleya Williamsa. Niemniej, posiadał w sobie kilka cech, które wskazywały na ową dzikość i prymitywizm jego postaci. Mam tu na myśli chociażby kompulsywne przeczesywanie włosów grzebieniem, na który uprzednio spluwał z emfazą, czy nonszalanckie palenie papierosa i gaszenie go o obślinioną dłoń. Zabiegi te pozwoliły choć na chwilę dostrzec w nim tak oczekiwaną dzikość, jednak w większości scen został po prostu przyćmiony przez swoje koleżanki po fachu. W pewnym momencie przedstawianej na scenie historii Stanley oświadcza, że jest urodzonym Amerykaninem – to on staje się ucieleśnieniem typowego przedstawiciela Stanów Zjednoczonych. Myślę, że właśnie w tym kluczu należy interpretować dobór tej postaci, bo przecież taka jest Ameryka Kolady – wątła, krucha, przypominająca kolos na glinianych nogach. Jeśli tak ma być, to wybór drobnego Jagodina okazał się jak najbardziej uzasadniony.

Spektakl bezapelacyjnie wygrała Irina Jermołowa w roli Blanche. Choć dużo wyższa od pozostałych aktorów, swą sylwetką górowała nad nimi, to jednak w środku pozostała krucha niczym porcelanowa figurka. Z ogromną skórzaną walizką staje przed drzwiami Stelli. Nie może uwierzyć, w jakich warunkach żyje jej młodsza siostrzyczka, nie jest w stanie pojąć, że nie przeszkadza jej brud i bieda panujące wokół. Blanche kreuje się na damę z wyższych sfer – otulona lisami, pachnąca perfumami – 25 dolarów za butelkę, co krok wyraża swoją dezaprobatę wobec życiowych wyborów siostry. Jest niebywale egzaltowana i wiecznie zmęczona. Długie, gorące kąpiele i szklaneczka whisky wydają się jej jedynymi sprzymierzeńcami. Blanche jest postacią pełną ekspresji, co doskonale udało się pokazać Koladzie na scenie, unikając jednocześnie przesady i przerysowania. W postępującym ze sceny na scenę pomyleniu zmysłów pozostawała nad wyraz autentyczna.

Na uznanie zasługują zabawy Kolady z symbolami, które widać zwłaszcza w prowadzeniu postaci Blanche. Kobieta w scenie szczerej i emocjonalnej rozmowy z Mitchem (pretendentem do jej serca) wyznaje mężczyźnie wszystkie swoje grzeszki i przewinienia. Oczywiście nie doszłoby do tego, gdyby nie Stanley, który zawczasu wywiedział się, czym tak naprawdę zajmowała się jego szwagierka w niedalekiej przeszłości (prowadziła się co najmniej nieskromnie) i dlaczego nie pracuje już w szkole (dostała wilczy bilet za uwiedzenie siedemnastoletniego ucznia) i poinformował o wszystkim swego przyjaciela, Mitcha. Podczas tłumaczenia mężczyźnie powodów swego postępowania Blanche przyjmuje rolę pokrzywdzonej cierpiętnicy. Scena ta przypomina wyznanie grzechów i chęć ich odkupienia. Jermołowa ubrana w błękitną suknię przywodzi na myśl skalaną Matkę Boską spowiadającą się ze swej grzesznej przeszłości. Czystość i niewinność zostały przemienione w brud i rozpustę – nastąpiło odwrócenie porządku rzeczy, co (wedle Kolady) nie jest w Ameryce niczym nadzwyczajnym. Również jedna z najlepszych scen całego spektaklu pełna jest symboli. Gdy Stella trafia do szpitala, (spodziewa się dziecka) Stanley i Blanche zostają w domu sami. Wtedy też dochodzi do ostatecznej konfrontacji. Blanche ubrana w wygniecioną i mocno już sfatygowaną suknię ślubną, z rozczochranymi włosami i rozmazanym makijażem przedstawia klasyczne studium upadku człowieka, stanowi jednocześnie widmo nadchodzącego nieszczęścia, którego wcześniejszą zapowiedzią był Indianin sprzedający kwiaty dla umarłych. Kolada doskonale przenicował motyw panny młodej, przemieniając ją w tragiczną kobietę, której nie jest przeznaczona nowa droga życia, a coś zgoła odmiennego. Ostateczny upadek Blanche przypieczętowany zostaje zachowaniem Stanleya, który opluwa jej nagie, spocone plecy, by raz jeszcze ukazać poniżonej kobiecie, co tak naprawdę o niej myśli. Blanche próbuje skryć się w swojej wielkiej walizce – tylko tam, pośród miękkich lisów i drogocennej biżuterii może czuć się bezpieczna.

Kolada również dobrze poprowadził Makowcewą w kreacji Stelli – kobiety delikatnej, niemal dziewczęcej, ale z ikrą i błyskiem w oku. Choć miała ona obok siebie fenomenalną partnerkę, nie pozostawała zbyt długo w jej cieniu. Niemniej, pomimo tej wyrazistości trzeba pamiętać, że to nie ona grała pierwsze skrzypce. Na szczęście nie stanowiła też swoistego „dodatku" do siostry, co jest najczęstszym przewinieniem reżyserów zmagających się z tą sztuką Williamsa. Doskonale wkomponowała się w tło spektaklu i z łatwością potrafiła wejść w swoją rolę. Można to było zauważyć już w jednej z pierwszych scen, w których wybiega na powitanie Blanche. Z początku zdezorientowana, szybko stwarza kreację młodszej, a zarazem współczującej siostry. Kolada świetnie też rozegrał pierwsze spotkanie sióstr DoBois. W scenie powitania wykorzystane zostały pomalowane białą farbą metalowe ogrodzenia – kobiety, znajdując się po przeciwległych końcach sceny, machały do siebie, wyciągając ręce zza krat – jednak nie mogły się dotknąć. Były blisko siebie, a zarazem tak daleko. Ten dystans zasygnalizowany na początku spektaklu będzie się pogłębiał z każdą chwilą trwania opowieści aż do tragicznego końca, kiedy to młodsza siostra zmuszona zostaje wziąć odpowiedzialność za życie starszej i umieszcza ją w szpitalu psychiatrycznym. Dla Stelli jest to doświadczenie niezwykle trudne, dla Stanleya – wręcz przeciwnie. Nawet, gdy pielęgniarka siłą próbuje wyprowadzić Blanche z mieszkania, nie przerywa gry w karty z kolegami. I w tej scenie nie zabrakło pewnej ciekawej symboliki. Na proscenium Blanche chowa się przerażona do swej walizki, obok Stella bijąca się z myślami, a za kolorowymi, prześwitującymi materiałami, odgradzającymi resztę sceny, dostrzec można było rząd wpatrzonych w nich mężczyzn ubranych jedynie w majtki, oczywiście w kolorze flagi amerykańskiej. Nikt nie tylko nie jest w stanie, ale też nie chce pomóc biednej kobiecie, dla której życie właśnie się kończy.

Przywołane już kolorowe zasłonki znakomicie wpisują się w ogólne tło scenograficzne. Dzięki nimi Kolada dokonał niemal genialnego rozpracowania przestrzeni scenicznej – powstało kilka planów, na których symultannie rozgrywały się poszczególne wątki sztuki. Na czarnej ścianie znajdował się czerwony motyl –metafora pragnień Blanche o życiu słodkim i lekkim, które nigdy nie zostało urzeczywistnione. Nie sposób również nie wspomnieć o doskonale dobranej muzyce, która nie tylko budowała unikalny klimat spektaklu, ale także stanowiła ważny głos w przedstawianych wątkach. Ciekawe, że raz na jakiś czas bohaterowie śpiewali wraz z Marleną Detrich niemieckie piosenki. Zastanawia, dlaczego Kolada połączył amerykański świat z niemieckim językiem. Czy tak jak w nazistowskiej Rzeszy, tak w Stanach Zjednoczonych jednostka nie może liczyć na wolność, skazana na zniewolenie – czy to rządzących, czy np. pieniądza? W momencie, w którym postaci wyśpiewują niemieckie słowa, w głowach publiczności otwierają się kolejnego furtki na drodze do interpretacji spektaklu Kolady. W tę spójną i logiczną całość doskonale wpasował się cały zespół Teatru – już na samym początku wyjaśniła się zagadka – skąd na scenie tylu aktorów? Otóż większość z nich stanowiła swoisty niemy chór, który w podskokach i tańcach, z maskami na twarzach stanowił kolejny ważny element całego spektaklu. Aktorzy w karnawałowych maskach (ale też tych, które kojarzą się bezpośrednio z Ameryką – m.in. wspomniana już Statua Wolności, czy Kuba Rozpruwacz) podskakują w rytm, tworząc tym samym świat, w którym jednostka zatraca swą indywidualność na rzecz tłuszczy, oczywiście amerykańskiej. Sceny z ich udziałem były niezwykle barwne, intensywne, a jednocześnie nie rozpraszały widzów – stanowiły po prostu spójny element całego konstruktu.

„Kimkolwiek jesteś – zawsze mogłam liczyć na obcych." To ostatnie słowa, jakie wypowiada Blanche. Skierowane są one do lekarza – nieznajomego człowieka, który od teraz stanie się jej jedynym ratunkiem. Zdanie to musiało zaboleć Stellę, Stanleya nie wzruszyło, a czym było dla samej Blanche? Chyba ostatnim przebłyskiem świadomości – ostatnie słowa prawdy, okrutnej i bolesnej, lecz niepodważalnej. Nikołaj Kolada podszedł do pracy nad „Tramwajem..." w sposób niezwykle profesjonalny i twórczy. Nie tylko przedstawił na scenie sztukę Williamsa, którą przecież wszyscy znamy doskonale, ale przede wszystkim dobudował do niej sensy, o których większość nawet by nie pomyślała. Bez wątpienia była to najlepsza inscenizacja „Tramwaju...", jaką do tej pory widziałam. Przemyślana, dopracowana w najdrobniejszym szczególe i przede wszystkim znakomicie zagrana. Po tak wyśmienitej uczcie teatralnej chce się tylko więcej. Nic też dziwnego, że festiwalowa publiczność nagrodziła artystów długimi owacjami na stojąco – zasłużyli na to jak mało kto w dzisiejszym teatrze.

Teatr Studio im. St. I. Witkiewicza
Tytuł: Tramwaj zwany pożądaniem

Autor sztuki: Tennessee Williams
Reżyser: Nikołaj Kolada

Spektakl prezentowany w ramach Festiwalu Kolady 2014, którego współorganizatorem był Teatr Studio im. St. I. Witkiewicza

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny Warszawa
29 listopada 2014
Portrety
Nikołaj Kolada

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia