Kryminalny dreszczowiec dla młodego widza

"39 stopni" - Teatr Muzyczny w Gdyni

Teatr Muzyczny po raz drugi od otwarcia Nowej Sceny zaprezentował trójmiejskiej publiczności spektakl już wcześniej wystawiany w inscenizacji tych samych, co w Gdyni, reżyserów.

 Powtórny "Bal w operze" według Wojciecha Kościelniaka, miał swoje smaczki, na przykład taki - na premierę przybyli najznakomitsi obywatele samorządowi, z Marszałkiem Strukiem na czele, którzy zaskoczeni tematem i formą przedstawienia, z trudem wysiedzieli do końca. Być może dlatego druga premiera na Nowej Scenie teatru nie przyciągnęła zbyt dużej liczby oficjeli, dominowało środowisko ludzi teatru. "39 stopni" w duoreżyserii Jarosława Stańka i Jerzego Jana Połońskiego (wcześniej, w 2009 roku, zrobili ten spektakl w Teatrze Powszechnym w Łodzi) nie przyniosło już tak wielkich emocji, choć ogromnym zaskoczeniem było to, że nie zaśpiewano ani jednej piosenki. 

Nie tylko miłośnicy, ale nawet przeciętnie zainteresowani widzowie doskonale kojarzą styl i klasę Alfreda Hitchcocka. Niektórzy zapewne do dzisiaj boją się mew za sprawą filmu "Ptaki", inni nie wejdą do tunelu po obejrzeniu "Zawrotu głowy". Dla innych niezapomniane obrazy to "Okno na podwórze", "Człowiek, który wiedział za dużo", "Północ, północny zachód" czy "Psychoza". Motywy i historie z tych właśnie filmów można było dostrzec w gdyńskiej inscenizacji na podstawie "The thirty nine steps" Johna Buchana i Hitchcocka. Film z 1935 roku pod tym samym tytułem to thriller, w którym po raz pierwszy u tego brytyjskiego reżysera występuje stały motyw jego filmów- człowiek pojawiający się w niewłaściwym miejscu i czasie, choć zaciekawiony tą właśnie niewłaściwą przypadkowością. Film uznawany został za pierwsze, klasyczne i dojrzałe dzieło Hitchcocka. "39 stopni" to sztuka oparta na fabule tego właśnie obrazu. Oto 37-letni mężczyzna zostaje bezwiednie uwikłany w intrygę szpiegowską, której początek poznajemy od momentu przybycia bohatera do teatru. Urokliwa brunetka najpierw strzela, potem wprasza się do mieszkania Richarda Hannaya, by ostatecznie tamże zakończyć żywot z nożem w plecach. Następstwo zdarzeń po tym spektakularnym początku jest w miarę przewidywalne: pojawiają się blondynki, mleczarz, fałszywi policjanci, chłop i jego żona marzycielka, starsi panowie dwaj ze Szkocji, nazista i jego osobliwa, demoniczna małżonka, specyficzne małżeństwo właścicieli hoteliku i wielu innych. Zatem kogel mogel rodem z Monthy Pytona, braci Marx, Jasia Fasoli, "Hotelu Zacisze", "Muppet show", "Sherlocka Holmesa" i innych ze specjalnym udziałem czarnego humoru, detektywistycznego zadęcia, osobliwej narracji suspensu, szpiegowskich fantazji. Historia kończy się, jak to u Hitchcocka, jednym, wielkim

Duet reżyserski Staniek&Połoński sprawdził się w Teatrze Miniatura. "Alicja w krainie czarów" i "Piotruś pan" to dwa bardzo udane przedstawienia dla dzieci w gdańskim teatrze miejskim. Sukces polegał przede wszystkim na tym, że to aktorzy, nie lalki (potraktowane zupełnie epizodycznie) "wprawieni" zostali w ruch. Zaskoczenie takim podziałem ról stanowiło oś koncepcji inscenizacyjnej. Kontynuacja pomysłu, aby "odebrać" główne narzędzie pracy aktorom, miała miejsce w Teatrze Muzycznym. Artyści pozbawieni możliwości zaśpiewania, znaleźli się w nowej dla siebie sytuacji, grając w konwencji farsowej, grubą kreską, bez tonowania napięcia lub choćby zabawy tekstem. Charakter ponad dwugodzinnego spektaklu zasadzał się na dowcipie sytuacyjnym. Aktorom narzucono takie tempo, że niejednokrotnie gubili się w kwestiach, nie wygrywali do końca sytuacji, potykali się o rekwizyty i maskowali kłopoty techniczne. Technika grania, jaką się posługiwali, pochodziła zapewne z czasów wczesnego Hitchcocka, ponieważ raziła tak bardzo manierą teatralną, że wielu przecierało oczy ze zdumienia. "39 stopni" to spektakl dla mało wytrawnego lub młodego widza, który propozycję tego zawodowego teatru potraktuje jako "kompozycję w słońcu", bo wyjątkowo uproszczoną. Kilka scen zapada jednak w pamięć. Jazda samochodem, slow motion na fałszywym posterunku policji, scena łóżkowa w banalnie brytyjskim hoteliku, ucieczka "skajdankowanych" bohaterów przez chaszcze i bluszcze, w tym przejście przez rzekę niebieską. 

Aktorzy, wchodząc w zaproponowaną konwencję, często nie osiągali pożądanego, komicznego efektu. Bernard Szyc bawił głównie w roli kobiety - sprzątaczki u Hannaya czy właścicielki hoteliku. Tomasz Czarnecki, któremu jak nigdy pozwolono mówić na scenie, rozśmieszał rolą żony nazisty czy jako "aaatak", czyli właściciela hotelu. Widownia najgłośniej zareagowała podczas popisu prelegenckiego Szyca i Czarneckiego. Słabiej wypadli Anna Urbanowska (ale urocza jako wieśniaczka) i Marek Richter, grający zbyt szablonowo.

 Szkoda, że zaproponowany spektakl zagrany jest w aż tak staromodnej konwencji. Młodzi reżyserzy nie pokazali crazy comedy, tylko tradycyjne, "bezpieczne" przedstawienie, zbudowane według schematów z powieści detektywistycznych i szpiegowskich. Spektakl pozbawiony piosenek w wykonaniu artystów śpiewających, ogołocony został z tego, co tworzy wyjątkowość wielu udanych inscenizacji Teatru Muzycznego. Szkoda, że Jarosław Staniek i Jerzy Połoński zachowali stylistykę typową dla teatru farsowego i nie skorzystali z okazji pójścia o krok dalej, czyli wykorzystania umiejętności wokalnych aktorów. Zabrakło odwagi i prawdziwego szaleństwa.

Katarzyna Wysocka
www.portkultury.pl
2 maja 2012

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia