Kończy się złota epoka polskiego aktorstwa

wspomnienie o aktorach

Śmierć Zbigniewa Zapasiewicza, a wkrótce po niej zgon Igora Przegrodzkiego, to kolejne ponure zdarzenia, dokonujące się w porządku Przemijania, krok po kroku unicestwiające "świat aktorski moich czasów", że sparafrazuję Adama Grzymałę-Siedleckiego. Żadna wieść o śmierci nie boli mnie tak bardzo, jak śmierć aktorów, którzy towarzyszyli mojemu dzieciństwu i młodości.

Aktorzy są obecni w naszym, widzów, życiu w sposób wyjątkowo osobisty, bardziej niż n.p. pisarze. Ci bowiem ważni są głównie przez swoje książki, które pozostają. Aktor - choć zostaje po nim trochę taśm - zabiera do grobu całą swoją fizys. 

Igor Przegrodzki zmarł w Skolimowie, co wpisało się niejako w scenerię, głośnego wiosną tego roku, filmu Jacka Bławuta "Jeszcze nie wieczór". W tym filmie Jan Nowicki - trochę niczym Smarkul z "Chłopców" Stanisława Grochowiaka - jest starym już aktorem, ale przecież, przy swoich starszych koleżankach i kolegach, figlarnym nieomalże chłopcem, któremu ciągle w głowie psie psoty. Tę rolę miał zresztą zagrać Leon Niemczyk, ale w trakcie pracy nad filmem zmarł i Nowickiemu przypadło, jak sam powiedział, nagłe zastępstwo. Osnowa tego filmu, na poły fabularnego a na poły dokumentalnego, jest prosta. Główny bohater przyjeżdża do Domu Aktora Weterana w Skolimowie, by z tamtejszymi pensjonariuszami, starymi aktorami, wystawić "Fausta". W warstwie bezpośredniej treści ten paradokumentalny, czy może parafabularny film opowiada o starości, o prawie starych ludzi do godności. Tak piszą o tym filmie dziennikarze, tak komentują go odtwórcy głównych ról, tak mówi o nim także Jacek Bławut. Nie twierdzę, że taka optyka spojrzenia na "Jeszcze nie wieczór" jest nieuprawniona. Gołym okiem widać, że jest. Irytujące jest jednak to, że optyka ta jest wyłączna i że w stadnym odruchu dziennikarze i inni komentatorzy "pitoląc" frazesy na temat "piękna starości" oraz o "godności, do której prawo mają także starzy ludzie", prześlepiają cenną, "kontekstową" wartość tego filmu. Opowiada on bowiem o cząsteczce niezwykłego, unikatowego fenomenu, jakim było polskie aktorstwo na przestrzeni minionego sześćdziesięciolecia. Jak wspaniałym ono było, wyjątkowym i bogatym zjawiskiem, widać z całą jaskrawością na tle dzisiejszej nędzy w tej sferze. 

ZŁoty czas 

Nie mogę przy tej okazji nie wspomnieć o czymś, co dotyczy w okruchu także piszącego te słowa. Od chłopięcych lat byłem pod wpływem niezwykłego czaru polskiego aktorstwa. Wspaniałe spektakle Teatru Telewizji, seriale, filmy telewizyjne i kinowe, które oglądałem od końca lat 60., wywarły na mnie wpływ ogromny. To nic, że w pewnym okresie byłem zbyt młody, by zrozumieć literalną treść tych utworów. Ważniejsza była ich magiczna, pozarozumowa siła, działająca tak, jak działa nieraz czar innego człowieka, czar, którego nie da się zdefiniować, ale który robi swoje. Uczucie wdzięczności dla tych ludzi, tych wspaniałych artystów, którzy karmili moją wyobraźnię, kazało mi prosić ich o wywiady, o rozmowy. Traktowałem je nie tylko jako pracę dziennikarską, ale z czasem, coraz bardziej, jako skromną formę spłacania długu wdzięczności. W ciągu 10 lat, od 1999 r., przeprowadziłem ponad sto rozmów z kwiatem polskiego aktorstwa, w tym z kilkorgiem bohaterów filmu Jacka Bławuta: Niną Andrycz, Beatą Tyszkiewicz, Janem Nowickim, a także z nieżyjącym już panem Wieńczysławem Glińskim. Ten ostatni zaszczycił mnie nawet swoją przyjazną serdecznością, a nasze gawędy w jego domu na Saskiej Kępie i przy okazji jego urodzin były dla mnie źródłem wielkiej przyjemności, bo filmowy porucznik "Zadra" miał wspaniały dar barwnego opowiadania. Poznałem u niego osobiście całą plejadę wybitnych aktorów i reżyserów, przyjaciół pana Sławka - jak nazywali go znajomi. Książkę, która powstała z wyboru tekstów wspomnianych rozmów, "Rapsodię życia i teatru" traktuję jako osobisty skromny hołd złożony im i ich wybitnym koleżankom i kolegom, jako wyraz mojej osobistej wdzięczności. 

Historyczne tradycje polskiego teatru i aktorstwa rozciągają się w czasie oczywiście od schyłku XVIII w., czyli czasów Wojciecha Bogusławskiego i komediopisarstwa epoki stanisławowskiej poprzez legendę wielkiej Heleny Modrzejewskiej aż po wielkie dokonania Leona Schillera. Jednakże w drugiej połowie lat 50. pojawiła się w polskim teatrze i filmie, a później szybko także w telewizji, potężna fala talentów aktorskich. Do koronnych postaci tej generacji należeli tacy aktorzy jak m.in.: Tadeusz Łomnicki, Zbigniew Cybulski, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, ale także - wymieniam ich z bolesną świadomością, że nie jestem w stanie pomieścić tu wszystkich nazwisk, a przy tym na chybił trafił - np. Wiesław Michnikowski, Gustaw Lutkiewicz, Edmund Fetting, Saturnin Żurawski, Ryszard Filipski, Mieczysław Voit, Wiesław Gołas, Ignacy Gogolewski, Barbara Krafftówna, Jan Machulski, Andrzej Żarnecki, Franciszek Pieczka, Leonard Pietraszak - muszę zakończyć, tak jak Witold Gombrowicz musiał zakończyć ratowanie żuków na plaży opisane w "Dziennikach". W przeciwnym razie musiałbym ciągnąć w nieskończoność. Gros tych znakomitości to były osoby urodzone między rokiem 1920 a 1950, czyli na przestrzeni 30 lat. Oczywiście w górę i w dół od tych widełek też było wiele świetnych talentów, ale w ramach tych lat to spiętrzenie było wprost niesamowite. Tego ogromu nie da się po prostu ogarnąć. Poniżej dolnej daty są np. nadal czynne Nina Andrycz, Irena Kwiatkowska, Danuta Szaflarska, a także urodzony w roku 1905 Jacek Woszczerowicz, którego przed jego śmiercią w 1970 r. oglądałem w niejednej premierze Teatru Telewizji, czy zjawiskowy Kazimierz Rudzki. W górę od widełek talentów było już jakby mniej, ale i tu zdarzyło się wielu wybitnych jak Zdzisław Wardejn, Anna Seniuk, Olgierd Łukaszewicz, Daniel Olbrychski, Piotr Fronczewski, Jerzy Stuhr, Jerzy Radziwiłowicz, Jerzy Trela, Andrzej Seweryn, czy Krystyna Janda. Niech mi wybaczą z ziemi i z nieba wszyscy znakomici, których nie zdołałem tu wymienić. Dodatkowym składnikiem tego fenomenu było to, że nawet aktorzy nieuznawani za jakieś wielkie talenty, a czasem postponowani, uważani za "drewnianych" nabierali w tym otoczeniu jakiegoś blasku, zupełnie tak, jakby im się udzielała jakaś siła artyzmu. Można by rzec, że nabierali wartości w znakomitym kontekście. 

Ten wielki "urodzaj" zakończył się na rocznikach 40. W rocznikach 50. o podobnym urodzaju trudno mówić. Pośród roczników 60. jest ich jeszcze mniej, a później - szkoda mówić. Do policzenia wybitnych indywidualności wystarczy palców u obu rąk i nóg. 

"Przygoda pana Trapsa" i inne perły 


Na chybił trafił przywołam tu tylko kilka fenomenalnych spektakli, które widziałem w teatrze żywego planu i Teatrze Telewizji. Film Jacka Bławuta wywołał mi z pamięci - przez skojarzenie - jedną z takich pereł sprzed lat. Mam na myśli spektakl Teatru Telewizji z 1965 r., zachowany w archiwach telewizji, "Przygodę pana Trapsa" według noweli "Kraksa" Friedricha Duerrenmatta w reż. Konrada Swinarskiego. W rolach starych ludzi, emerytowanych eks-sędziów, eks-prokuratorów, eks-adwokatów i eks-kata wystąpili w tym spektaklu Jan Świderski, Aleksander Bardini, Władysław Krasnowiecki i Saturnin Butkiewicz, a w roli tytułowej Stanisław Zaczyk. Był to wspaniały koncert aktorskiego kunsztu, uczta dla uszu i oczu. Dziś ogląda się to na wyblakłej taśmie, jak osobliwe widmo z czasów teatralnej Atlantydy. Co ciekawe z dzisiejszego punktu widzenia - niektórzy odtwórcy ról w tamtym spektaklu grający starców byli wtedy ludźmi mającymi niewiele ponad pięćdziesiątkę, a Jan Świderski, który grał zgrzybiałego starca, emerytowanego prokuratora, miał naówczas... 49 lat! Oto jak w ciągu nieco ponad pół wieku zmieniły się kryteria wiekowe w aktorstwie. Dziś 50-letni panowie - a nawet, jak w przypadku 70-letniego Jana Nowickiego, starsi - grywają amantów, a starość przesunęła się do osiemdziesiątki. Ileż było takich spektakli w telewizji jeszcze czarno-białej! Wspaniała "Beatrix Cenci" J. Słowackiego z 1973 r. w reż. Gustawa Holoubka z Magdą Zawadzką, Aleksandrą Śląską, Mieczyslawem Voitem, Janem Englertem, Piotrem Fronczewskim i Zdzisławem Wardejnem. A fenomenalny spektakl z tego samego roku "Ruy Blas" Wiktora Hugo w reż. Ludwika Rene, kiedy to po raz pierwszy objawiło mi się fenomenalne i z niczym nieporównywalne aktorstwo Marka Walczewskiego, jednej z moich największych aktorskich miłości. A kapitalny "Hamlet" z 1974 r. w reż. Holoubka z młodym Janem Englertem i niesamowitym Zbigniewem Zapasiewiczem w roli Klaudiusza. Ileż mogę tych wspaniałych spektakli wymienić? Niektóre tylko, a były ich setki nie tylko z Warszawy, ale także z Krakowa, czy Łodzi, gdzie także aż roiło się od wielkich indywidualności. 

Nie zapomnę też nigdy co najmniej kilku wielkich przedstawień teatru żywego. Nigdy, niestety, nie zobaczyłem wielkich "Biesów" Dostojewskiego w krakowskim Teatrze Starym w reż. Andrzeja Wajdy, ani dejmkowskich "Dziadów" mickiewiczowskich w Narodowym, ani Swinarskiego "Dziadów" krakowskich, ani "Kronik królewskich" według Wyspiańskiego w Dramatycznym w reż. Ludwika Rene. Za młody byłem. Tyle się jednak o tych spektaklach naczytałem i nasłuchałem, że czasem mi się wydaje, że je widziałem, czyli że rzeczywistość miesza mi się z marzeniem - jak w teatrze. Widziałem jednak "Sprawę Dantona" w reż. Jerzego Krasowskiego w krakowskim "Słowackim" z Jerzym Nowakiem w roli tytułowej i... Jerzym Kryszakiem w roli Robespierre\'a, wielkiego Mariusza Dmochowskiego jako Horodniczego w hanuszkiewiczowskim "Rewizorze" Gogola w Narodowym, czy całą plejadę warszawskiego Teatru Współczesnego za Erwina Axera w "Makbecie" Ionesco. To wszystko w pierwszej połowie lat 70. 

Fenomen 

Na czym polegał ten fenomen, ten niebywały "urodzaj", który sprawił, że polskie film, teatr i telewizja aż iskrzyły się w tamtych czasach od wspaniałości aktorskich? To prawdziwa zagadka. Można tylko snuć domysły. Były roczniki wojenne, generacje ciężkich doświadczeń, biedy itd. Może to zetknięcie się z grozą życia zrodziło w nich taką aktorską, unikalną duchowość? Może pozbawione takich doświadczeń generacje obecne już nie mają w sobie tego "czegoś"? Może banalna, pokojowa, syta codzienność nie sprzyja rodzeniu się wielkiej sztuki, w tym wielkiego aktorstwa? Nie wiem. A może skarlenie indywidualności aktorskich i to, że jest ich coraz mniej, to skutek spełniania się ponurej wizji Witkacego, co do losów ludzkości w ogóle i sztuki w szczególności? Może spełni się fantastyczna, futurystyczna wizja z jednej ze sztuk wyreżyserowanych przez Janusza Majewskiego, wielkiego artysty, znawcy i mecenasa świetnego aktorstwa dawnej daty? Może aktorów zastąpią mechaniczne aktoroidy? 

Na koniec jeszcze jeden akcent osobisty, bo nie mogę wyzbyć się "w tym temacie" tonu osobistego. Na warszawskiej premierze filmu Jacka Bławuta Jan Nowicki zażartował, że w przypadku niektórych bohaterów filmu "otarliśmy się o kino nieme". Mnie także się to kiedyś przydarzyło. Kilka lat temu poznałem i przeprowadziłem wywiad ze zmarłym 6 lutego 2006 r. panem Klemensem Mielczarkiem, aktorem drugiego planu (m.in. w "Przygodzie na Mariensztacie" Leonarda Buczkowskiego), który jako młodociany, kilkunastoletni drugoplanowiec grał w w przedwojennych filmach dźwiękowych u boku Eugeniusza Bodo, Leny Żelichowskiej i innych gwiazd ówczesnego kina polskiego, m.in. w "Książątku" Konrada Toma (1937) i u boku Adolfa Dymszy w "Wacusiu" Michała Waszyńskiego (1935). Zatem ja też otarłem się o włos o kino nieme. Jestem z tego dumny.

Krzysztof Lubczyński
Trybuna
8 sierpnia 2009

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia