Kraków zmiażdżył Warszawę

9. Festiwal Wybrzeże Sztuki

Na 8 tytułów spektakli prezentowanych w Gdańsku 4 były z Krakowa, 3 z Warszawy a 1 z Lublina, ale też trochę z Warszawy, bo aktorzy w większości ze stołecznych scen (Studio, Dramatyczny, Powszechny).

Tegoroczny przegląd dał pewien obraz kondycji polskiego teatru artystycznego, ale to obraz nie do końca reprezentatywny. Zabrakło przede wszystkim "Klątwy" z Powszechnego, o której szykowany na następcę Jacka Żakowskiego w kategorii "Głos, który mówi, jak jest" oznajmił, że teatr polski dzieli się historycznie na teatr do "Klątwy" i po niej. Zabrakło też "Malowanego ptaka" Mai Kleczewskiej, która odbierze już niedługo nagrodę na prestiżowym, teatralnym biennale w Wenecji. I jeszcze kilka tytułów (jak już Miśkiewicz to lepiej "Podopieczni", ale rozumiem, że jak "Wesele" to starczy Starego). Mimo braków, pewnie dyskusyjnych, line-up zaprezentowany po rocznej przerwie przez selekcjonerów, Adama Orzechowskiego i Cezarego Niedziółkę, był godny i całościowo stał się najważniejszym wydarzeniem teatralnym roku w regionie środkowo-południowego Bałtyku.

Oktet przeglądowy namawiał do porównań. Choćby między dwiema scenami narodowymi i dwoma kandydatami na dyrektorowanie jednej z nich (Klata, Miśkiewicz). Albo teatrami bez stałych zespołów aktorskich (Łaźnia i Provisorium). Zanotowano kilka razy déj vu aktorskie (Agata Góral, Łukasz Lewandowski, Krzysztof Zarzecki) ze skrajnymi ostatecznie odczuciami. Kilka spektakli zagrało w zupełnie nowej przestrzeni, co nie zawsze wyszło na dobre (chodzi szczególnie o dwie przedostatnie prezentacje na Dużej Scenie), ale raz było pod tym względem lepiej niż w domu ("Wesele").

Gdybyśmy mieli nakreślić mapę teatru polskiego według spektakli pokazanych w Gdańsku, to bezwzględną stolicą jest Kraków. Gdyby pokazano spektakle z Powszechnego i TR obraz byłby pewnie inny. Gospodarze już się nie konfrontują z przyjezdnymi, cały line-up wypełnili goście, jakby wyrównując brak Wybrzeża Sztuki w zeszłym roku.

___

Prawda w gabinecie krzywych luster

6/6

Na otwarcie wystrzał artystyczny i największa niespodzianka.

Po obejrzeniu "Sekretnego życia Friedmanów" [na zdjęciu] czuję się jak pyton po połknięciu antylopy. Trawię, com połknął i końca nie widać. Wszystkiego jest tu dużo: wersji, interpretacji, postaci, lokacji. Spektakl zaczyna się przed kurtyną Dużej Sceny absolutnie perwersyjną w kontekście całości sceną pt. "Największy karzeł świata". Potem, m.in.: pokój w mieszkaniu Friedmanów, posterunek policji, areszt, sąd. Scena od zaplecza, Czarna Sala, przedsionek rekwizytorni - wędrujemy korytarzami i schodami, stoimy, siedzimy przy aktorach, dotykamy ich dosłownie, wchodzimy w ich postaci, emocje. Oprowadza nas wielopostaciowy narrator. Opowieść coraz bardziej wciąga, zwroty akcji zaskakują, dobro zatraca się w ogrodzie zła.

Podobno nie ma dobra i zła, jest tylko prawda. A właściwie wiele prawd: oficjalna, skrywana, na użytek, na przekór, zaskakująca, wymuszona, zmanipulowana, zastępcza, do przyjęcia, pozapoznaniowa. U Friedmanów prawda została wrzucona do makabrycznego gabinetu krzywych luster, staje się rozciągliwa, piętrowo zrelatywizowana, wynaturzona. I kiedy już widzimy światło w tunelu, łapczywy niepokój wciąga nas do zajęczej nory niepewności. Czy to wielka manipulacja? Dramat rodzinny, w którym wszyscy są winni? Jak zachować się wobec zła i jego sprawcy, gdy ten jest osobą przez nas kochaną? Czy lojalność rodzinna powinna zawsze stać ponad normami społecznymi? Czy liberalizm etyczny ma granice? Czy w rodzinie można wszystko wybaczyć i zapomnieć? I ciągle być rodziną? Spektakl zostawia nas z wieloma pytaniami, jakby programowo unika odpowiedzi, zaciera tropy, podważa wcześniejsze odkrycia, prowadzi grę z naszymi przyzwyczajeniami i ułatwieniami myślowymi.

___

O czym nie wypada mówić?

4/6

Czy po, choćby Borowskim, Hannie Arendt i "Nocnym portierze" można powiedzieć coś nowego o złu i odpowiedzialności za koniec człowieka ("człowiek umarł w Oświęcimiu")? Można, ale trzeba by mocno przekroczyć granicę, jaka oddziela poprawność polityczną od prawdy. Można jednak, i jak najbardziej trzeba, przypominać.

Opryński przypomina poprzez opowieść złożoną głównie z wątku fabularnego zaczerpniętego z bestsellerowej powieści "Łaskawe" Jonathana Littella, która kreśli życiorys fikcyjnego członka Grupy Operacyjnej (Einsatzgruppen). Max Aue dobudował własny krąg do niemieckiego inferno, jego życiorys to opowieść o złu prywatnym, nadpisanym nad zło narodu odpowiedzialnego za zagładę. Narodu, który przegrał wojnę, ale szybko się odbudował. Narodu, któremu pomagano, którego bestie znajdowały schronienie i zatrudnienie. Proces normalizacji i racjonalizacji zła, samo- i oczyszczania, nastąpił właściwie od razu. Naród katów błyskawicznie, jak na ogrom krzywdy, jaką uczynił, stał się potęgą gospodarczą. No tak, brzmi to jak pisk zazdrości i frustracji. No nie wypada. Tak jak w "Gościach z Niemiec" ("The Germans"), niezapomnianym odcinku serialu "Hotel Zacisze".

___

O jedną ścieżkę za daleko, czyli nie ogarniam

w kategorii komedia psychodeliczno-surrealistyczna: 2/6

w kategorii teatr na serio: pół/6

Nie będę udawać i doszukiwać się sensów, choć moja inteligencja "jest jak brzytwa, dużo czytam i jestem wypoczęty". Propozycja Garbaczewskiego to nie wyzwolenie artystyczne a niechlujstwo wykonawcze. To nie awangarda tylko śmietnik intelektualny. Po co to wszystko? Po co tylu świetnych aktorów, którzy nie mają nic do zagrania? W kartonie i do tego z latarką i tekstem na kartce to nie wyzwanie. Rozumiem wszystko, nawet momentami chyba rozumiem o co chodzi Ryszardowi "Sześciu króli" Petru, ale nie skumałem o co chodziło tym razem jednemu z najciekawszych przedstawicieli teatru plastycznego w Polsce.

___

Zezowate szczęście Jakuba

3/6

Tadeusz Słobodzianek znowu o Żydach i Polakach, znowu zrobił to Ondrej Spišák, znowu było przaśnie scenograficznie i dominowało słowo. Ale czy znowu będzie ogromny sukces międzynarodowy jak w przypadku "Naszej klasy"? Chyba nie. "Historia Jakuba" Teatru Dramatycznego to klasyczna, niestety, przypowieść. Mnóstwo wydarzeń a postaci bez rysunku psychologicznego, choćby konturów - wszystko po stereotypach. Aktorzy grają po kilkanaście ról, przebierają się jak w teatrzyku jarmarcznym. Opowieść Jakuba prowadzona w pierwszej osobie to jakby nowe "Zezowate szczęście". Tytułowy bohater jest żydowskim sierotą oddanym podczas wojny pod opiekę polskiej rodzinie, która dość opacznie zrozumiała życzenie matki i wychowywała przygarniętego chłopca na katolickiego księdza. Kiedy już nim został, ciągle żyjąc w przekonaniu, że jest Polakiem i katolikiem, poddawany jest nieustającym próbom charakteru. I najczęściej ulega, bo jest człowiekiem łamliwym. By wyjechać do Paryża, bez głębszej refleksji godzi się na współpracę ze służbami. Wątek donosicielstwa przewija się przez większość przebiegu, w Polsce donoszą wszyscy i na wszystkich. Urzekła i rozbawiła mnie jednocześnie scena pierwszej spowiedzi. Jakub wysłuchuje najbliższych współpracowników na plebanii, którzy w konfesjonale okazują się potworami. Scena wręcz kabaretowa, ale jedyna zaskakująca, nieprzewidywalna u zarania.

Przełomowym momentem w życiu bohatera staje się odkrycie tajemnicy pochodzenia. Od tego momentu Jakub poszukuje tożsamości na wszystkich poziomach. Czuje się chrześcijaninem, ale nie może zaprzeczyć pochodzeniu. Czuje się Żydem, ale nie może wyrzec się Boga, któremu jest wierny od zawsze. Nigdzie nie zaznaje spokoju, wszędzie jest odrzucany. Niełatwo uwierzyć w tę historie, gdy jest opowiedziana jako następstwo kilkudziesięciu wydarzeń. Najbardziej skomplikowane kwestie natury ludzkiej przygniecione są zdarzeniowością, spod której trudno jest wydobyć istotę człowieczeństwa Jakubowego. Łukasz Lewandowski nie przydał swej postaci właściwego wymiaru, zabrakło charyzmy.

***

Oto nóż ogrodowy do wycięcia połowy (tekstu)

4/6

Zaczyna się pięknie. Widzów witają dźwięki walca Szostakowicza (na szczęście nie w interpretacji Andre Rieu!), wchodzimy w klimat "Damy kameliowej". Po trosze słusznie, bo ten trop będzie się przewijać podczas prezentacji Teatru Narodowego oczekiwanej z niemałymi emocjami przez trójmiejską socjetę. Emocje były tym większe, bo w ostatnich latach mogliśmy oglądać ciekawe kreacje Myszkina (Agata Buzek u Igora Gorzkowskiego) i Rogożyna (Cezary Studniak u Wojciecha Kościelniaka). Drogie bilety, mała widownia, atmosfera wtajemniczenia i uczestnictwa. W ramach skromnej scenografii największą uwagę przykuwa wykładzina pokrywająca całą scenę. Na podłodze tylko dwa motywy: anioł i diabeł. Jak się na koniec okazało, było to jedyne miejsce, w którym można było zauważyć jednego i drugiego.

Paweł Miśkiewicz warszawskim "Idiotą" potwierdził, że jest najwierniejszym uczniem Krystiana Lupy. Spektakl trwa wystarczająco długo (3:40 z jedną przerwą), nikt się nie spieszy, postaci często w bezruchu: stoją, leżą, odwrócone plecami do widzów przez długie minuty. Tak, nikt się nie spieszy zdecydowanie, ale nie ma aż takiej katatonii jak czasami bywa u Mistrza. Mogłem policzyć dokładnie ilość miejsc na Malarni (168), zabrakło mi kilku minut do dokładnego wyliczenia ilości aniołów i diabłów na podłodze. Miała być "ta nuda", zawieszenie metafizyczne, spleen i to coś nienazwane. Nie było.

Joanna Bednarczyk i Paweł Miśkiewicz, autorzy adaptacji, podeszli do Dostojewskiego zbyt ambitnie. Zamiast wybrzmienia dramatu emocji i namiętności, pojedynku diabła/diabłów z aniołem, mamy rosyjską duszę, rosyjski nacjonalizm, rosyjską, w odcieniu czechowowskim, nudę i scenki rodzajowe, które mają podprowadzać pod najważniejsze figury. Dostojewski był geniuszem, ale z lansowaniem mocno przechodzonej koncepcji świętej Rosji i Trzeciego Rzymu trochę mu nie wyszło. Mocne rangowanie i wpisywanie poprzez długie tyrady tego wątku do prezentacji scenicznej kieruje uwagę na to, co u Dostojewskiego było najmniej ciekawe. Przesuwanie akcentów z dramatu namiętności na rozważania eschatologiczne, celowe ogołacanie "Idioty" z emocji, pozbawianie przyjemności obcowania z ulubionymi postaciami odbiera widzom radość.

Ambicje historiozoficzne to nie jedyny powód słabości narodowej propozycji. Drugi to zaskakująco nierówne aktorstwo. Zawiódł na całej linii Mateusz Rusin, którego Rogożyn ma z Rogożyna tylko kożuch z baranicą a to stanowczo za mało, by widzieć w nim szaleńca, drania i demona. W drugim planie słychać było nawet problemy artykulacyjne, co w przypadku Teatru Narodowego wydaje się być absolutnie niebywałe. Nie wierzyłem postaciom, nie widziałem szaleństwa. Na wysokości zadania stanęli najbardziej doświadczeni: Mariusz Bonaszewski, Jan Frycz i Mariusz Benoit. W finale udanie przypomniał się trójmiejskiej publiczności Włodzimierz Press, legendarny gruziński Grigorij z serialu "Czterej pancerni i pies". Owacje na stojąco prawie pełne.

***

Za duża przestrzeń zabiła intymność

4/6

Michał Borczuch wygrał dwa ostatnie festiwale "Boska Komedia". "Wszystko o mojej matce", pokazane na Wybrzeżu Sztuki, wygrało w zeszłym roku, wcześniej triumfowała "Apokalipsa". Spektakl o pamięci zmarłych matek Borczucha i Krzysztofa Zarzeckiego, odtwórcy głównej roli, daleki jest od patosu i hagiografii. To rzecz o powszedniości i ułomności pamięci. Bohater rekonstruujący obraz matki szuka zaczepień w codzienności. Chce sobie przypomnieć kolory, zdarzenia, małe fakty, szczegóły, bo z nich najbardziej składa się człowiek. To rzecz o miłości i bezsilności, o stracie i braku, jaki pozostawiają po sobie coraz bardziej oddalające się bliskie nam osoby.

Gdański pokaz jest zupełnie inny od domowego. W Łaźni Nowej widzowie siedzą blisko sceny, prawie wśród aktorów. W Gdańsku, na wielkiej scenie Teatru Wybrzeże, zanika intymność, pojawiają się natomiast mikroporty. Głos staje się słuchowiskowy. Nowe warunki wydłużają spektakl, aktorki wędrują po scenie. By dojść do miejsca, z którego wygłaszają kwestie, musiały po prostu przemaszerować kilkadziesiąt metrów. Ginęła gdzieś intymność a do tego to okropne grepsowanie: "Spóźniłam się, bo zatrzymał mnie dyrektor Orzechowski" - mówi jedna z aktorek. Wrrr.

Mimo braku koła ratunkowego dla ludzi dobrze wychowanych, czyli przerwy, spektakl opuściło co najmniej dwadzieścia osób (przez drzwi na dole), co jest negatywnym rekordem tegorocznego Wybrzeża Sztuki. Szkoda, że tak się stało, bo "Wszystko o mojej matce" to koncept ciekawy, wirtuozersko zagrany. To, jak reżyser odkrywa w aktorkach swoją matkę, jak żongluje przeniesieniami, tworząc nowe wyobrażenie, zasługuje na najwyższe uznanie. Jednak w opinii wielu widzów w Gdańsku to nie zagrało.

***

Aperitif

4/6

"Do DNA" to aperitif do "Wesela". Najszybsze owacje na stojąco nagrodziły brawurowe wykonanie pieśni ludowych z Kurpiów według wersji zapisanych przez Oskara Kolberga, ks. Władysława Skierkowskiego i Henryka Gadomskiego. Największe brawa dla kompozytora, aranżera i pianisty Dawida Suleja Rudnickiego odpowiedzialnego za kierownictwo muzyczne i aranżacje oraz występującej z nim piątki studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Aktorskiej im. Ludwika Solskiego, specjalności wokalno-aktorskiej. To ich spektakl dyplomowy. Tytuł można interpretować dwojako: jako podróż do naszych źródeł i wypicie, zachłyśnięcie się - do dna, do końca. Energia młodości, brzmienie zapomnianych dźwięków zatriumfowało, przecież większość widzów albo pochodzi ze wsi albo ma tam przodków. Wszak wszyscy panowie wyjechali po wojnie do Londynu.

"Do DNA" to wokalna petarda, ale zabrakło mi trochę teatralności. Może dlatego, że tak lubię teatr muzyczny, w tym Teatr Muzyczny w Gdyni, który w ambitnych propozycjach potrafi jak nikt połączyć teatr z muzyką. Czułem się jednak mocno odosobniony w tej opinii.

___

Wstawać trupy

6/6

Klata pozwala wybrzmieć słowu. Sceny mówione z wielką dbałością o przekaz, niespieszne, skoncentrowane. Po prostu ważne są. Scenografia Justyny Łagowskiej przenosi nas na wiejskie ni to wesele, ni to dancing, ni to remizę czekającą na Zenka Martyniuka. Na czterech postumentach tworzących po obwodzie kwadrat niecodzienni muzykanci do połowy obnażeni z wybielonymi twarzami i torsami. To członkowie śląskiej grupy black metalowej Furia. Swoją muzykę nazywają przewrotnie necro folkiem, nawiązują do lokalności podobnie jak niegdyś Behemoth ("Lasy Pomorza").

"Wesele" to spotkanie żyjących trupów. Choreografie Maćko Prusaka nawiązują do znanych z filmów i musicali tańców zombie i wampirów, zauważyłem także nawiązania do niezapomnianego finału "Salta" Tadeusza Konwickiego. Kapitalne przyruchy prowadzącego korowód Gospodarza, zamaszyste zamknięcia Czepca - majstersztyk szczegółu. Długowłosy Chochoł to Nekromanta wzywający nieumarłych do akcji.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
11 lipca 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...