Krytycy po premierze

"Miłość do trzech pomarańczy" - reż. Michał Znaniecki - Opera Krakowska w Krakowie

25 kwietnia Zespół Opery Krakowskiej po raz pierwszy w Polsce zaprezentował „Miłość do trzech pomarańczy" Siergieja Prokofiewa. Spektakl wyreżyserował Michał Znaniecki, który jest także autorem kostiumów. Kierownictwo muzyczne nad operą objął Tomasz Tokarczyk. Scenografię przygotował Luigi Scoglio, choreografię - Katarzyna Aleksander-Kmieć, chór - Zygmunt Magiera, a światło i projekcje – Bogumił Palewicz. Na premierę przyjechali dziennikarze i krytycy muzyczni z całej Polski. Widzowie bardzo ciepło przyjęli spektakl i nagrodzili artystów gromkimi brawami.

Krytycy o premierze "Miłości do trzech pomarańczy":

Na "Miłości do trzech pomarańczy" publiczność w Krakowie śmieje się często. Aż do zaskakującego finału. Rzadko zdarza się tak żywiołowa reakcja w operze. Ale też reżyser Michał Znaniecki wydobył wszystkie walory teatralne "Miłości do trzech pomarańczy", a dyrygent Tomasz Tokarczyk z solistami, chórem i orkiestrą Opery Krakowskiej zatroszczył się, by ukazać blask muzyki Sergiusza Prokofiewa. Jest jednak w tym spektaklu wartość dodana.

"Miłość do trzech pomarańczy" to najpopularniejsza opera Prokofiewa, ale w ciągu prawie stu lat, jakie minęły od jej powstania, nie wystawił jej żaden teatr w Polsce. Zapewne dlatego, że nie przystaje do standardowych opowieści o miłości. To szalona bajka w stylu dawnych komedii dell'arte i sztuk Carla Gozziego, z dodatkiem pomysłów awangardy z początku XX wieku.

Treść akcji można przedstawić tak: Książę, na którego rzuciła czary Fata Morgana, zakochał się w księżniczce zamkniętej w pomarańczy. Musi pokonać wiele przeszkód, nim ją poślubi, bo nie brak tych, którzy pragną zamiast niego zasiąść na tronie. A świat, przez który wędruje, pełen jest potworów, jak Kucharka-olbrzymka, zabijająca uderzeniem wielkiej chochli.

To nie jest jednak bajka dla dzieci. Trzeba umieć docenić bogactwo muzycznych pomysłów Prokofiewa. A w samej historii, wpisanej w konwencję teatru w teatrze, ukryta jest cienka granica między finezyjną zabawą a wygłupem. Wielu inscenizatorów ląduje zaś po jej niewłaściwej stronie.

Kiedy w Krakowie bas Przemysław Firek jako Kucharka zdejmuje kaftany i halki, zalecając się do sługi Truffaldina (Władimir Worosznin), publiczność śmieje się głośno. Już wcześniej zresztą uległa urokowi spektaklu, choćby w scenie balu, gdy śpiewający chór szalał wśród widzów.

Walorów spektaklowi dodają wykonawcy. Mimo że "Miłość do trzech pomarańczy" wymaga prawie 20 solistów, w Operze Krakowskiej mamy przykład świetnej, zespołowej pracy. Prym zaś wiodą: Wojtek Gierlach (Król Treflowy), Paweł Tołstoj (Książę), Ewa Biegas (Fata Morgana), Wojtek Śmiłek (czarownik Celio) czy Mariusz Godlewski (zły Leander).
Michał Znaniecki poprowadził akcję w zawrotnym tempie, ale najważniejszy jest reżyserski punkt wyjścia. Prolog, w oryginale będący kłótnią między zwolennikami tragedii i komedii, przeniósł do domu starców, którego pensjonariusze spierają się, który telewizyjny program chcą oglądać. Wszystko, co dzieje się dalej, dociera już z ekranu telewizora, choć w główne role wcielają się lekarze i sanitariusze.

Ma to - jak się okaże - przykre konsekwencje. W finale Książę odzyskuje ukochaną i bajka się kończy, władza wraca do tych, którzy sprawują pieczę nad pensjonariuszami - do Faty Morgany i jej zaufanych. Tak oto nie robiąc niczego wbrew tekstowi, Znaniecki nadał nową treść pozornie beztroskiej komedii. Odbija się w niej los samego Prokofiewa, który też zaznawszy przygód w wielkim świecie, wrócił do Związku Radzieckiego i stał się pensjonariuszem, skazanym na łaskę innych.

Jacek Marczyński, "Rzeczpospolita", 28.04.2014

Świetnym zabiegiem był pomysł, by kilkudziesięcioosobowy chór śpiewał na wózkach inwalidzkich, a także wpuszczenie kilkunastu chórzystów na widownię (w II akcie).

(...) Ze scenografii autorstwa Luigiego Scoglia podobała mi się okalająca scenę rama telewizora, przypominająca o umowności całej historii. Ciekawa była choreografia stworzona przez Katarzynę Aleksander-Kmieć, dzięki której również śpiewacy i chór ruszali się w określony, często zabawny sposób. Z solistów wyróżniłbym przede wszystkim Wojtka Gierlacha (bas, Król Treflowy), Pavla Tolstoya (tenor) jako hipochondrycznego Księcia (świetny fragment ze śmiechem), a także śpiewającego basem Wojtka Śmiłka (Celio), sopranistkę Ewę Biegas (świetna Fata Morgana) i Annę Bernacką (mezzosopran) w roli czarnoskórej służącej Smeraldiny. Na słowa uznawania zasługuje również bezbłędny w roli Kucharki komiczny Przemysław Firek, śpiewający basem-barytonem.

(...) Pochwalić należy też orkiestrę kierowaną przez Tomasza Tokarczyka oraz chór, który udało się rozruszać (dosłownie) Zygmuntowi Magierze.

Mateusz Borkowski, "Gazeta Wyborcza", 28.04.2014

Premiera, a właściwie polska prapremiera "Miłości do trzech pomarańczy" Sergiusza Prokofiewa przedstawiona w Operze Krakowskiej w piątek 25 kwietnia była ze wszech miar udana. Reżyser Michał Znaniecki stworzył spektakl zwarty, rozwijający się konsekwentnie. Dobrze wykorzystał elementy commedii dell'arte. Łącząc je z odniesieniami do czasów Prokofiewa, ale i do współczesności, szczególnie wyraźnymi w zaprojektowanych przez siebie kostiumach, podkreślił ironiczno-satyryczną wymowę dzieła. Nawet nieoczekiwana zmiana zakończenia - zło w postaci Fata Morgany jednak zwycięża - wydaje mi się przy takim odczytaniu opery uzasadniona. Oglądając "Miłość do trzech pomarańczy" w Operze Krakowskiej można się dobrze zabawić, można się też zadumać nad światem, w którym tak łatwo miernoty zdobywają władzę.

Sukces piątkowej premiery to zasługa przede wszystkim wykonawców. Kierownik muzyczny i dyrygent Tomasz Tokarczyk zgromadził na krakowskiej scenie artystów, którzy nie tylko z powodzeniem poradzili sobie z trudnymi partiami, ale też stworzyli wyborne postaci. To ważne, że na krakowskiej scenie śpiewa kwiat polskiej wokalistyki, a obok gości równie dobrze poczynają sobie krakowscy artyści. Wojtek Gierlach jako Król Treflowy, Ewa Biegas - Fata Morgana, Przemysław Firek w roli demonicznej i komicznej Kucharki, Pavlo Tolstoy - Książę, Katarzyna Oleś-Blacha - Ninetta, Mariusz Godlewski - Leander, Wojtek Śmiłek - Celio, Monika Korybalska - Nicoletta, Anna Bober - Linetta, Michał Kutnik - Farfarello, Anna Bernacka - Smeraldina, Iryna Zhytynska - Clarissa, Vladimir Voroshin, Bartłomiej Misiuda, Krzysztof Dekański, Krzysztof Kozarek, wszyscy wykonawcy zbudowali bardzo dobry teatr. Także chór, który przygotowany przez Zygmunta Magierę nie tylko pięknie śpiewał, ale był równoprawnym partnerem solistów.

No i orkiestra grająca pod batutą Tomasza Tokarczyka dobrze, z nerwem, choć by w pełni ją ocenić musiałabym co najmniej raz jeszcze obejrzeć spektakl i mniej śledzić wydarzenia na scenie i widowni (tak!) a bardziej skupić się na dźwiękach dobiegających z kanału. Z prawdziwym zainteresowaniem oglądałam scenografię. Jej twórca Luigi Scoglio posłużył się przede wszystkim multimediami, udowadniając jakie wielkie możliwości dają one artystom.

Anna Woźniakowska, „Portal Polska Muza", 27.04.2014

„Miłość do trzech pomarańczy", jak zapowiadał reżyser, nie jest bajką dla dzieci – jest metaforą naszej inicjacji i rozczarowania dorosłością. Krakowska inscenizacja przenosi nas w czasy sowieckiej Rosji. Wiedźma Fata Morgana uosabia zło i opresję systemu, królewski minister nie tylko wygląda, ale zachowuje się jak Stalin. To ciekawy koncept, szczególnie jeśli będziemy pamiętać, że sam Prokofiew był jedną z ofiar tego systemu, a jego początkowe sukcesy na scenach ZSRR zamieniły się w odrzucenie i upokorzenie. Tragikomiczna konwencja utworu doskonale współbrzmi z historycznymi realiami - w Rosji epoki Prokofiewa cała rzeczywistość była przecież trochę śmieszna, ale chyba jeszcze bardziej straszna.

Otrzymujemy więc ciekawą i konsekwentną interpretację klasycznego już utworu, choć inaczej niż w oryginale - „Miłość do trzech pomarańczy" w Krakowie nie kończy się happy endem.

(...) By przeprowadzić na scenie ten dość skomplikowany koncept Michał Znaniecki uruchamia prawdziwe pandemonium teatru - najpierw umiejscawia akcję w domu starców, potem z domu starców transponuje ją do wielkiego telewizora. Bogata, fenomenalnie zrytmizowana faktura utworu, otrzymuje na scenie oprawę w postaci nieustającej karuzeli pomysłów, choreograficznych komplikacji, przebieranek i migających ekranów, dopowiadających do warstwy muzycznej, proponowane przez Znanieckiego sensy.

(...) „Miłość do trzech pomarańczy" to jedno z ciekawszych przedstawień w krakowskiej operze.

Justyna Nowicka, Radio Kraków, 27.04.2014

Przede wszystkim wspaniale jest zobaczyć wystawione na polskiej scenie dzieło Prokofiewa z jego najlepszego okresu. W krakowskiej realizacji było aż gęsto od nadmiaru pomysłów, jak to u Michała Znanieckiego, ale to bajka, więc więcej można wybaczyć.

Początek spektaklu rozgrywający się w moskiewskim domu starców nawet się broni. Pacjenci zdenerwowani zepsutym telewizorem żądają rozrywki. Bajka się zaczyna. Ale potem rzecz już nie zostaje pociągnięta – chyba że to my mamy czuć się tymi pacjentami, bo w pewnym momencie okno sceniczne zostaje okolone ramą a la telewizor i większość akcji (łącznie z projekcjami) w tym telewizorze się rozgrywa. To też jest nawet dość zabawne.

Bajka jest dość skomplikowana, a szczególną rolę w niej ma chór. Musi się poruszać również po widowni – w związku z tym jakaś ilość miejsc (bodaj koło dziesięciu) musi być zablokowana. Jest wciąż dużo krzyku i hałasu, gag goni gag, aż można się w tym pogubić, a pointa, niezgodna z treścią, stawia wszystko na głowie. Jednak najważniejsze wątki są zachowane. I tu podziw przede wszystkim dla śpiewaków. Prokofiew zawsze był wymagający, w jego operach zwykle musi występować tłum solistów. Tu trzeba było ich pościągać z różnych ośrodków, choć przedstawicieli gospodarzy również nie brakowało.

Świetny był Król Treflowy – Wojtek Gierlach i Książę – Pavlo Tolstoy. Towarzyszący mu w wyprawie po pomarańcze gość z Rosji, Vladimir Voroshnin, głosowo był niezły (...), wybranka Księcia, Ninetta (Katarzyna Oleś-Blacha), przydała swej postaci szczególnego humoru. Niewielką, ale znaczącą negatywną rolę intrygującego Leandra zagrał Mariusz Godlewski; jako Księżniczka Clarissa towarzyszyła mu Iryna Zhytynska (jak zawsze jej głos wydał mi się zbyt rozwibrowany). Za to komediowe role były znakomite: Ewa Biegas jako zła wróżka Fata Morgana, Anna Bernacka jako czarnoskóra Smeraldina (w oryginale słodki blond), Wojtek Śmiłek jako Mag Celio i Przemysław Firek w roli Kucharki z wielką chochlą.

A w przerwie częstowano publiczność pomarańczami. To akurat nie było bardzo kosztowne. Bo w ogóle wystawienie Miłości do trzech pomarańczy tanie nie jest. Ale warto było – przede wszystkim z powodu genialnej muzyki.

Dorota Szwarcman, http://szwarcman.blog.polityka.pl/, 25.04.2014

(-)
Materiał Opery
29 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia