Krótka rozmowa z teatrem

3. Kielecki Międzynarodowy Festiwal Teatralny

Wielkanocne śniadanie Modrzejewskiej – o legnickim spektaklu „Fanny i Aleksander" Bergmana w reż. Łukasza Kosa. Dawno już temu, jak ziemia stworzona/Hej, wiatr i deszcz, hej, wiatr i deszcz/A nam cóż o to? Komedia skończona/Grać ją będziemy – tak w koło dzień w dzień. William Szekspir Wieczór Trzech Króli, tłum. Stanisław Dygat.

Zaczęło się w Kielcach jakoś niemrawo. Wprowadzająca opowieść o mieście i teatrze, serwowana nam przez dorosłe rodzeństwo Ekdahlów (Anita Poddębniak, Joanna Gonschorek, Robert Gulaczyk) toczyła się wprawdzie swoim rytmem, ale nie była jakoś szczególnie absorbująca. Może to kwestia egzotycznej przestrzeni foyer kieleckiego KCK, a może fakt, że myślami byłem jeszcze wciąż w przedspektaklowej, festiwalowej rzeczywistości.

Wszystko zmieniło się w scenie bożonarodzeniowego misterium, które rodzina Ekdahlów wystawia na deskach swojego teatru. My, widzowie spektaklu Łukasza Kosa, siedząc niejako w jego kulisach, mamy okazję podejrzeć sekrety teatru Ekdahlów i przyjrzeć się jego alchemii. Aktorzy Sztuki o radosnych narodzinach Chrystusa wychodzą na proscenium, ustawiają się przodem do swojej widowni (a więc tyłem do nas) i zaczynają odgrywać finał swojego przedstawienia. W tym momencie na scenę zaczyna padać śnieg i nagle teatr objawia się w całej swej potędze. Iluzja zaczyna działać, pojawia się wzruszenie, ogarniając nas na te kilka minut zupełnie.

Stajemy się widzami teatru Ekdahlów i całkowicie mu się poddajemy, choć przecież wiemy – tak to wymyślił Łukasz Kos – że to tylko teatr, że podglądamy maszynę iluzji. Gdy pierwsza chwila wzruszenia mija, okazuje się, że ów padający śnieg to piana zrzucana z góry przez specjalną maszynę. Czy jednak to odkrycie może nam teraz odebrać przeżycie, które dopiero co się skończyło? Nie, nie może, teatr bowiem w swej istocie to bar, który serwuje nam mocno chrzczone drinki, aby w końcu upić nas totalnie. Łukasz Kos ze swoimi aktorami to wie i postanawia się z nami pobawić, zapraszając nas na barmański kurs. A my siedzimy jak zahipnotyzowani, niby widzimy, jak przyrządza te swoje specjały, niby odkrywamy, że to ściema, ale gdy próbujemy wstać po ich spożyciu, kręci się nam w głowie, że hej. Podobna sytuacja miała miejsce, gdy Anita Poddębniak śpiewała piosenkę Błazna z Wieczoru Trzech Króli, trzymając parasol, na który pada deszcz w postaci piasku. Aktorka śpiewała, zanurzona w pięknym świetle, a ja nie mogłem oderwać wzroku od ręki, która gdzieś tam, w górze, siała ów piasek, potrząsając opakowaniem tak, by iluzja deszczu była jak najbardziej wiarygodna.

Od razu też przyszło mi do głowy pytanie: kto sieje z nieba ten prawdziwy deszcz, kto tak umiejętnie potrząsa gdzieś w kosmosie swoją ręką, żebyśmy mogli siedzieć tu, na Ziemi, i przeglądać się w zwierciadle Ekdahlowego i Kosowego teatru? Alchemia i magia teatru w jednym. I mokre oczy, choć niby cała iluzja sztuki została tu wywleczona na wierzch i zdemaskowana.

Po premierze spektaklu, w marcu 2020, a wiec już po pandemicznym zamknięciu teatrów, pisałem tak: Pomyślałem kilka dni temu, że stało się coś niezwykłego: jednym z ostatnich spektakli, jakie przyszło mi zobaczyć i jaki miał premierę przed śmiercią teatru, która nastąpiła w Polsce dziewiątego marca, był ten, który stanowił jego sumę, był apoteozą jego istoty, wyznaniem wiary w to, co w teatrze najpiękniejsze – w człowieka oraz to, co w nim najlepsze. Rodzaj ostatniej wieczerzy, podczas której między wierszami głośno wybrzmiało teatralne przykazanie miłości. Oczywiście teatr zmartwychwstanie, tego jestem pewien. Spektakl ten bowiem był dla mnie absolutną sumą teatru w jego najpiękniejszej i najczystszej formie. Możliwą chyba tylko w Legnicy, a to z prostego powodu, że Zespół Teatru Modrzejewskiej z dyrektorem Jackiem Głombem na czele to bodaj najbardziej zgrany i zrośnięty ze sobą (nie tylko na płaszczyźnie zawodowej) kolektyw teatralny w Polsce. Teatralno–rodzinna saga rodziny Ekdalhów zyskała więc w Legnicy metafizyczny wymiar, jako że legniccy aktorzy nie tylko opowiadali o postaciach Bergmana, lecz przede wszystkim o sobie. Stąd też moje obawy, czy pandemia nie rozbije tej niezwykłej, bo opartej na prawdziwym życiu, wspólnoty. Jak się okazało, nieszczęścia chodzą parami, do pandemii bowiem dołączyła zaraza polityczna.

W związku z tym, że dyrektorowi Jackowi Głombowi, twórcy i wieloletniemu szefowi legnickiej sceny, kończył się akurat kontrakt, dolnośląscy politycy (ze skompromitowanym aferą we wrocławskim Teatrze Polskim marszałkiem Cezarym Przybylskim na czele) postanowili rozmontować kolejny świetnie funkcjonujący mechanizm. I pewnie by im się udało – w psuciu wszystkiego, co dobre, jesteśmy bowiem arcymistrzami – gdyby nie rzadka solidarność środowiskowa. Do kuriozalnego konkursu nie przystąpił nikt, oprócz Jacka Głomba, a jego efektem był wynik głosowania 8:1 na korzyść legnickiego dyrektora. Konkurs konkursem, a decyzję komisji trzeba jeszcze zatwierdzić, zwlekano więc z tym do ostatniego przewidzianego prawem dnia, kierując się z pewnością troską o dobro legnickiej sceny. Teatr Modrzejewskiej przyjechał więc do Kielc na fali podwójnego ocalenia, może dlatego spektakl ułożył się zupełnie inaczej niż kiedyś w Legnicy. Znacznie silniej wybrzmiała druga jego część, ta poświęcona biskupowi Vergerusowi (znakomity Paweł Palcat) i jego mrocznemu epizodowi w historii rodziny Ekdahlów. W lutym 2020 część ta była grana przez legnicki zespół bardziej jak sen niż jak rzeczywistość. W Kielcach po śnie nie zostało ani śladu. Ostatnia część przedstawienia – wątek kary zesłanej biskupowi i jego rodzinie siłą woli Aleksandra – nie miała charakteru wizji czy fantazji, lecz podkreślała siłę rzeczywistych zdarzeń, wygenerowanych przez Opatrzność. Aktorzy jakby precyzyjniej, chłodniej i bardziej świadomie wykonywali swoje zadania, ukonkretniając tym samym sytuację sceniczną wątku biskupa; zamiast śnić o katastrofie, po prostu ją opowiadali. Inne też były oklaski: zespół Modrzejewskiej autentycznie się cieszył, jakby wszyscy tam poczuli ulgę, że koszmar Vergerusa już za nimi – ten sceniczny i ten rzeczywisty. Teatr kolejny raz ocalał, teatr Ekdahlów i teatr Głomba. Cieszyłem się tym z nimi niezmiernie, bo w teatrze ocalić teatr jest niezmiernie łatwo, w życiu – coraz trudniej.

W marcu 2020 Fanny i Aleksander jawiło mi się ostatnią wieczerzą teatru, sumą wszystkiego, co w nim najważniejsze i najpiękniejsze, teatru zmierzającego właśnie w niebyt. Ten kielecki spektakl, we wrześniu 2021 postrzegam z kolei jako wielkanocne śniadanie, symbol zwycięstwa życia na mrokami śmierci. Teatr zmartwychwstał, dzielmy się nim więc, niczym wielkanocnym jajkiem, z radością i uśmiechem, tak jak Zespół Teatru Modrzejewskiej z nami, swoimi ukochanymi widzami.

Tomasz Domagała
Domagała się kultury
13 września 2021
Portrety
Łukasz Kos

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...