Krakowscy aktorzy rozbierają się do rosołu

rozmowa z Rafałem Dziwiszem

- Rozebrani jesteśmy rzeczywiście. Striptiz jest zaledwie fragmentem tego, co widzowie zobaczą. Wbrew pozorom nie epatujemy w tym spektaklu tak bardzo nagością - mów Rafał Dziwisz, odtwórca postaci Larry\'ego w spektaklu ,,Kogut w rosole", wyreżyserowanym przez Marka Gierszała, którego premiera odbędzie się w teatrze STU w Krakowie.

Czy to trudne zadanie dla aktora rozebrać się na scenie do rosołu?

- Trochę, ale nie chciałbym zdradzać szczegółów. Powiem tylko, że ta nasza nagość jest traktowana w spektaklu z przymrużeniem oka, dzięki czemu nie jest dla nas krępująca. Prawda jest taka, że w pewnym momencie siedmiu facetów na scenie jest kompletnie gołych, a nie widać, że się tak wyrażę, szczegółów.

Żadnych?

- No prawie żadnych, choć rozebrani jesteśmy rzeczywiście. Striptiz jest zaledwie fragmentem tego, co widzowie zobaczą.

Wbrew pozorom nie epatujemy w tym spektaklu tak bardzo nagością. Przedstawienie zrealizowane zostało zabawnie i ze smakiem. Nikt nie będzie się czuł zażenowany.

A jak wyglądały próby?

- To była praca w czysto męskim gronie. Reżyser wręcz zastrzegł, że w początkowej

fazie pracy w naszym otoczeniu nie powinny znajdować się panie. Nie chodziło o to, żeby coś ukrywać, tylko żeby one nie czuły się skrępowane tą sytuacją. Dopiero gdy osiągnęliśmy efekt, na którym nam zależało, pojawiła się m.in. inspicjentka. Szybko jednak przyzwyczaiła się do tej naszej nagości. W pewnej chwili obok jej pulpitu stoi siedmiu kompletnie rozebranych facetów, którzy nie mają się gdzie skryć. Ale nasza pani inspicjent jest kulturalną i dystyngowaną kobietą. Za każdym razem udaje, że nas nie widzi. (śmiech)

Zawsze to jakiś sposób. Korzystali Panowie na tych próbach z pomocy zawodowego striptizera?

- Nie, bo nasi bohaterowie nie mają być profesjonalistami. Co nie znaczy wcale, że są grupą nieudaczników. Oni rozbierają się najlepiej jak potrafią, bo wiedzą, że od tego zależy ich los. Mieliśmy jednak zawodowego choreografa, który wplótł w naszą scenę striptizu nawet elementy walki. Zrobił to fantastycznie.

Na afiszu przedstawienia prezentuje się Pan świetnie. Pewnie przed premierą ćwiczył Pan kondycję?

- Nic z tych rzeczy. Praca nad "Kogutem w rosole" była tak intensywna, że zarówno ja, jak i moi koledzy zrzuciliśmy sporo kilogramów. Teraz wyglądamy zdecydowanie lepiej niż kilka miesięcy temu. "Kogut..." sprawił, że zyskaliśmy na atrakcyjności. (śmiech)

A kim jest grany przez Pana Larry?

- Podobnie jak pozostali bohaterowie sztuki nie ma pracy. Kiedyś był hutnikiem. Poza tym, jak mówi reżyser, Larry to jest ,,wielka gęba". Strasznie dużo gada. Wydaje mu się, że wie wszystko na każdy temat. Ale w rzeczywistości jest najbardziej zagubiony z całej siódemki. Gram go na zmianę z Krzysztofem Pluskotą, bo w krakowskim teatrze STU wszystkie role są dublowane. W związku z tym w spektaklu gra nie siedmiu tylko trzynastu aktorów.

Pewnie Panowie sami nieźle się bawicie grając striptizerów?

- Tak, aczkolwiek nie zabawa jest naszym celem. Wbrew pozorom ,,Kogut w rosole" nie jest taką banalną komedyjką. Tak naprawdę jest to taka gorzko-wesoła historia o męskiej przyjaźni. Cały ten entourage ze striptizem jest pretekstem, żeby opowiedzieć znacznie więcej. Choć przyznam, że chwilami jest bardzo śmiesznie.

Joanna Weryńska
Polska Gazeta Krakowska
8 października 2010
Teatry
Teatr STU

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...