Konfrontacje teatralne na niezłym poziomie

35. Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Polska"

Choć żadne z tegorocznych konkursowych przedstawień szczególnie się ponad poziom nie wybijało, to warto podkreślić, że wszystkie były (przynajmniej z założenia) ambitną próbą odczytania na nowo klasycznych tekstów czy szukania dla nich nowych obszarów teatralnego języka - pisze Aleksandra Konopko

Siedem przedstawień zaprezentowanych podczas tegorocznych Konfrontacji miało dość wyrównany poziom. Żadne się szczególnie ponad poziom nie wybijało, ale również trudno którykolwiek z nich uznać za totalną porażkę, dla jakiej na festiwalu nie powinno być miejsca. Warto jednak podkreślić, że wszystkie przedstawienia były (przynajmniej z założenia) ambitną próbą zinterpretowania na nowo klasycznych tekstów, a niekiedy także poszukania dla nich nowych obszarów teatralnego języka.

Łatwo dało się zauważyć, że repertuar miał jednak dość charakterystyczną linię programową. Do udziału w przeglądzie zostali zaproszeni właściwie sami młodzi twórcy, którzy bardzo chętnie podejmują się radykalnych demontaży utworów i wyrazistych reinterpretacji. Można mieć wątpliwości, czy w przypadku festiwalu taka tendencja nie jest zbyt jednowymiarowa, ale mając na uwadze fakt, że miniony sezon nie wydał wcale obfitego plonu w postaci różnorodnych i wysoko cenionych inscenizacji polskiej klasyki łatwiej ten repertuarowy wybór zrozumieć.

Festiwal rozpoczął się od prezentacji wrocławskiej "Ziemi obiecanej" w reżyserii Jana Klaty (Teatr Polski, Wrocław) ze świetną rolą Ewy Skibińskiej jako Lucy Zucker oraz dwóch opolskich przedstawień: "Iwony księżniczki Burgunda" (reż. Marian Pecko) z Teatru Lalek i "W małym dworku" (reż. Iga Gańczarczyk) z "Kochanowskiego" (recenzje publikowaliśmy wcześniej w "Gazecie"). Później, w ciągu festiwalowego tygodnia, można było obejrzeć jeszcze cztery inne propozycje konkursowe.

„Szewcy” zagubieni w chaosie

Witkacy jako jedyny w tym roku autor został dwukrotnie przywołany na scenie. Oprócz propozycji gospodarzy z Teatru im. Kochanowskiego, którzy pokazali "W małym dworku", pojawił się też drugi bardzo znany dramat Witkiewicza - "Szewcy" w wykonaniu Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie.

Ale o ile opolska propozycja Igi Gańczarczyk mogła zaciekawić i wydać się świeżym spojrzeniem na tekst, o tyle "Szewcy" Piotra Ratajczaka zaskoczyły pewnym rodzajem wtórności i powierzchowności wybranej formy teatralnej. Bez wątpienia reżyser miał dobre zamiary i spore ambicje. Można to wnioskować po zabiegach wykonanych na tekście sztuki. Wraz z dramaturgiem Janem Czaplińskim włączył do dramatu Witkacego mnóstwo współczesnych odniesień oraz myśli zaczerpniętych od Lacana, Żiżka, Sloterdijka czy Baumana.

Najwyraźniej chaos wynikający z ilości tych nawiązań miał odzwierciedlać nieład i wielość dzisiejszych polityczno-socjologicznych, filozoficznych i kulturowych idei, a nade wszystko posłużyć do wyśmiania tego, jak są one przez dzisiejsze społeczeństwo używane. Niestety, Ratajczak sam także przegrał z chaosem swoich inscenizacyjnych pomysłów.

Brak selekcji i pokusa wykorzystania w spektaklu wszystkich przychodzących na myśl odniesień i efektownych środków, szybko znieczuliły na nie widza. Raziła także estetyka przedstawienia wyjątkowo mocno przypominająca język teatralny Jana Klaty (m.in. sposób wykorzystywania muzycznych, popkulturowych cytatów, dynamiczny ruch sceniczny kluczowy dla większości scen) zamiast próby własnych poszukiwań Ratajczaka.

„Zemsta” już nie do grania

Weronika Szczawińska wraz z wałbrzyskim zespołem zajęła się jakby na przekór nie tyle reinterpretacją klasyki, co zupełnym demontażem tekstu "Zemsty" Aleksandra Fredry. Miała na celu zbadanie, czy dzisiaj da się jeszcze w ogóle grać naszą najpopularniejszą, ale już na pierwszy rzut oka wyjątkowo przestarzałą, narodową komedią. Przyjrzenie się jej z zaproponowanej przez reżyserkę perspektywy wydaje się interesujące i uzasadnione przez fakt, że "Zemstę" wraz z jej sztandarowymi cytatami "Mocium panie" i "krokodyla daj mi luby" rzeczywiście wszyscy dobrze znamy. Co więcej, w świadomości mamy zakorzeniony cały balast związanych z nią dobrych i wyjątkowo złych teatralnych doświadczeń - tradycyjne głośne inscenizacje z 1972 r., kostiumowe objazdowe chałtury czy w końcu fragmenty szkolnych akademii.

Szczawińska w taki konwencjonalny, tradycyjny sposób realizuje tylko pierwsze kilka minut sztuki. Są peruki i malowane na płótnach dekoracje, jest deklamacja wzbogacona szerokim gestem i wieńczący dzieło polonez Kilara. Od razu jednak da się wyczuć, że nie jest to gra na serio, że to tylko rodzaj przymiarki, próba przebrnięcia przez archaiczną sztukę. Dlatego właśnie tę pierwszą scenę zrealizowaną "po bożemu" aktorzy podają w przyspieszonym tempie. Potem następuje zerwanie z tradycyjną konwencją, wyjście z ról i wspólne rozważania nad aktualnością, potrzebą i sensownością wystawiania Fredry.

W dużej mierze od tego momentu tematem spektaklu staje się również sama teatralność, jej pojemność i ograniczenia (obserwujemy rozmaite próby uwspółcześniania inscenizacji, przełamywania teatralnej tradycji i przyzwyczajeń widza). Propozycja Szczawińskiej niejednokrotnie obnaża nam bezsilność wobec tekstu Fredry i jego dezaktualizację. Finalnym komentarzem z offu: „Mamy nadzieję, że była to ostatnia inscenizacja »Zemsty” w historii polskiego teatru” podaje ostatecznie w wątpliwość jakikolwiek sens jej współczesnych realizacji.

Ale nie Szczawińska pierwsza w ten sposób pomyślała o tekstach Fredry. Bardzo podobnie do tekstu polskiego komediopisarza podszedł kilka lat temu Grzegorz Jarzyna, reżyserując "Magnetyzm serca". Z tym że Jarzyna zajrzał w tekst Fredry znacznie głębiej i startując również od historycznej rekonstrukcji koturnowych wystawień "po bożemu", pokazał, jak sztuka ewoluowała na polskich scenach przez kolejne epoki. A nieprzeciętny talent inscenizacyjny reżysera sprawił, że spektakl był dużym sukcesem.

Słowacki wymknął się z rąk

Wyjątkowo karkołomnego zadania podjął się Paweł Wodziński, decydując o realizacji pięciu dramatów Słowackiego ("Mazepa", "Sen srebrny Salomei", "Ksiądz Marek", "Horsztyński" i "Kordian") kolejno w jednym sześciogodzinnym spektaklu.

Niestety, w bydgoskiej inscenizacji trudno dopatrzyć się tego, co z uporem podkreślano w zapowiedziach przedstawienia. Wodziński założył sobie, że za pomocą odniesień do teorii postkolonialnej Edwarda Saida przeprowadzi rekonstrukcję historyczną ambiwalentnego obrazu narodowej tożsamości zapisanej w tekstach Słowackiego. Oczywiście można powiedzieć, że z inscenizacji wyłania się krytyczny obraz Polaka, ale to raczej zasługa samych dramatów Słowackiego niż inscenizacyjnych zabiegów reżysera. "Słowacki. 5 dramatów. Rekonstrukcja historyczna" wymyka się z rąk Wodzińskiego i rozmywa coraz bardziej z każdą godziną. Dużo lepiej wypadają poszczególne inscenizacje rozpatrywane oddzielnie. Połączenie ich rosnącą pod sceną górą śmieci (po każdym dramacie dorzucane są tam kolejne rekwizyty), która w finale ma symbolizować Mont Blanc, jest powierzchowne i dość banalne, jak na tak ambitne przedsięwzięcie.

„Pijacy” teatralni

Ostatnia propozycja konkursowa, czyli "Pijacy" w reżyserii Barbary Wysockiej z Narodowego Teatru Starego w Krakowie, przyciągnęła na widownię tłumy. W tym wypadku widzowie z pewnością nie pożałowali swojego wyboru, bo inscenizacja była na tle całego festiwalowego programu jedną z najciekawszych propozycji, o świetnych aktorskich kreacjach krakowskiego zespołu już nawet nie wspominając.

Reżyserka do bardzo dydaktycznego tekstu Bohomolca dodała kilka subtelnych barw. Udało jej się uniknąć dzięki temu pretensjonalnego moralizatorstwa, a w zamian za to ciekawym równoległym tematem spektaklu uczyniła samą teatralność i jej ramy.

Teatralna fikcja pojawia się tu tuż obok obnażonej teatralnej formy i mechanizmów ją tworzących, a fabuła miesza się z "wtrętami" pozateatralnymi, subtelnym wychodzeniem poza świat zapisany w tekście Bohomolca. Szczególnie widoczne jest to w przypadku postaci Magdalenki (Małgorzata Zawadzka) i Wiernickiego (Marcin Kalisz), którzy jak gdyby przeprowadzają całą fabułę przedstawienia przez jego jawną teatralną sztuczność. Na koniec niczym konferansjerzy przedstawiają cały zespół.

W tle leci piosenka Zbigniewa Wodeckiego "Teatr uczy nas żyć", która ostatecznie rozbija ramy teatralnej fikcji i staje się nieco ironicznym komentarzem do pouczeń Bohomolca, których Wysocka wolała uniknąć. W zamian tego stworzyła obraz pijaństwa odbijający się w małych niepozornych gestach, w schematach zachowań, z których wyraźnie wyłania się krytyka społecznych postaw.

W werdykcie jury, który wywołał kontrowersje (patrz s. 2), zaskakujące było także właśnie niedocenienie jakichkolwiek aspektów ciekawych inscenizacji "Pijaków" Barbary Wysockiej oraz Igi Gańczarczyk ("W małym dworku").

Cieszą z kolei bardzo nagrody aktorskie dla Zofii Bielewicz (Teatr im. Kochanowskiego w Opolu) za świetną rolę Anastazji i dla Ewy Skibińskiej (Teatr Polski we Wrocławiu) za wyróżniającą się kreację w "Ziemi obiecanej". Słusznie nagrodzono także Michała Czachora, zdecydowanie najlepszego aktora w spektaklu "Słowacki. 5 dramatów. Rekonstrukcja historyczna". W kontekście nagród aktorskich zupełne niezrozumiałe jest jednak pominięcie zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, szczególnie rewelacyjnej roli Juliusza Chrząstkowskiego.

Teatralna atmosfera

Podczas tegorocznych Konfrontacji na pochwałę zasługuje to, że organizatorzy zadbali przede wszystkim o jubileuszową atmosferę. Pojawiły się więc imprezy towarzyszące: czytania performatywne, spektakl plenerowy dla dzieci, wystawa zdjęć Edwarda Hartwiga "Spotkania z Chopinem". Zadbano też o klub festiwalowy, w którym dzięki zaskakująco udanym wieczornym koncertom (przede wszystkim jazzowym) młodych muzyków zbudowano klimat sprzyjający wspólnej dyskusji publiczności z widzami.

Choć czasami można było czuć się nieusatysfakcjonowanym merytorycznym poziomem ich moderowania. Dla tych, którzy potrzebowali jednak specjalistycznego głosu, była dwudniowa konferencja naukowa "Klasyka polska. Kanon alternatywny", w której udział wzięło kilku uznanych teatrologów i komentatorów współczesnego teatru. Dzięki niej organizatorom udało się przyciągnąć na te dwa ostatnie dni festiwalu dużo szersze grono zewnętrznych gości.

Aleksandra Konopko
Gazeta Wyborcza Opole
4 maja 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia