Komunikacja w godzinie zero

"Łysa śpiewaczka" - reż. Maciej Prus - Teatr Narodowy w Warszawie

Można założyć, że "Łysa śpiewaczka" zostanie przywrócona światu na wędzidle idei postdramatyczności. Dramat Ionesco daje silny asumpt do pójścia tą drogą. Możliwość urzeczywistnienia takiej wizji w inscenizacji zrealizowanej pod auspicjami Teatru Narodowego wydaje się jednak dosyć odległa.

Reżyseria zgodna z postdramatycznym Zeitgeistem nie umniejszyłaby wartości samego tekstu. Nieobecność fabuły (jeśli pojąć ją na sposób arystotelesowski jako uporządkowany układ zdarzeń; tu postacie nie istnieją ze względu na działania, lecz na urzeczywistnienie aktu mowy), odmalowanie rozpadu komunikacyjnego - te elementy sugerują możliwość drastycznego oddalenia od reprezentacji i wykorzystania wielopłaszczyznowości środków przekazu. Z drugiej strony, linia repertuarowa Teatru Narodowego odsuwa perspektywę nieposkromionego eksperymentu - choć niedawna "Oresteja" mąci nieco tę pewność (swoją drogą, to interesujące, jak spektakl Kleczewskiej przenika do uzusu języka teatru jako emblemat estetycznego chaosu i gwałtu na tolerancji przeciętnego widza).

"Łysą śpiewaczkę" można łatwo wyobrazić sobie na scenie - o językowa ironio - w stylistyczno-formalnym utrefieniu. Intrygujący jest zatem minimalizm scenografii. Przestrzeń częściowo odgradzają plansze pokryte okleiną przypominającą łazienkową glazurę. Na środku stoi stół ustawiony ukosem do publiczności. Dopiero po chwili zauważa się tablicę elektroniczną, ulokowaną przy krawędzi jednej z plansz. Pojawiające się na niej napisy nasuwają skojarzenia z tabelą odjazdów i przyjazdów. A zatem przestrzeń gry należy powiązać z dworcową poczekalnią. Tu już można się spodziewać (w pierwszych minutach spektaklu!), jak zostanie wyregulowana optyka interpretacyjna. W soczewce skupi się doraźność i interesowność kontaktów międzyludzkich i komunikacyjna makdonaldyzacja.

Początkowa leniwa cyrkulacja frazesów wypowiadanych przez Pana i Panią Smith (Artur Żmijewski i Ewa Wiśniewska) utrzymana jest w tonacji realistycznej, co rozmywa nienaturalność treści. Sytuacja rodząca się między dwojgiem małżonków zadaje kłam zasadzie "mówię, więc jestem". Imperatyw mówienia traci na sile - Pani Smith usiłuje nawiązać kontakt z małżonkiem bynajmniej nie z konieczności konserwowania tradycji small talk, lecz w nadziei na ożywienie uwagi partnera. Gospodyni przechyla się w stronę męża, przesuwając dłonią po krawędzi stołu. Pan Smith odgradza się od niej rozłożoną gazetą. Akt mówienia, przynajmniej w przypadku postaci Wiśniewskiej, nie jest realizowany pod wpływem przymusu symbolicznego. Zawiera się w nim pragnienie, choćby zdawkowego, kontaktu.

Sytuacja zmienia się wraz z przybyciem państwa Martin (Anna Seniuk i Jacek Mikołajczak) na grzecznościowe five o'clock. Odwrót od konwencji realistycznej dokonuje się choćby za sprawą wyrazistości charakterów zaproszonych gości. Martinowie, w przeciwieństwie do nieco bezbarwnych gospodarzy, wnoszą koloryt w martwy salonik. Postać grana przez Seniuk jątrzy atmosferę spotkania swoją czupurnością, z kolei partnerujący jej Mikołajczak czaruje bon tonem i aksamitnym głosem retora. Jednak to nie w zróżnicowaniu temperamentów postaci tkwi zasadnicza przyczyna zmiany aury. W momencie zajęcia miejsc przy stole zaczyna się komunikacyjna maskarada.

"Rozmowa" nie jest niczym więcej niż próbą animowania martwych struktur językowych. Akty mowy nie wpływają w żaden sposób na zmianę otaczającej rzeczywistości, nie oddziałują na odbiorców. Ba, trudno jest w ogóle mówić o perlokucyjnym aspekcie relacji nadawcy i odbiorcy, skoro proces kodowania i dekodowania komunikatu jest ewidentnie upośledzony. Innymi słowy, każdy mówi sobie a muzom. I coraz silniej trzyma się matryc językowych, wypaczając treść wypowiedzeń, pilnując jedynie poprawności konstrukcji gramatycznych. Wszelka wartość merytoryczna wypowiedzi idzie na przemiał, toteż rozmowa urąga wszelkiej logice; Smithowie i Martinowie w jednej pogawędce ucierają paralogizmy, stereotypy, banały, czy tak rzadko wykorzystywane w języku potocznym konstrukcje frazeologiczne. Słowem - nie liczy się to, co mówią biesiadnicy. Ważne jest jak. I nie chodzi tu bynajmniej o kunszt oracji ani możliwość wygenerowania licznych bezsensownych zdań przy zachowaniu prawideł składniowych.

O czym zatem świadczy takie zwyrodnienie mowy? Nie można złożyć jej na karb braku kompetencji odbiorczych, przejawiającym się choćby w lukach w wykształceniu czy przynależności do odmiennych kręgów kulturowych. Czynnikiem wpływającym na nienaturalność języka jest coś zgoła innego. Small talk stanowi serię minilogosów, które stwarzają i konserwują konwenans. "Łysa śpiewaczka" nie jest więc abstrakcyjnym traktatem o naturze języka. Całość jest zadziwiająco mocno osadzona w rzeczywistości.

O tym, że człowiek jest istotą społeczną, najdobitniej świadczą sceny z udziałem ofermowatego Strażaka (Grzegorz Kwiecień). Seans opowiadanych anegdot wskazuje na to, jak reakcje słuchaczy mogą podciąć lub dodać skrzydeł. Ten moment mógłby stać się zaczynem kapitalnej historii o sile autoprezentacji i wadze społecznego występu. Niestety, temat walki o bycie w centrum nie został dostatecznie rozwinięty. Co prawda kulminacyjny moment w postaci żarliwego popisu służącej Mary (Beata Fudalej) wyraźnie wskazuje na pragnienie wybicia się przez marginalizowaną jednostkę. Odziana w symbolizujący namiętność malinowoczerwony kostium (w odróżnieniu do czarnych strojów biesiadników czy uniformu Strażaka) Mary jest jedyną postacią przejawiającą afektację, powiem więcej - jakiekolwiek szczere uczucia. Emfatyczna recytacja wiersza o pożarze (tu w oderwaniu od profesji jej kochanka; ogień oznacza pasję, wewnętrzny żar) spotyka się z sarkazmem słuchaczy. Celny zabieg, ulegający jednak znacznemu uproszczeniu, a sam koncept został zaniechany zbyt szybko.

Zresztą, samo widowisko urywa się niespodziewanie. Smithowie i Martinowie ponownie zasiadają do stołu. Rozpoczyna się istne biblijne pomieszanie języków. Każdy wydaje się posługiwać inną mową; dyskusją nie rządzi już żaden logiczny przekaz, wszystko zostaje zalane glazurą niepotrzebnych słów. Światło gaśnie z nagła. W ten sposób krach komunikacji międzyludzkiej wydaje się być ostatecznie przypieczętowany. Taka konstatacja może być jednak zwodnicza. Każda z postaci wyrzuca z siebie bezsensowne frazy, powtarza zbitki sylab - lecz w tej echolalii "dyskutanci" odnajdują wspólny rytm. Po raz pierwszy tworzą harmonijny kwartet, i, co zaskakujące, dzieje się tak dopiero w momencie słownej przepychanki. Tym samym zostaje podważona diagnoza nieuchronnego uwiądu komunikacyjnego. W końcu kłótnia też jest formą komunikacji, choć niekoniecznie sfinalizowanej konsensusem.

Kapitan straży opowiada dowcip. "A gdzie tu morał?" - pada z ust jednego z bohaterów. "Znajdźcie go sami!" - odpowiada Strażak. Morały, owszem, są, żaden jednak na tyle przekonujący, by mógł wybrzmieć w pełni. Ledwie łapie się nitkę, a już rwie się w rękach, zanim zostanie naprężona. Twórcy zostawiają kilka tropów - że ludzkość nurza się w gleju bezwartościowych słów, a nadmiarowość znaków zagłusza treść. Że słowa nie służą wpływaniu na odbiorcę czy powoływaniu nowych rzeczywistości, lecz petryfikowaniu jakiegoś społecznego porządku. Spontaniczna potrzeba kontaktu została wyparta przez przymus mówienia, kreacja - przez automatyzm. Z tym że żadna z tych prawd nie wybrzmiewa w nieokreślonej przestrzeni salonu-poczekalni jakichś brytyjskich Kowalskich. Owszem, sam Ionesco operował uogólnieniem. Dlaczego miałby dokonywać konkretyzacji postaci i czasu, skoro główną materią "Łysej śpiewaczki" jest język, jego specyfika? Transpozycja tekstu w realia sceniczne rządzi się innymi prawami. Mowa i komunikacja to nośne tematy, które śmiało można pchnąć na aktualne, bardziej konkretne tory. Niestety, spektakl Macieja Prusa pozostaje opowiastką o grupce ludzi, którzy zdążyli się posprzeczać jeszcze przed podaniem popołudniowej herbaty z mlekiem. Owszem, znajdzie się i okazja do śmiechu - lecz nie będzie to śmiech rodzący się w odpowiedzi na misterny splot sytuacji czy błyskotliwy koncept, lecz na absurd języka. Lichy to materiał na komedię. Pesymistycznym skądinąd absurdystom bardzo daleko do jarmarcznej uciechy.

Agata Tomasiewicz
Teatr dla Was
19 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...