Król Lear i wściekłe nazistki

Uwielbiam Teatr Dramatyczny za to, że robi Szekspira.

W sztukach genialnego dramaturga jest wszystko, to zwierciadło ludzkich zachowań i dogłębna analiza ludzkiej natury. Kiedy nie wiadomo, czego się spodziewać w teatrze, odniesienie do absolutnej klasyki światowego dramatu jest ukojeniem i punktem odniesienia. Pół roku temu reżyser Wawrzyniec Kostrzewski pokazał w Dramatycznym poruszający spektakl o nieszczęsnym ojcze trzech córek, w tytułowej roli obsadzając wybitną aktorkę, a przy okazji własną matkę, Halinę Łabonarską.

Główny wątek tej historii wszyscy znamy – starzejący się król postanawia popisać się przed dworem miłością, jaką darzą go trzy córki, z których on sam najbardziej kocha najmłodszą. W zamian za publiczną deklarację uczuć Lear obiecuje obdarować dziedziczki częściami swego królestwa, pozostając potem ich honorowym gościem. Pierworodna Goneryla i młodsza od niej Regana recytują fałszywe wyznania, zaś najmłodsza, Kordelia, która odmawia udziału w tym miłowaniu na pokaz, zostaje przez uniesionego pychą i gniewem ojca ukarana wydziedziczeniem i publicznym upokorzeniem.

Któż nie widział tego na własne oczy, a może nawet we własnej rodzinie? Jakże często zdarza się, że dzieci, o których względy stary rodzic najbardziej zabiega. i którymi najbardziej chciałby się chlubić, czyhają tylko na spadek w nosie mając jego zdrowie i samopoczucie. Zaś rola opiekuna i obrońcy przypada dziecku, które bez pustych deklaracji po prostu czyni swoją powinność w codziennym zajmowaniu się coraz bardziej niedołężnym rodzicem.

Pycha i głupota, fałsz i przebiegłość, żal i rozpacz, niesprawiedliwość i kara. Któż byłby tak głupi, żeby jeszcze za życia pozbawić samego siebie należnej pozycji i zaszczytów, w dodatku odejmując sobie także wolność finansową? Tylko biegający po deszczu król z odkrytą głową.
Halina Łabonarska jest wspaniała w roli miotającego się w swym szaleństwie Króla. Jej dystyngowana, smukła postać i piękna twarz stają się na potrzeby przedstawienia prawdziwym Learem, starcem, który krzyczy, grozi, tupie, rzuca straszliwe klątwy na własne dzieci, pada na kolana, łka, moknie w lesie podczas burzy i traci rozum. Łabonarska wydobyła z postaci Króla wszystkie odcienie jego natury, także zrozumienie i mądrość, które przychodzą zbyt późno.

Przyjrzyjmy się córkom, bo ich imiona niosą znaczenie. Kto wie, co miał na myśli Szekspir, ale jego badacze wywodzą imię Goneryli, w oryginale Goneril, od łacińskiego virago, czyli w uproszczeniu – „kobieta taka jak mężczyzna" (po łacinie: vir). Oczywiście można to interpretować pozytywnie w stronę dzielności, cnoty (virtus), a nawet dziewictwa (virgo), lub wręcz przeciwnie – virago to jędza, ordynarny, posługujący się bezwzględnie siłą i manipulacją, pozbawiony wszelkich skrupułów moralnych babochłop. W kontekście najstarszej córki nieszczęsnego Króla Szekspir na pewno to miał na myśli – o ile miał to na myśli. Regana jest już prostsza w interpretacji – jej imię związane jest z łacińskim słowem król (rex), i można je łatwo odczytać jako opis niepohamowanej ambicji młodszej córki do rządzenia (regere), nie tylko ojcem i jego królestwem, ale i mężem, kochankiem, siostrami, sługami. Regana nie ma granic w swoim okrucieństwie i przewrotności, liczy się dla niej tylko władza. Wreszcie Kordelia, czyli wiadomo: serce (cor). Serce, czyli życie, czyli mistyczna siedziba nie tylko uczuć, ale i myśli, i rozumu – takie znaczenia przypisywały mu Biblia i filozofia starożytna. Kordelia, faktycznie, jest najbardziej zintegrowana emocjonalnie, wierna samej sobie, odróżniająca miłość rodzicielską od małżeńskiej. Lecz co ją spotyka za tę dojrzałość i szczerość?

Wszystkie trzy aktorki wcielające się w role córek spisały się doskonale.

Agata Różycka jako Kordelia była bardzo uczuciowa i namiętna. Udało jej się pokazać wszystkie emocje Kordelii: cierpienie niesprawiedliwie traktowanej córki, ale i jej nieugiętość oraz trwanie przy swoim wobec szaleństw ojca. Aktorka wystąpiła w podwójnej roli – interpretując Błazna, emocjonalnie wciąż była przy Królu ze swymi złośliwymi komentarzami. Między nią a Łabonarską wyczuwało się szczególną więź. Powierzenie tych dwóch ról jednej aktorce to niezwykle ciekawa koncepcja, której uwieńczeniem była scena zabicia Błazna przez Króla, czego nie ma u Szekspira. Tak jakby kochająca szczerość córki i bezczelna szczerość pajaca musiały się znaleźć w jednej osobie.

Karolina Charkiewicz jako Regana została przez reżysera wystylizowana na bezwzględną nazistkę, zimna sukę ze szpicrutą w ręku. Jej fryzura, kostium, a nade wszystko gra aktorska sprawiają, że widzimy obrazek wprost z obozu koncentracyjnego. Wrzask Charkiewicz mrozi krew w żyłach, a jej okrucieństwo przy zadawaniu tortur Kentowi i Gloucesterowi przeraża. To Regana każe męczyć posłańca królewskiego do samego rana, to ona domaga się wyłupienia drugiego oka zwolennikowi króla. W reżyserskiej wizji to również ona decyduje, że jej mąż w walce zostanie zraniony na tyle ciężko, zanim ona wbije jego adwersarzowi nóż w plecy, aby zszedł jej z drogi do poślubienia kochanka. Wstrząsająca, bardzo wyrazista kreacja.

Lidia Pronobis jako Goneryla to posągowa piękność o naturze bezwzględnej manipulatorki. Znawcy Szekspira mówią, że źródłem zła najstarszej była zazdrość o najmłodszą siostrę. Pronobis każdym ruchem i słowem pokazywała swoją wyższość i pogardę wobec innych, nie tylko wobec młodszej siostry i ogołoconego ojca. Aktorka pokazała wielką namiętność, przerażającą, bo w opozycji do zimnej wściekłości Regany i uczuciowej szczerości Kordelii była to namiętność władzy, rozkosz ustawiania ludzi tak, aby się wzajemnie krzywdzili dla korzyści Goneryli. Skonfliktowana z mężem, który próbował stawiać jej opór, umiera w końcu na scenie nie śmiercią samobójczą, jak chciał autor tragedii, lecz w uścisku małżonka, zanosząc się chrapliwym śmiechem pośród trupów plastikowych worków.

Scenografia Martyny Kander i kostiumy autorstwa Anny Adamek świetnie uzupełniały nowoczesną wizję reżysera. Aktorzy noszą skórzane ubrania, pokazują tatuaże, mają kosmiczne fryzury. Wrażenie współczesności potęguje elektroniczny podkład muzyczny Piotra Łabonarskiego oraz dymy i światła. Reżyser, mimo niewielkich zmian w koncepcji, wiernie interpretuje oryginalny tekst, ale ogromne pochwały należą się Piotrowi Kamińskiemu za nowy przekład. Znane mi tłumaczenia Witolda Chwalewika i Leona Ulricha zawierają trącące myszką sformułowania typu „do Dowru" zamiast „do Dover" czy „sznurować usta przed zwierciadłem" na określenie czegoś, co teraz nazwalibyśmy „robieniem dziubka do lustra". Natomiast przekład Kamińskiego jest bardzo wierny i bardzo współczesny, brawo.

A propos tatuaży, spośród panów w obsadzie najbardziej podobał mi się Łukasz Lewandowski jako Kent. Aktor swą odegrał rolę bardzo wyraziście – jest prawdziwie szlachetnym i wiernym sługą swego króla, ale i nie w ciemię bitym, skłonnym do fortelu i sztuczek.

Lewandowski ma wspaniałe warunki głosowe i jest imponująco sprawny fizycznie – scenę całonocnego bicia go przez żołdaków Regany i Księcia Kornwalii, co reżyser wymyślił zamiast szekspirowskiego zakuwania w dyby, aktor odgrywa właściwie sam w porywającej energią pantomimie-monodramie.

Oswald, wierny, a zatem podły jak ona sługa Goneryli to świetna kreacja Karola Wróblewskiego. Aktor, jak jego teatralna pani, ma nieprzeniknioną, okrutną, wzgardliwą twarz manipulatora. Potrafił jednak pokazać także ludzki rys tej postaci w drugim akcie.

Role mężów królewskich córek odegrali Konrad Szymański, Sebastian Skoczeń i Kamil Mróz. Najbardziej mógł się wykazać Szymański, który jako Książe Kornwalii w połączeniu z hitlerowską małżonką miał widzów szokować, jako i się stało: przed scenami tortur para łączyła się ze sobą w konwulsyjnym seksualnym rytmie. Przywodziło to na myśl sadomasochistyczne upojenie – na szczęście reżyser nie odczuwał potrzeby pokazania tego bardziej niż gestem i wyrazem twarzy ubranych aktorów.

Wielkie pole do popisu mieli Mariusz Wojciechowski jako Hrabia Gloucester oraz jego dwa synowie: Mariusz Weber jako prawowity Edgar oraz Marcin Stępniak w roli bękarta Edmunda. Rozpacz zawiedzionego ojca synów pokazał Wojciechowski z wielkim kunsztem. Stępniak jako bezduszny, niemal rozbawiony własnym brakiem zasad oszust i zdrajca, dorównał rolom innych okrutników w przedstawieniu. Ciekawe było też wyeksponowanie jego roli jako narratora i komentatora wydarzeń, które umiejętnie rozgrywał kosztem łatwowierności ojca i brata. Natomiast Webera podziwiam nie tylko za pokazanie targanego przerażeniem syna, ale również za grę ciałem, gdyż jako zwariowany Tom w leśnym szałasie, gdzie skrywa się przed burzą sam Król, aktor przez długi czas występował tylko w bieliźnie.

Jedynym minusem przedstawienia jest sposób mówienia młodych aktorów Nie jest to właściwie zarzut do spektaklu, bardziej do całego pokolenia, które mówi niewystarczająco nośnie i niewystarczająco wyraźnie. Słychać ich dobrze tylko wtedy, gdy mówią przodem do widowni i intepretują krzyk lub wołanie. Pozytywnie wyróżnił się tutaj Skoczeń, którego dźwięczny głos niósł się po sali, nawet kiedy aktor stał tyłem lub mówił z głębi sceny. To chyba wina formacji w szkołach teatralnych, bo aktorzy od czterdziestki wzwyż nie mają problemów z emisją głosu.

Spektakl pozostawił mnie w wielkich emocjach, wśród których przeważał smutek – w końcu „Król Lear" to tragedia. Jednak nie zostałam nią zupełnie przybita ani załamana, jak to mi się zdarzało po obejrzeniu dzieł niektórych współczesnych autorów. Mimo ukazania, jak złe decyzje pojedynczych ludzi doprowadzają do tragedii całe narody, William Szekspir nadziei nie odbiera.

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
19 października 2021

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...