Król Lear jest papieżem, a Prospero była kobietą

19. Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski w Gdańsku

Pierwsza część Festiwalu Szekspirowskiego skupiona była wokół "Hamleta", prezentowanego na kilka różnych sposobów. Druga ukazała interpretacje innych tragedii Szekspira. Poza "The Tiger Lillies grają Hamleta" brakowało w imprezie spektakli wybitnych, ale te, które pokazano, złożyły się na całkiem udaną propozycję, mającą zaspokoić możliwie szerokie gusta publiczności. W dobrą stronę rozwija się nurt offowy - SzekspirOff.

Festiwal Szekspirowski to impreza szczególna, nie posiadająca w okresie letnim w Polsce praktycznie żadnej konkurencji. Tegoroczny przyciągnął do Gdańska niemal całą śmietankę krytyki teatralnej i wielu szefów placówek teatralnych z całej Polski. Mogli oni wraz z całą festiwalową publicznością obejrzeć 14 wydarzeń w nurcie głównym festiwalu i tyle samo w nurcie offowym.

Oczywiście największe zainteresowanie publiczności, jak co roku, towarzyszyło pokazom finału Konkursu o "Złotego Yoricka", przyznawanego najlepszej polskiej inscenizacji sztuk Szekspira lub dzieła nimi inspirowanego. W finałowej trójce znalazły się skrajnie odmienne estetycznie i formalnie spektakle, które łączyła odważna interpretacja, często daleko odbiegająca od tradycyjnej.

Nagrodę przyznano Narodowemu Staremu Teatrowi za "Króla Leara" w reżyserii Jana Klaty. Spektakl zbudowany jest na przewrotnym i na pozór szalonym pomyśle, by opowieść o abdykującym na rzecz córek królu wpisać w realia kościelne i przenieść do Watykanu. Lear w tej interpretacji to papież rozdzielający swoje królestwo pomiędzy "córki" (najbliższych mu kardynałów). By zyskać władzę, Goneril i Regan (grani przez Jacka Romanowskiego i Mieczysława Gąbkę) silą się na kwieciste komplementy w odróżnieniu od Kordelii (Jaśmina Polak), której skromność i prostota uznane zostają za obrazę majestatu. Jednak wyrodna córa nie znika z horyzontu zgodnie z treścią sztuki, a pod postacią Błazna towarzyszy ojcu w wygnaniu z królestwa.

Spektakl Klaty to ostra, ale utrzymana w tonie groteskowej błazenady satyra na stan kościelny. Wątek hrabiego Gloucestera - oszpeconego i wygnanego z inicjatywy Edmunda (niższego rangą księdza) - jeszcze mocniej niż festiwal próżności przy dzieleniu przez Leara swojego królestwa pomiędzy kardynałów, ukazuje zdeprawowanie władz duchowych oraz bezwzględną walkę o stanowiska i tytuły. Przezroczysta klatka, w jakiej umieszczony jest umierający Lear (w tej roli świetny Jerzy Grałek), to w tej wersji zarówno symboliczne więzienie, sala szpitalna, jak i miejsce odosobnienia, gdzie trafiają osoby dla władz kościelnych z różnych względów niewygodne. Jednak poza wyraźnym rysem antyklerykalnym reżysera interesuje dramat błądzącego, niepozbawionego wad człowieka, który u kresu życia pojmuje swoje błędy. Dla hrabiego Gloucester syn Edgar jest aniołem stróżem chroniącym go od samobójstwa i potępienia, przywracający ojcu wiarę w Boga. Oswajającemu się ze śmiercią Learowi towarzyszy zwątpienie - nie ma już nadziei na zbawienie, pomimo towarzystwa Kordelii i pozostałych "córek" w ostatnich chwilach życia.

Spektakl ten pełen jest dobrze znanych z teatru Jana Klaty chwytów - od groteskowych przerywników, przez różne świadomie wprowadzone inscenizacyjne zgrzyty (kompletnie nieprzystająca do pozostałych postać Kordelii, kontestująca swoim punkowym zachowaniem powierzchowną bogobojność i rozmodlenie innych), przez słownictwo momentami dalekie od gładkich szekspirowskich fraz, po konsekwentne wytrącanie widzów z komfortu oglądania zgrabnej opowieści o Królu Learze, który został papieżem. I wszystko to w inscenizacji Jana Klata się udaje, czego świadkiem była rekordowo liczna publiczność w Teatrze Wybrzeże, która okupowała dosłownie każdą wolną przestrzeń teatru by móc obejrzeć, jak się okazało, zwycięskie przedstawienie Konkursu o "Złotego Yoricka".

Na drugim planie znalazł się nie mniej ciekawy, choć znacznie odważniejszy spektakl Krzysztofa Garbaczewskiego - "Burza" [na zdjęciu] z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Garbaczewski buduje kilka narracji jednocześnie, które składają się na bardzo interesującą myśl przewodnią spektaklu - każdy ma swoją bezludną wyspę, gdzie jest samotny, opuszczony i gdzie czeka pełen nadziei (jeśli jej jeszcze nie utracił) na wybawienie, odnalezienie, dostrzeżenie. Życiowymi rozbitkami są wszyscy bohaterowie i - rzecz jasna - publiczność spektaklu, oglądająca wielki, ruszający się namiot rozpostarty nad sceną, imitujący - dzięki projekcjom wideo - dżunglę, z gigantycznym wysuwanym z jednej strony czarnym penisem - symbolem uświadomionego i nieuświadomionego erotyzmu jej bohaterów. Wyspą rządzi Prospera (bardzo dobra Ewa Skibińska), wygnana przez Alonzę i Antonia prawowita królowa Mediolanu, wychowująca na tym odludziu dorastającą córkę Mirandę.

Wątek Trinkula i Stefana w większej części obserwujemy na kamerach wideo, ukazujących aktorów znajdujących się poza sceną. Marzą oni o artystycznym buncie wobec swoich oprawców - reżysera i dyrektora. Ci mentalni Kalibani starają się upić grającego w spektaklu Garbaczewskiego "prawdziwego" Kalibana - Pawła Smagałę, gdy dostarcza im narkotyki, bo za "pensję w teatrze nikt nie wyżyje". Z kolei Sebastian z Bosmanem, ze świty królowej Neapolu, w teatralnej toalecie planują zabójstwo Gonzali i Antonia, by Sebastian mógł przejąć tron po matce. Z kolei sama królowa Alonza (Halina Rasiakówna) opłakuje zaginionego syna Ferdynanda, bezskutecznie oczekując na telefon z ofertą okupu od porywaczy. Wszystko to dzieje się w mrocznej, rodem z thrillera, scenerii, z muzyką rockową graną na żywo i śpiewem Ariela (Michał Pempuś). Ta błyskotliwa i przewrotna, pełna inscenizacyjnego rozmachu interpretacja "Burzy" przytłoczona jest bełkotliwym naddatkiem teoretycznym autorstwa dramaturga Marcina Cecki (rozmowa Prospery z Gonzalą). Wątek feministyczny spuentowany zostaje z kolei lesbijskim ślubem Prospery i Alonzy, zorganizowanym przy granej "na żywo" muzyce zespołu cygańskiego.

Spektakl ten był najbardziej radykalną, ale nie mniej niż "Król Lear" Jana Klaty bliską problematyce sztuki Szekspira interpretacją jego dzieła i z powodzeniem można go było uhonorować "Złotym Yorickiem". Niemniej, nawet gdyby główna nagroda przypadła pierwszej festiwalowej propozycji "Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?" (opisaliśmy ją w poprzedniej relacji) - na tym tle najbardziej klasycznej, choć też bardziej problematyzującej tekst Szekspira niż fabularnej - trudno by było uznać to za duże zaskoczenie, bo wszystkie trzy propozycje są wyraziste, niepozbawione wad i odważne w swojej wymowie. "Yoricka" przyznano spektaklowi najbardziej konsekwentnemu i inscenizacyjnie dopracowanemu, zaś sam pomysł zaproszenia całej finałowej trójki do Gdańska, choć próżno szukać w niej spektakli wybitnych, okazał się strzałem w dziesiątkę.

Tak odważnych propozycji nie było w części zagranicznej festiwalu, spośród której największe nadzieje wiązane były z finałowym, zamykającym 19. Festiwal Szekspirowski "Makbetem" w reżyserii cenionego europejskiego reżysera Luka Percevala. I faktycznie, spektakl przygotowany przez Teatr Bałtycki Dom z Sankt Petersburga to spójna, utrzymana w charakterze tego reżysera inscenizacja, w której tytułowy bohater okazuje się impotentem i topiącym swoje kompleksy w alkoholu nieudacznikiem. Makbet tylko dzięki namowom żony decyduje się łapczywie uchwycić władzy, by zgodnie z przepowiednią wiedźm zyskać (nieprzypadkowo tekturową w spektaklu Percevala) koronę.

Jednak rosyjscy aktorzy grają to zimne i wytłumione inscenizacyjnie przedstawienie niezwykle żywiołowo, skutecznie ograniczając jego potencjał. Obok ciekawych rozwiązań (choreografia nagich i półnagich kobiecych ciał z tyłu sceny, na tle intrygi, czy początek, gdy zwycięski Makbet po powrocie do domu stara się ochłonąć, zanurzając głowę w wiadrze pełnym wody) obserwujemy pomysły bardzo naiwne - m.in. gdy aktor grający Makbeta modulując głos "staje się" wiedźmami lub jego irytujące, przesadnie ekspresyjne tyrady w dalszej części spektaklu. Ten ponury, utrzymany w czarno-białej tonacji spektakl pozostawia mimo wszystko spory niedosyt, bo teatralne możliwości Luka Percevala są dużo większe.

Inaczej wyglądały zmagania z "Hamletem". Obejrzeliśmy cztery skrajnie różne odsłony tego dramatu. Poza The Tiger Lillies, których "Hamleta" już opisywaliśmy, trzy pozostałe interpretacje pozostawiały sporo do życzenia.

Interesująco, w charakterystycznym dla Teatru Pieśń Kozła stylu, spektakl przygotował Grzegorz Bral ze uczniami Bral School of Acting. Pomysł na "Studiując Hamleta" był bardzo prosty - każdy z 16 uczestników spektaklu z międzynarodowego, reprezentującego 11 krajów towarzystwa, wybierał fragment sztuki, który jest dla niego ważny, by poprzez niego opowiedzieć własną historię. Ktoś mówił więc o śmierci ojca, ktoś przybliżył w tańcu historię miłosną między Hamletem a Ofelią, a ktoś inny przekonywał, że bardziej istotne niż "być albo nie być" jest "jak być". Większość interpretowała właśnie kluczowy monolog Hamleta z własnej perspektywy - tancerz pochodzący z Indii zapewniał, że nie chce nikomu nic ukraść i chce żyć tak jak inni, tancerka z Iraku wyjaśniała, że w jej kraju każdy dzień to walka o przetrwanie, więc "być albo nie być" ma całkowicie realny wymiar.

Te małe scenki, czasem taneczne lub fizyczne epizody, przypominały kolejne zwrotki piosenki, której refren złożony był ze wspólnych, zbiorowych pieśni "a cappella" i tańców ludowych (kostium każdego z wykonawców przypominał w tańcu szatę derwisza, tworząc podczas ruchu ciekawy efekt wizualny). Studencki zespół Brala zaprezentował jednak spektakl warsztatowy, wyraźnie niedorobiony, choć przekonujący, że potencjał "Hamleta" także dziś powala młodym ludziom zupełnie na poważnie identyfikować się z problematyką i postaciami sztuki.

Z kolei "Hamlet" László Bocsárdiego rumuńsko-węgierskiego Teatru Tamási Áron okazał się największym kuriozum całego festiwalu. Miejscem akcji spektaklu reżyser uczynił łazienkę, zaś kluczowe w koszmarnej scenografii przedstawienia pozostały łazienkowe zasłony, stanowiące naturalne kurtyny, dodatkowo nagłośnione mikrofonami, dla wzmocnienia efektu ich przesuwania, zasuwania i rozsuwania. Za ostatnią z nich kryje się wanna, w której Hamlet widzi ducha zmarłego ojca (aktor grający ojca Hamleta nie pamiętał tekstu, więc suflerka podawała mu go niemal kwestia po kwestii tak głośno, że słyszała ją prawie cała widownia Teatru Wybrzeże). Oczywiście w ostatniej scenie umierający Hamlet wraca do wanny, by zginąć w pozie przypominającej dzieło francuskiego malarza Jacques-Louis Davida - "Śmierć Marata". Nim jednak do tego doszło, reżyser zachował się jak małe dziecko w sklepie z zabawkami, biegające bez niczyjej opieki między regałami i bawiące się tym, co tam znalazło, bo banalnych, efekciarskich, kompletnie nic nie wnoszących zabiegów inscenizacyjnych było całe mnóstwo (np. wejście na scenę Rozenkranca i Gildensterna w konwencji Flipa i Flapa czy krzyk jako jedyna znana forma ekspresji, podobnie jak dziesiątki papierosów odpalonych na scenie przez aktorów niemalże jeden od drugiego).

Z kolei "Juliusz Cezar" Roberta Sturuy okazał się bardzo anachronicznym spektaklem, zanurzonym w teatrze sprzed kilkudziesięciu lat, a przy tym usiłującym bawić się teatralnymi konwencjami - szczególnie operą, komedią gangsterską i melodramatem. Tu jednak najciekawsze było to, co udało się ocalić pomimo zupełnie nieudanej, koturnowej formy - dramat świadomego tego, co nastąpi, Cezara, który wybiera się w wymiarze symbolicznym w podobną ostatnią drogę podobną do Chrystusowej: początkowo pełen obaw i lęku ostatecznie odrzuca jakiejkolwiek formy obrony przed zamachem i godzi się na ofiarę poświęcenia życia dla dobra ogółu. Ciekawe to o tyle, że tytułowy bohater przedstawiony jest jako typowy mafioso, zaś mordujący go Brutus wciąż przeżywa spektaklu niemal Hamletowskie męki targnięcia się na życie "ojca" i opiekuna. Szkoda, że zaproponowana przez reżysera forma w połączeniu z bardzo słabą grą zespołu Państwowego Teatru Rustaveli w Tbilisi w Gruzji tak mocno osłabia wydźwięk spektaklu, który w pojedynkę stara się ratować doskonały Mamuka Loria w roli składającej się z kompilacji narratora, służącego Cezara i kilku epizodycznych postaci sztuki Szekspira.

Program nurtu głównego dopełnił bardzo "angielski", bardzo słaby aktorsko, choć odważnie, a nieraz wbrew chronologii tekstu złożony w zgrabną, bardzo skróconą, ale spójną inscenizację spektakl "Projekt Hamlet. Kto tam?" angielskiego The Flue Theatre w reżyserii Kelly Hunter. Pokazano też przygotowaną przez Teatr Szekspirowski wspólnie z Teatrem Wybrzeże produkcję na scenę elżbietańską - "Wesołe kumoszki z Windsoru".

Ciekawym uzupełnieniem imprezy był nurt offowy, w którym takie spektakle, jak taneczny "Ryszard. Ciało z gniewu" gdzie w imponującym fizycznie przedstawieniu zaprezentował się Piotr Mateusz Wach czy interesująca, oparta na "Śnie nocy letniej" czteroodcinkowa pantomima "Sekrety Szekspira. Fotoplastikon Obiekt 004" dobrze wpisały się zarówno w przestrzenie Teatru Szekspirowskiego, jak i klimat imprezy, która dzięki temu, że większość wydarzeń offowych pokazywana była bezpłatnie, przyciągała często zupełnie inną widownię niż przedstawienia głównego nurtu festiwalu.

Zamysł organizatorów, by zestawem festiwalowych propozycji zadowolić możliwie szerokie gusta publiczności, to formuła bezpieczna i... skuteczna. Festiwal cieszył się bardzo dobrą frekwencją - podczas praktycznie wszystkich spektakli trudno było znaleźć jakiekolwiek wolne miejsce. Ogromne zainteresowanie spektaklami Konkursu o "Złotego Yoricka" sugeruje, że warto pokazywać je w przyszłości podczas festiwalu dwukrotnie. Kolejny raz imprezę wyraźnie zdominowały tragedie, z "Hamletem" na czele. Deficyt szekspirowskich komedii kolejny rok z rzędu nie jest jednak specjalnie dotkliwy.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
12 sierpnia 2015

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia