Koty z Parku Róż

Rozmowa z Aleksandrą Gajewską

Praca, normalna praca, czyli to, co jest sensem naszego życia, a więc bycie cały czas w procesie tworzenia. To też jest ważne i tego nie możemy zaniedbać.

Z Aleksandrą Gajewską - dyrektorką Teatru Rozrywki w Chorzowie, o od dawna oczekiwanej premierze musicalu "Koty" w reż. Jakuba Szydłowskiego - rozmawia Ryszard Klimczak z Dziennika Teatralnego.

Ryszard Klimczak: Czy wojna u sąsiadów to jest dobry czas dla teatru?

Aleksandra Gajewska - Wojna to nie jest dobry czas na nic i dla nikogo, bo wojna to w ogóle nie jest dobry czas. Teatr musi się jednak odnaleźć w tej sytuacji. Nie możemy pozostać milczący wobec tego, co się dzieje. Gesty poparcia, wsparcie, to że pokazujemy, że jesteśmy solidarni zarówno z Ukrainą, jak i z naszymi wschodnimi przyjaciółmi, którzy przecież także z nami pracują. Naszym zadaniem było natychmiastowe objęcie ich wsparciem i pomocą, szczególnie, że od długiego czasu osoby pochodzące z Ukrainy są też członkami naszego zespołu.
Naszym zadaniem jest też tworzenie każdego możliwego wsparcia, które możemy okazać, czyli zarówno materialnego, jak i zorganizowanie miejsc pobytu, noclegów, mieszkań dla ludzi, którzy uciekają przed koszmarem wojny. Myślę, że w ślad za nami pójdą inne teatry, inne instytucje kultury. Zaoferowaliśmy miejsca pracy dla osób pracujących w teatrach w Ukrainie, które przyjeżdżają do Polski - dla rzemieślników i krawców teatralnych, perukarzy, charakteryzatorów. Mamy taką możliwość, żeby zaprosić ich do współpracy. Myślę, że ważnym jest, żeby mieli poczucie, że uciekając przed wojną, mogą jednak pracować w swoim zawodzie. To chcemy zrobić. Wszelkiego rodzaju artystyczne akcje wsparcia, czyli koncerty, spektakle, specjalne czytania, które dedykowane są Ukrainie są również ważne. Każdy z tych gestów, moim zdaniem, jest niezwykle istotny, bo dodaje ducha, osobom, które bardzo głęboko cierpią z powodu tego, co się dzieje w ich kraju.
Z drugiej jednak strony teatr nie może przestać działać. My też musimy sobie z tą sytuacją sami poradzić. To nie jest tak, że nas to nie dotyka, że o tym nie myślimy. Przy pandemii przerabialiśmy właściwie bardzo podobny schemat, czyli zupełnej niepewności, takiej bezradności, strachu. Ale ważna jest praca, normalna praca, czyli to, co jest sensem naszego życia, a więc bycie cały czas w procesie tworzenia i tego nie możemy zaniedbać.

Czy w teatrze mieszkają ludzie?

- Tak, to znaczy jako pracownicy teatru pokryliśmy koszty jednego pokoju w Domu Aktora, gdzie przebywa trzyosobowa rodzina, czyli pani z Ukrainy i dwie dziewczynki i się nimi opiekujemy. Oprócz tego właściwie od pierwszego dnia prowadzimy zbiórki wszystkich potrzebnych rzeczy, które następnie przekazujemy osobom potrzebującym, zarówno tym, które przyjeżdżają do Polski, jak i do transportów, które wyjeżdżają na Ukrainę.

Uczestniczycie jeszcze w jakichś innych formach pomocy?

- Staramy się działać na bieżąco i po prostu obserwować jakie są potrzeby. Mamy swoją grupę na Facebook'u, gdzie każdy z nas, kto wie, że akurat potrzebna jest zbiórka np. materiałów medycznych, żywności, odzieży, butów, zabawek natychmiast to udostępnia. Zbieramy te rzeczy i przekazujemy tam, gdzie one są rozdysponowywane pomiędzy osoby potrzebujące.

Tak jak pani powiedziała teatr musi się też zajmować teatrem, jak właściwie w każdym czasie, jeżeli jest to tylko fizycznie możliwe. Co w tej chwili najistotniejszego macie w swoim repertuarze?

- Jesteśmy bardzo głęboko w procesie tworzenia naszej nowej premiery, na którą długo czekaliśmy. W tej chwili oczywiście na afiszu nasze duże musicale, które wróciły po okresie karnawału, w którym prezentowaliśmy naszym widzom 25 Galę Sylwestrową na Bis. Już od wielu lat gramy koncerty sylwestrowe, w tym roku „Sylwester na bis" wybrzmiał po raz dwudziesty piąty, choć tak naprawdę to już 26 lat, ale ten pandemiczny rok nie pozwolił nam na zrobienie jubileuszu 25-lecia , więc odbył się on w sylwestrową noc 2021/2022. Następnie przez cały karnawał, aż do końca lutego zagraliśmy ponad czterdzieści koncertów dla naszych widzów.

Inne teatry też mają coś podobnego, ale nigdy publiczność nie dopisuje aż w takim stopniu jak w "Rozrywce" i może możnaby pomyśleć, że nie potrzebuje tego rodzaju przedstawień.

- To jest piękne i bardzo nas cieszy, że udało nam się zbudować publiczność wokół tych koncertów sylwestrowych. Myślę jednak, że robimy to jakością koncertu, ponieważ za każdym razem jest specjalnie przygotowywany, ma swoją dramaturgię, swój temat. Do tego wydarzenia projektowane są specjalne kostiumy, choreografie, aranżacje oraz scenografia. Tak naprawdę, co roku, 31 grudnia wypuszczamy nową premierę. Jest wielu widzów, którzy od lat nie spędzają sylwestra nigdzie indziej, tylko właśnie w Teatrze Rozrywki. Ich ogromne grono, właściwie, jak tylko kończy się karnawał, pyta czy już można rezerwować bilety na „koncerty na bis" w następnym roku!. Zagranie czterdziestu takich koncertów przy pełnej widowni to jest nasz wielki sukces.

Bez wątpienia jest to sukces, ale też sukces wypracowany właściwie przez całą historię swojej działalności.

- Pamiętam pierwsze koncerty sylwestrowe sprzed dwudziestu pięciu lat, kiedy po prostu nagle spróbowaliśmy zrobić pierwszy, z Telewizją Katowice. Na początku były to mniejsze formy, bardziej koncertowe, z zaproszonymi gośćmi. Następnie nasz Koncert Sylwestrowy ewoluował w stronę dużego spektaklu muzycznego. Każdy z nich miał swój temat, swoje przesłanie. To jest nasza tradycja, którą chcemy rozwijać dalej.

Kiedy dostaliście licencję na „Koty"?

- Licencja do „Kotów" to sytuacja tuż sprzed pandemii. Jej uzyskanie nie było proste. Okazało się jednak, że mamy przyjaciół zarówno w Londynie, jak i w Polsce. Pomogli nam, bo otrzymanie licencji do „Kotów" nie jest łatwe. Ten spektakl jest obwarowany pewnymi obostrzeniami. Trzeba spełniać mnóstwo bardzo konkretnych warunków, żeby dostać prawa do wystawienia „Kotów". To warunki dotyczące wielkości sceny, zespołu artystycznego, realizatorów. Przy licencji do „Kotów" musimy zatwierdzać wszystko u właścicieli praw: zarówno obsadę, jak i scenografa, kostiumografa, reżysera, wykonawców- właściwie wszystkich realizatorów, więc wszystkie biografie trafiają do Londynu. Na szczęście, nie ma ze strony właściciela licencji żadnych uwag.

Myślę, że te „Koty" powinny różnić się od tych starszych.

- Będą się różniły już w warstwie scenariuszowej, dlatego że przez te dwadzieścia lat Andrew Lloyd Webber, czyli autor muzyki, dokonał pewnych zmian w musicalu „Koty". Trochę dopisał, trochę usunął. My mamy najnowszą wersję, zmienioną przez kompozytora. Scena, którą Webber uznał, że nie do końca mu się podoba, została usunięta, a w zamian za nią została dopisana nieco inna i tę wersję posiadamy. Pokusiliśmy się o to, żeby umieścić akcję tej realizacji trochę bardziej u nas. Każdy, kto zna musical „Koty" wie, że cała akcja toczy się na czymś w rodzaju śmietnika. To w wersji oryginalnej jest śmietnik szkoły filmowej, ale to może być również jakieś inne składowisko odpadów. Koty są uliczne, dachowe, więc mogą się znajdować w Nowym Yorku, w Paryżu, ale my jesteśmy tu, więc pomyśleliśmy, że ten śmietnik i to miejsce akcji powinny mieć jakieś odniesienia do Śląska.

Odniesienie do Polski czy do Śląska?

- Do Śląska. Mamy tutaj przecież mnóstwo postindustrialnych obiektów, miejsc. Nie ukrywam, że to był mój pomysł. Poprosiłam scenografa i reżysera, żebyśmy spróbowali użyć niedużych symboli, które jednoznacznie powiedzą, że jesteśmy tutaj. Jesteśmy na Śląsku. To są nasze koty.

Czyli to dotyczy scenografii. A co zyskuje przy tym tekst?

- Jest tam kilka miejsc, w których tłumacz ma możliwość umieszczenia akcji w konkretnej lokalizacji, więc nie jesteśmy w Nowym Yorku, nie jesteśmy w Warszawie. My mamy na przykład odniesienie do naszego, chorzowskiego Parku Róż. Są powiązania z miejscami, w których bywamy, mieszkamy, żyjemy - z Chorzowem, ze Śląskiem.

Jak duży zespół zaangażowany jest w projekt?

- Prawie cały zespół. Kotów na scenie blisko czterdzieści. Ten musical ma swoje wymogi, a mianowicie nie da się w nim zrobić podziału pomiędzy osobami tańczącymi, a śpiewającymi. W związku z tym, nawet się śmiejemy, że „Koty" to nie musical, a balet śpiewany. Tutaj każda z osób, która wchodzi na scenę musi zarówno śpiewać, jak i tańczyć.

Nie buntują się?

- Nie. Dlaczego? Mamy tak zdolny zespół, że nasi tancerze z baletu znakomicie śpiewają, nasi wokaliści znakomicie się ruszają i dlatego właśnie mogliśmy sięgnąć po ten tytuł. Siła naszego teatru polega na tym, że u nas widz, który przychodzi i siada na widowni nie jest w stanie do końca stwierdzić, który artysta jest z zespołu wokalnego, który z baletowego, a który z aktorskiego, ponieważ każdy z naszych artystów jest niezwykle wszechstronny.

Kto kieruje zespołem muzycznym?

- Kierownikiem muzycznym tego spektaklu jest Ewa Zug. Orkiestrę poprowadzi Michał Jańczyk czyli kierownik muzyczny teatru oraz Mieczysław Unger.

A kto zajmuje się baletem?

- Zupełnie nie wyobrażałam sobie innego choreografa do musicalu „Koty" niż bardzo lubiany i niezwykle ceniony przeze mnie - Jarosław Staniek. Właśnie charakter ruchu Jarka jest absolutnie idealny do stworzenia choreografii do musicalu „Cats". Za choreografię odpowiada więc Jarosław Staniek i Katarzyna Zielonka. To duet choreografów, którzy pracują z nami od dawna. Są autorami choreografii m.in. do "Zakonnicy w przebraniu". Scenografią zajmuje się też współpracujący z nami już nie pierwszy raz, bo od wielu lat - Grzegorz Policiński. Reżyseruje Jakub Szydłowski. Obserwuję Kubę Szydłowskiego od jakiegoś czasu i widzę, jak wspaniale pracuje. Jakub szydłowski jest aktualnie dyrektorem artystycznym Teatru Muzycznego w Łodzi. Reżyseruje w całej Polsce fantastyczne musicale i spektakle muzyczne. Bardzo chciałam, żeby pracował z naszym zespołem i żeby zrobił z nami „Koty". To ma jeszcze jeden wymiar. „Koty" nie są zupełnie obce Kubie. Grał rolę Ram-Tam-Tamka w Teatrze Roma dwadzieścia lat temu, więc bardzo osobiście i emocjonalnie podchodzi do tego materiału.

Proszę przypomnieć. Kiedy jest premiera?

- Premiera będzie 27 kwietnia. Zapraszamy Państwa bardzo serdecznie.

Czy pojawią się artyści z Ukrainy w Waszych produkcjach?

- W obsadzie „Kotów" mamy koleżankę z Ukrainy - tancerkę, fantastycznie śpiewającą. Pracuje z nami od sierpnia. W Polsce jest od kilku lat. Polecam przyjrzeć się tej młodej osobie. W tej chwili bierze udział prawie we wszystkich naszych przedstawieniach. Sofiia Popova jest w zespole baletowym, jest akrobatką, a do tego ma nieprawdopodobny, wysoki, piękny, jasny głos.

Z jakimi problemami, jako producenci zetknęliście się w tych relacjach ze licencjodawcą?

- Na szczęście nie mamy na razie większych problemów. Bardzo szybko dostajemy odpowiedzi na nasze pytania. Generalnie musicale w świecie robi się tak, że szuka się najtańszych rozwiązań, na przykład w „Kotach" bardzo dużo partii instrumentów zostały napisane w wersji, którą dostaliśmy (i która jest grana w świecie) na keyboardy - to są trzy keyboardy i tylko kilka instrumentów „żywych". Jeden z tych keyboardów grał wszystkie partie smyków, czyli innymi słowy ten spektakl mógłby zostać zagrany bez żywych smyków, bez skrzypiec, bez altówki. My jednak mamy orkiestrę, mamy żywych muzyków. Pomyśleliśmy więc, że zapytamy właścicieli licencji czy nie zgodziliby się, żebyśmy ten keyboard zamienili na „żywe" instrumenty smyczkowe i dostaliśmy tę zgodę.
Mamy także swój zupełnie własny plakat do „Kotów". Ogłosiliśmy na niego ogólnopolski konkurs. Spłynęło ponad 250 prac, więc mieliśmy naprawdę problem, żeby wyłonić zwycięską. Trochę się obawialiśmy wysyłając ten, który wybraliśmy do właścicieli praw. Jest zupełnie inny niż wszystkie, które pojawiły się do tej pory w świecie i które zazwyczaj były utrzymywane w tej samej, żółto-czarnej kolorystyce. Wysłaliśmy go jednak do Londynu i został zaakceptowany bez uwag. Bardzo się cieszymy, bo jest bardzo oryginalny. Zachęcam Państwa do zajrzenia na stronę naszego teatru i zobaczenia, jak się prezentuje.

Na jaki czas uzyskaliście licencję?

- W tej chwili na dwa lata. Na 60 spektakli.

A ile spektakli macie w planach zagrać?

- Samo przygotowanie do musicalu „Koty" nie jest proste. Charakteryzacja to są trzy godziny. Żebyśmy byli w stanie wykonać charakteryzację całego zespołu, to niektóre z tych osób będą musiały przyjść do teatru trzy godziny wcześniej. Przed każdym spektaklem konieczna będzie rozgrzewka zarówno wokalna, jak i ruchowa. Jest to dość mocno obciążające przedsięwzięcie dla zespołu. Zresztą charakteryzacja i kostiumy, jak Państwo zobaczycie, rzeczywiście są niezwykle kocie. Są to precyzyjnie wykonane nakrycia głowy, uszy, ogony. Nasi artyści już od dłuższego czasu uczestniczą w specjalnie przeznaczonych dla spektaklu „Koty" warsztatach ruchowych a także z kociego ruchu.

Kto prowadzi te warsztaty?

- Warsztaty z kociego ruchu prowadzi Patryk Rybarski z Teatru Roma. Wcześniej zajęcia z tańca współczesnego uruchomienia ciał były prowadzone przez Macieja Cierzniaka. Koty poruszają się zupełnie inaczej niż ludzie, a nam się czasem wydaje, że wiemy, co to znaczy koci ruch. Kiedy jednak zaczęliśmy te warsztaty, to okazało się, że chyba byliśmy w błędzie. Zupełnie inaczej kot porusza głową, kręgosłupem, ciałem, więc takie warsztaty musieliśmy przeprowadzić, bo taka też jest ta choreografia.

Czy to jest też taka forma spektaklu, która będzie dostępna dla dzieci?

- Myślę, że tak. To nie jest spektakl, który miałby jakieś ograniczenia wiekowe. Na pewno nie jest to także sztuka stricte dla dzieci. To jest po prostu koci musical, ale nie ma w nim żadnych treści, czy scen, które nie byłyby odpowiednie dla dziesięciolatka bądź dwunastolatka.

Jaki, oprócz „Kotów" ma pani plan na teatr?

- Mamy dwie duże rzeczy, które czekają w kolejce. Jedna to polska prapremiera. Myślę, że tytuł nie będzie dla nikogo obcy, bo znamy doskonale film, który ma już swoje lata. Jednak jego wersja musicalowa pojawiła się zupełnie niedawno na Broadwayu, a mówię o „Tootsie". O tłumaczenie poprosiłam Daniela Wyszogrodzkiego, gdyż moim zdaniem jest najlepszym tłumaczem musicali w Polsce. Kolejnym przedsięwzięciem jest powstający specjalnie dla nas musical, o tematyce trochę wampirycznej. Będzie to historia wampirów, której bliżej do serii „Zmierzch" niż do „Draculi". Reżyserować będzie Agata Puszcz. Oczywiście planujemy jeszcze zabawną komedię czy farsę. W tej chwili jestem w trakcie czytania scenariuszy, bo chciałabym wybrać taki tytuł, który być może nie jest jeszcze mocno ograny w Polsce, a jest rzeczywiście zabawny. Myślę, że wszyscy potrzebujemy, żeby przyjść, pośmiać się i po prostu zobaczyć coś naprawdę dobrze zrobionego, ale także służącemu głównie rozrywce.

Dziękuję za rozmowę.
__
Aleksandra Gajewska -
dyrektorka Teatru Rozrywki w Chorzowie. Aktorka i menedżer kultury, związana Teatrem Rozrywki od ponad 25 lat. Debiutowała jeszcze jako nastolatka w „Betlejem Polskim" L. Rydla w reżyserii Marcela Kochańczyka na scenie Teatru Rozrywki. Od 1994 roku jako etatowa aktorka miała okazję wystąpić w wielkich i znaczących musicalach.
Absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach ze specjalnością menedżerską. Od wielu lat zajmuje się zarządzaniem w kulturze i aspektami CSR łączącymi kulturę i przedsiębiorczość. Od 2014 zajmowała się pozyskiwaniem funduszy i PR Teatru Rozrywki jako Pełnomocnik Dyrektora. Była członkiem Rady Programowej Filharmonii Śląskiej.
Jest laureatką nagrody „Głowa otwarta na teatr" i finalistką ogólnopolskiego plebiscytu „Mistrz mowy polskiej". Przegrała wtedy z Grzegorzem Miecugowem, a jak sama mówi, „z nim przegrać to jak wygrać". Założycielka fundacji wspierającej młodych twórców i innowacyjne inicjatywy teatralne, aktywnie działała również w obszarze inicjatyw prospołecznych i wspierających organizacje pozarządowe. Wykładowca na wydziałach Zarządzania i Kulturoznawstwa WSZOP w Katowicach.

Rozmawiał Ryszard Klimczak , notowała Vanessa Wilkołek
Dziennik Teatralny
23 kwietnia 2022

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...