Konfrontacje, rok 2017

22. Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne

Na początek zagadka. Kto i kiedy, w okolicznościach lubelskiego festiwalu teatralnego, wypowiedział się w następujący sposób?: "Katastrofa, jaka jest przed nami, prawdopodobnie swymi rozmiarami przerasta wszystko, co było dotychczas, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Nie wiadomo dokładnie ile czasu jest jeszcze przed nami - 10 lat, 4, może mniej? - wiadomo, że tego czasu jest mało. Czy zatem sztuka, teatr mają jeszcze jakiś sens? Tak, gdyż choć nie są w stanie powstrzymać procesu, pozwalają uczestniczyć w nim w sposób świadomy, nie dać się zaskoczyć. Ale tylko pod warunkiem, że się nie zafałszuje prawdy, że wypowie się ją całą, że sztuka nie posłuży do terapii, do skonstruowania jeszcze jednego "lekarstwa" czy środka uśmierzającego." Nie jest to kwestia zasłyszana podczas któregoś z przedstawień czy debat jednej z ostatnich edycji festiwalu Konfrontacje Teatralne, ale fragment ujętego w kilkunastu punktach manifestu opatrzonego wiele mówiącym tytułem: "Teatr Apokalipsy". Wydrukowano te słowa w kwietniu 1980 (prawie czterdzieści lat temu!) w druku festiwalowym Konfrontacji Młodego Teatru, a napisał je Gwido Zlatkes. A kilka dni później Grzegorz Kostrzewa-Zorbas napominał Zlatkesa w polemice zamieszczonej na tych samych łamach: "Trzymajmy się z dala od zakisłego bajorka nihilizmu!"... Dawne to dzieje, sierpień '80 skończył się grudniem '81, itd., a po roku '89 młodzi krytycy zajęli się poważniejszymi i przynoszącymi efekty zadaniami. Tymczasem w roku 2017 my (czyli artyści i widzowie) znów gadamy o tym samym, używając starych jak świat narzędzi, takich jak: mimesis (czyli udawanie świata) oraz aktor i postać, człowiek udający kogoś innego, lub prezentujący iluzję udawania siebie. Historia zatoczyła koło - chciałoby się skomentować sentencjonalnie - a nawet kilka obłędnych kół, i znów jesteśmy gotowi przymierzać stare lęki i utopie, jak znoszone ubrania.

Od pięciu już lat główny program Konfrontacji Teatralnych sygnowany przez duet kuratorski Marta Keil - Grzegorz Reske wraca do kontrkulturowych korzeni. Jeśli ktoś chce zobaczyć w sporej, uderzeniowej dawce aktualny teatr polityczny, sztukę krytyczną (i autokrytyczną) - tak jak je robi się dziś w Polsce, w Europie Zachodniej - to jest to odpowiednie miejsce. Kuratorzy na dobre odeszli od koncepcji festiwalu jako przeglądu najlepszych i najgłośniejszych, uderzeniowej mieszanki renomowanych marek i błyskotliwych debiutantów - co było znakiem rozpoznawczym pierwszej dekady wznowionych w 1996 r. Konfrontacji. Ta decyzja, wybór wyraźnego profilu i tematyki zapraszanych spektakli, ma swoje konsekwencje: prowadzi do zmniejszenia liczby tematów i ograniczenia prezentacji wartościowych zjawisk teatralnych w profilu się nie mieszczących. Oznacza również czołowe zderzenie z aktualnym i zdaje się nierozstrzygalnym dylematem - wyrażanym rok po roku wieloma znakami zapytania w kuratorskich tekstach przewodnich: jak w dzisiejszych warunkach robić festiwal "inkluzywny" (jest takie słowo), ale zarazem i wywrotowy i spoglądający w stronę utopii? Idee kontrkultury są w odwodzie, świat zdaje się być raczej nieodwołalnie bezalternatywny, opanowany przez najróżniejsze konformizmy, rządzony twardą ręką. W Polsce znaleźliśmy się w sytuacji wojny kulturowej, tworzymy społeczeństwo podzielone, rozbite na obozy i enklawy, rozkochane we wzajemnej dyskryminacji. Dlatego tak mocno, (być może właśnie w tej 22. edycji najgłośniej), wybrzmiewa sama nazwa festiwalu, w roku kiedy na konfrontacjach i antagonizmach opieramy ocenę rzeczywistości. Ale z drugiej strony, jak nigdy, trudno mi dziś uwierzyć w utopie społeczne, propagowane przez teatry tu pokazywane. Tegoroczne hasło festiwalu brzmiało "A co, jeśli...?". To pytanie - jak czytam w słowie od kuratorów - o teatr gdzie "niemożliwe jest najzupełniej prawdopodobne", gdzie "obowiązujące instytucje wymyśla się na nowo", abyśmy kiedyś nareszcie mogli "funkcjonować w społeczeństwie równościowym". Jednak zamiast teatru idącego za tymi deklaracjami - nazbyt często oglądałem na Konfrontacjach bezradne okładanie się inwektywami, oparte na uproszczeniach obraźliwe sądy o "tamtych", z przeciwnej strony barykady, a w najlepszym razie - eskapistyczne rojenia o Innym (wytworzonym poprzez różnice płci, rasy, wyznania, klasy społecznej). Wygląda więc na to, że koncepcje demokracji jako przestrzeni dialogu i konsensusu, jak choćby agora Hannah Arendt, są wciąż w Polsce w roku 2017 nieosiągalnym marzeniem, a wspólnoty, niezależnie od poglądów, spaja najczęściej instynkt stadny, wspólna chęć dyskryminacji i walka o wpływy, niezależna od wyznawanych poglądów. Może dlatego fetyszem tego festiwalu pozostaje raczej (niepokazana w Lublinie, co zastanawia) "Klątwa" Olivera Frljića z warszawskiego Teatru Powszechnego, nadzieję na wspólnotę przyszłości opierająca na bluźnierczym geście, jako akcie założycielskim jakiejś nowej wspólnoty przyszłości. I dlatego za najpełniejsze i najbardziej nośne uważam spektakle polemiczne wobec utopijnego "A jeśli?": słoweńskiej grupy Beton Ltd. i brytyjskiego Forced Entertainment - gdzie zamiast marzeń i wykluczeń proponowano bezwzględną analizę i twarde zderzenie z rzeczywistością.

"Real magic" aktorskiego trio Forced Entertainment, według pomysłu i w reżyserii Tima Etchellsa, opiera się na bardzo prostym pomyśle. Mamy tu absurdalny, deliryczny teleturniej wychodzący od niewykonalnego zadania odgadnięcia myśli drugiego człowieka. Trójka bohaterów odgrywa wielokrotnie ten sam skrypt, zmieniając się jedynymi możliwymi w tej sytuacji trzema rolami. Świat widziany oczami Etchellsa jawi się tu jako olbrzymie studio telewizyjne, z którego nie ma ucieczki. Widmowe tożsamości zaludniających go ludzi polegają wyłącznie na reakcjach, prostych impulsach, minach, słowach i pozach płaskich jak odtwarzany wielokrotnie z offu śmiech. Tam gdzie nie ma żadnego głębszego symbolicznego systemu odniesień, opowieści, osobowości ani własnych myśli - dobitnie wybrzmiewa temat istnienia niepisanych reguł, stylistyki samozniewolenia idiotyzmem popularnych klisz, z ideologią "sukcesu" na czele.

"Ich kann nicht anders" kolektywu Beton Ltd. to spektakl oparty przede wszystkim na aktorstwie i na przemyślanym, prosto i komunikatywnie wypowiedzianym przekazie. Grupa, obierając sobie za patrona Michela Houellebecqa pokazuje, że teatr polityczny, nieprosty, nieagitacyjny - dziś jest jednak możliwy. Nie ma tu jednak namaszczonego cytowania bestsellerów - o Houellebecqu rozmawia się tu (jego językiem), tak jak rozmawiamy czasem, zdezorientowani i cyniczni, próbując cokolwiek zrozumieć. Funkcjonuje więc raczej jak guru, którego religią jest bezwzględna szczerość i krytycyzm wobec jakiejkolwiek ideologii, guru traktowany bez pardonu: - "Gdzie jest Houellebecq? Liże psu jajca!" Pomimo sporego ładunku intelektualnego, zamaskowanej przekleństwami i nagością erudycji, Słoweńcom, którzy widzieli rozpad świata na własne oczy, gotów jestem uwierzyć bez oburzenia czy nadmiernej fascynacji. Zwłaszcza, że grają mocno, fizycznie, ale i zarazem w sposób wyważony, niewykoncypowany i bez cienia przesady (najwyraźniej jest to możliwe). Spektakl nihilistyczny, ostry jak brzytwa, rozprawiający się ze złudzeniami, jak aktualna realizacja postulatów takich, jak w przywołanym na początku cytacie Zlatkesa.

I jeszcze jedno. Niezwykle świeżo, niemal radośnie wypadła "Fantazja" (na zdjęciu), stworzona przez Annę Karasińską w TR Warszawa. Uwalniając się od wprost wyrażanej doraźności, Karasińska wydostała się na otwartą przestrzeń. Opierając się na własnym tekście, wygłaszanym na żywo z offu, dowcipnym, swobodnym, żartobliwym i surrealnym, czasami zaskakującym wykonawców, wykreowała serię płynnie się przenikających wyobrażeniowych światów. To teatr bez rekwizytów, kostiumów, scenografii, bez jasnej fabuły i linearnej gry aktorskiej, doskonale przemyślany, ale i nie przekombinowany. Realizacja autorskiej wizji, ale i w jakieś niezwykłej bliskości z aktorami i z widownią. Każda z postaci i sytuacji proponowanych wykonawcom do natychmiastowego odegrania, oparta była na trybie przypuszczającym (no właśnie, na "co jeśli?"). Nakreślone kreską najcieńszą z możliwych, niemal niezauważalnymi zmianami w mimice, ułożeniu ciała - im były bardziej oszczędne, tym bardziej dotykały, powodując natychmiastowe reakcje publiczności. Taki mądry traktat o możliwościach ciała, umysłu, wyobraźni, możliwościach kreowania i empatii, tkwiących najgłębiej, tam gdzie kończy się człowiek zdeterminowany wyłącznie przez kwestie polityczne i społeczne.

Grzegorz Kondrasiuk
Lubelski Informator Kulturalny ZOOM
6 listopada 2017
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia