Kotka na wystudzonym blaszanym dachu

"Kotka na gorącym blaszanym dachu" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

Znana sztuka Tennessee Williamsa, wyśmienici aktorzy, Teatr Narodowy... trudno nie skusić się na tak obiecującą perspektywę spędzenia wieczoru. Spektakl cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Nie można powiedzieć, żeby nie spełniał oczekiwań, jednak nie budzi spodziewanie wielkiego zachwytu.

W pierwszej scenie Edyta Olszówka grająca Margaret podczas dialogu, czy właściwie monologu, ze swoim mężem – Brickiem (Grzegorz Małecki) odgrywa fantastyczną pantomimę najpierw wyciągając z szafy wszystkie swoje buty, następnie chowając je. Przy okazji wprowadza widza w meandry rodzinnych intryg:
Duży Tata (Janusz Gajos) posiada olbrzymi majątek, ale jest śmiertelnie chory na raka. Nie spisał jeszcze testamentu, więc pod pretekstem świętowania jego urodzin członkowie rodziny zjechali się do posiadłości by zawalczyć o swoją część spadku. Zaczyna się gra o wielką stawkę.
Duży Tata ma jednak już dosyć fałszu i intryg skrywanych pod płaszczem rodzinnej sielanki. Liczy się dla niego tylko prawda. Nieważne, że wyrażana pod postacią chamstwa i wulgarności i tak jest lepsza od pięknych kłamstw. Senior rodu chce się wreszcie przekonać, czy można żyć autentycznie. W tej roli celuje Janusz Gajos, który kreuje wyrazistą postać, a jednocześnie nie traci nic z naturalności i spontaniczności. Wszystko w spektaklu może nie spełniać wysokich oczekiwań, ale Gajos jest zawsze niezawodny.

Jedyną osobą, którą Duży Tata darzy sympatią jest jego młodszy syn- Brick. Były piłkarz, który załamał się po śmierci swojego najlepszego przyjaciela. Od tej pory jego jedynym pożądanym kompanem jest butelka whisky. Nie tylko ojciec darzy go sympatią. Zarówno Duża Mama jak i żona są nim zafascynowane. Jego postawa wobec życia daje im namiastkę ożywczej szczerości i prawdziwości. Wszyscy wiedzą, że Brick jest zbyt zrezygnowany, żeby cokolwiek udawać. Grzegorz Małecki zebrał za tę rolę dużo pozytywnych opinii. Zagrał człowieka wulgarnego, nieprzyjemnego, oschłego i w gruncie rzeczy prymitywnego. Konsekwentnie wykreowana postać nie budziła ani sympatii, ani tym bardziej zachwytu widza. Trudno było zatem wczuć się w powszechną fascynację Brickiem. Można było odnieść wrażenie, że bohater jest wyjęty z innej sztuki. Skutkowało to ogólnym wrażeniem niezgrania aktorów. Z drugiej strony, może właśnie taka interpretacja skłania do refleksji jak bardzo cierpienie zmienia człowieka i jak silny jest jego dawny obraz w oczach bliskich.

Zbiór rodzinnych osobliwości dopełnia Ksiądz Tooker- jedyna groteskowa postać, mimo iż epizodyczna, z dużym wyczuciem zagrana przez Marcina Przybylskiego. Ciekawie przedstawione są także Duża Mama (Ewa Wiśniewska) która z początku nie skupia na sobie uwagi, lecz w decydującym momencie potrafi pokazać silny charakter i Mae (Beata Ścibakówna)absurdalnie fałszywa i wścibska żona Coopera.

Scenografię stanowią przede wszystkim dwie szklane szafy stojące po obu stronach sceny. Zgrabnie dzielą przestrzeń, niabsorbują zbyt wiele uwagi, ale ograniczają widoczność widzom siedzącym w bocznych częściach widowni.

Muzyka, skomponowana przez Leszka Możdżera współtworzy klimat. Pasuje, gdy Margaret stoi przed lustrem i gładzi się po brzuchu, a w tle słychać dziecięcy śpiew. Jednak nie pasuje on na motyw przewodni spektaklu.

Kotka w Teatrze Narodowym jest warta uwagi zwłaszcza ze względu na udane kreacje Edyty Olszówki i Janusza Gajosa. Ma się jednak wrażenie, że sztuce czegoś brakuje. Czegoś co sprawiłoby, że śledzi się ją z zapartym tchem i głęboko przeżywa emocje bohaterów, którymi przesycony jest tekst Williamsa.

Joanna Dreczka
Dziennik Teatralny Warszawa
9 maja 2016

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...