Kosa się stępiła

"W imię Jakuba S." - reż: Monika Strzępka - Teatr Dramatyczny w Warszawie

Mam dziwne wrażenie, że swoim najnowszym przedstawieniem Strzępka z Demirskim pragną się usprawiedliwić, a nie pobudzić powszechną, merytoryczną dyskusję. Po oskarżeniach o elitaryzację ich środowiska, głównym bohaterem kolejnego spektaklu czynią reprezentanta ,,ludu" - Jakuba Szelę. Chcą tym udowodnić, że dalej stoją po drugiej stronie barykady? Że nagroda ,,Polityki" to epizod? ,,Tęczowa trybuna 2012" była pierwszą oznaką zmęczenia materiału, ,,W imię Jakuba S." tylko to potwierdza

Siłą ,,klasyków” duetu była przebojowość i bezczelność. Dystans do mainstreamu nie był programowy (jak bunt w ogóle może być programem?!), uwidaczniał się celnym, trzeźwym spojrzeniem. Rewelacyjne przedstawienie ,,Był sobie Andrzej…” było trzygodzinnym, zawadiackim ciosem, zadanym układom polskiego artystycznego Parnasu. Wyznacznikami tej poetyki były spontaniczność, chamskość, ale i odwaga w formułowaniu tez. Przekaz był brutalnie prosty, bo też przedstawienie, które opiera się na publicystyce, musi być klarowne i dobitne. Z kolei najnowsza premiera pokazuje mnóstwo słabości. Przede wszystkim jest to spektakl niesamowicie nijaki. Chyba po raz pierwszy Demirski chciał być poważny. I taki też jest cały tekst. Trzeba się przy tym aspekcie zatrzymać na dłużej. W wydanych niedawno ,,Parafrazach” ukazało się kilka dramatów, na których Strzępka z pisarzem zbudowali swoją sławę. Tylko że o ile Demirski na scenie zyskuje na wartości, umiejętnie zagrany i zaadaptowany, o tyle nie da się tego czytać w domowym zaciszu. Powiedzmy wprost – jest średnim twórcą, jego utwory zlewają się w jeden słowotok, który niejednokrotnie staje się zwykłym bełkotem. ,,W imię…” uwydatnia braki warsztatowe Demirskiego: nieumiejętność w budowaniu psychologicznie wiarygodnych postaci, grafomanię czy ideologiczną pustkę. Jego siłą są ironia i złośliwość, która w warszawskim Teatrze Dramatycznym  staje się ledwie smaczkiem, dodanym do pseudodramatycznej konstrukcji.

Rozpięcie akcji na przeszło prawie dwieście lat daje nieciekawy efekt. Strzępka prowadzi prostą linię między sytuacją galicyjskiego chłopstwa a współczesnej klasy średniej. To mętne rozumowanie zostało już wyznaczone w zapowiedzi do spektaklu. Szczególnie dziwi jedno zdanie: ,,Tylko, czy jesteśmy w stanie przyjąć inne tropy tożsamości niż te wyuczone w szkołach, gdzie Szela był mściwym prymitywem i zdrajcą, a jego rabacja jedynie inspirowanym przez austriacką administrację mordem na najlepszych synach narodu polskiego?”. Po pierwsze, taki pogląd nie pojawia się w podręcznikach do historii, jest tam co najwyżej przypuszczeniem. Zresztą i Wyspiański pokazał, że wydarzenia 1846 roku nie mają jednego winnego. Po drugie, zalecam duetowi lekturę ,,Galicji” Zbigniewa Frasa. Tania publicystyka, której zakładnikami stali się twórcy przedstawienia, bije po oczach.

Środki użyte w przedstawieniu nie mają siły przebicia. Scenografia Michała Korchowca pokazuje krajobraz po rewolucji – przewrócona metalowa konstrukcja, rozrzucone krzesła obrotowe, ruiny. Może to być jednocześnie pokazanie konsekwencji kryzysu – wszak akcja wybiega aż w 2021 rok. Wszystko jest utopione w śniegowym puchu. Stan marazmu, zima polskości? To aż za czytelne. I wręcz banalnie romantyczne. Kolejne sceny prowadzone są z pomysłem i zacięciem realizatorskim utalentowanej przecież Strzępki, ale przyjęta taktyka powagi jedynie doprawionej elementami komizmu nie sprawdza się w żaden sposób. Kadrowanie scen, krew, stylizacja na korowód widm bynajmniej nie budują nastroju. Nawarstwienie kolejnych symboli – wódka, siekiera – stereotypowo pokazuje tę naszą polską ,,prowincję”. I nie wychodzi poza ten schemat do końca. Nieliczne udane gagi nie kryją wspomnianych braków przegadanego tekstu. Postacie są niewiarygodne, do bólu spłycone, bądź rysowane za grubą kreską. Aktorzy po prostu grają. Chyba tylko inwencja reżyserska Strzępki nadaje temu kształt. Kontakt z widzem został jednak zaburzony. Nie ma już specyficznego współuczestnictwa, ten wykład jest toporny. Niektóre chwyty mają za zadanie jedynie podtrzymać niedomagający system – jak pytanie: ,,A co ty byś zrobił, gdybyś miał 24 godziny na zmianę?” czy kradzież torebki. Punkty ciężkości w przedstawieniu są położone na niewłaściwych akcentach. Wpływa to na osłabioną komunikatywność. Pozostaje jedynie dyskusja z poszczególnymi tezami.

Tak więc, co z retoryką budowania tożsamości na chłopskich korzeniach? Na pewno jest interesujące takie spojrzenie w obliczu kryzysu narodowej świadomości. Tylko że podstawy tego myślenia są mocno dyskusyjne. Teza, jakoby klasa średnia (chłopstwo) jest wykorzystywana przez klasę wyższą – biznesmenów, etc. (szlachta), przede wszystkim jest niezgodna z prawdziwym obrazem rzeczywistości. Nie jest to miejsce na analizy socjologiczne,  granice, w jakich się podane grupy poruszają, są zupełnie inne. Jeśli ktoś urodził się szlachcicem, po prostu nim był. Podobnie z chłopami. A obecnie przechodzenie z jednej warstwy do innej jest możliwe. Awans społeczny nie jest już kwestią urodzenia. Ludzie o szlacheckich korzeniach żyją współcześnie zarówno w willach, jak i brudnych blokach. Nuworysze o wiejskich korzeniach prowadzą się drogimi samochodami i zakładają własne interesy. Generalizowanie tych kwestii jest wadą przedstawienia, pozornie subwersywnego, a w istocie konformistycznego. Polska roku 1846 a obecna, to zupełnie inne światy, a świadomość wiejskiego pochodzenia bynajmniej nie jest przysłaniana. Widma Szeli boi się i Czepiec, i Pan Młody.

Może to być próba wezwania do działania, do buntu w czasie ekonomicznego kryzysu. Tylko że do kogo jest to wezwanie skierowane, skoro tożsamość klasy średniej jest nieokreślona? Kto się nią czuje? Klasyfikacja nie jest łatwa. ,,Wesele” pokazało wspólnotę, wzdłuż której przebiegają pęknięcia. Ale nadal jest to wspólnota. Strzępka z Demirskim dyskredytują krytyków Szeli. Są w spektaklu przynajmniej trzy sceny, kiedy dokonuje się upokorzenia Jakuba (Krzysztof Dracz). Skąd taka grubymi nićmi szyta sekwencja w przedstawieniu duetu? Kryzys widać dopadł nie tylko finansistów. Nie wiem, jak chce się zbudować poczucie wspólnotowe przez pogłębianie animozji. W dodatku ta retoryka ujmuje wyłącznie materialne aspekty polskiej wspólnotowości. Ekonomiczne patrzenie na problemy mentalnościowe polskości jest płytkie i stanowi poważne uproszczenie.

Rabacja galicyjska jako mord założycielski? Jeśli w państwach zachodnich królobójstwo miało być czynnikiem przyspieszającym powstanie narodu, to jednak nie jest to chyba dobry trop. To, że w Polsce dopiero w XIX wieku pojawiła się świadomość własnej tożsamości, było efektem m.in. relatywnie późnego narodzenia się organizmu państwa polskiego na mapie, odmiennego położenia politycznego i masy innych przyczyn. Zresztą polska narodowość ma wbrew pozorom bardzo silne fundamenty. Dlaczego Zachód ma być dla nas wzorem, skoro dzisiaj zatraca się we Francji czy Anglii poczucie wspólnotowości? Widać, przelanie krwi ,,panów” ma krótkotrwałe działanie. Szlacheckie wzorce w naszej świadomości zawsze będą przeważać, bo były archetypem poczucia zbiorowości i jedności. Chłopi byli zajęci własnymi zagrodami. Partykularyzm nie jest tropem do budowania solidarności. Śmieszny postulat ,,święta zniesienia pańszczyzny” jest o tyle błędny, że taki pomysł (chociaż teoretyczny) tylko pogłębiłby podziały. Prędzej lepiej byłoby ustanowić takim dniem 22 stycznia. Powstanie styczniowe, w którym walczono ramię w ramię bez względu na pochodzenie, jest w dużej mierze skażone romantycznym spojrzeniem, ale wspólna walka rzeczywiście miała przecież miejsce. Swoją drogą, ciekawe, dlaczego nie ma u Demirskiego postaci Austriaka. Kreowanie tożsamości narodowej zawsze odbywa się też w konfrontacji z innymi narodami. To nieistotny aspekt?

"W imię Jakuba S." pokazuje jeszcze słabość współczesnej polskiej myśli lewicowej. Jest ona wciąż zależna od pojęć ,,klas”, naiwnie wierzy, że ciągłe odwoływanie się do ,,ludu” (a co to dzisiaj znaczy, a?) zapewni jej ideologiczną samowystarczalność. W dodatku zatraciła zdrowy idealistyczny charakter, zastąpiony tanią demagogią. Wartość naszej wspólnoty uzależnia od naszej pozycji względem Zachodu. Nie wychodzi więc poza myślenie XX-wieczne. Strzępka z Demirskim mają już swój stały fanklub wiernych widzów, łudzących się, że coś kontestują. Tylko że poważne dyskusje o społeczeństwie prowadzi się przez rzeczowe, pragmatyczne argumenty. Scena teatralna zawsze dotyka spraw ogólnie, subiektywnie. Może być zaczynem dialogu, debaty, ale jeśli rości sobie prawa do stawiania całych definicji, jej wartość merytoryczna gwałtownie spada. Postać Jakuba Szeli i sprawa rabacji są bolesne do dzisiaj. Na scenie Dramatycznego brzmią obco i jakby z innego świata. Nic tu nie porusza, nie tyka czułych strun. Chłopskie kosy w ,,W imię…” są zastąpione tanią podróbką ostrzy o rozmiarze żyletki. A to i tak za dużo powiedziane.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
23 grudnia 2011

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia