Kryzys i hipnoza

"Kazimierz i Karolina" - reż: Gábor Zsámbéki - Teatr Narodowy w Warszawie

Sztukę Ödöna von Horvátha "Kazimierz i Karolina" wystawiły ostatnio Teatr Narodowy w Warszawie i Teatr Polski we Wrocławiu, dając premiery w odstępie dwóch tygodni. Na potrzeby obu premier powstały też nowe tłumaczenia. Dla warszawskiej inscenizacji, przygotowanej przez legendarnego węgierskiego reżysera Gábora Zsámbékiego, przekładu dokonał Jacek Buras, wybitny tłumacz dramaturgii niemieckojęzycznej. Co jest takiego w sztuce von Horvátha, że znalazła się w kręgu zainteresowania najlepszych teatrów w Polsce?

Twórczość von Horvátha znikła razem z autorem, zakazanym w III Rzeszy. Również w warunkach geopolitycznych Europy po drugiej wojnie światowej jego sztuki, poświęcone analizie kryzysu gospodarczego i tożsamościowego obywateli Republiki Weimarskiej, nie były nikomu na rękę, ani po jednej, ani po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jego twórczość weszła w krąg zainteresowań widzów i intelektualistów wraz ze studencką rewoltą 1968 roku, na fali badania fenomenu hitleryzmu i norm językowych jako narzędzi zniewolenia. Od jakiegoś czasu zaś sztuki Horvátha stanowią dobry punkt wyjścia do dyskusji o kondycji społeczeństw składających się obecnie na Wspólną Europę.

Lot statku powietrznego Graf Zeppelin to jedna z atrakcji święta plonów w Monachium, zwanego Oktoberfest, kiedy ludzie gromadzą się podczas tradycyjnej miejskiej zabawy, by wypić piwo pozostałe z kończącego się sezonu. Rozradowany tłum wybiega na proscenium, by obserwować pokaz. Postaci spektaklu stanowią przekrój społeczny międzywojennych Niemiec: drobna urzędniczka, złodziejaszek, potentat finansowy, sędzia, dwie dziewczyny szukające na festynie "sponsorów", tzw. freaki, czyli dziwolągi i ich antreprener. Wydając okrzyki, cieszą się, że ludzkość przezwyciężyła prawo powszechnego ciążenia, że wreszcie "ma skrzydła". Wśród tłumu jednak jest ktoś, kto w locie zeppelina nie upatruje osobistego tryumfu. To Kazimierz, który mówi do swojej narzeczonej: "Guzik mnie to obchodzi! Tam sobie leci dwudziestu szefów od gospodarki, a tu na dole głoduje kilka milionów! [...] Ten zeppelin, rozumiesz, to jest statek powietrzny i jak taki ktoś jak my widzi ten statek, to się czuje tak, jakby leciał razem z tamtymi! - a tak naprawdę to my mamy tylko krzywe obcasy i wbijamy zęby w ścianę!".

Kazimierz jest licencjonowanym kierowcą, który jeszcze wczoraj pracował jako szofer limuzyny, a dziś, na fali kryzysu i wzrastającego bezrobocia, stracił pracę. Nie jest więc w nastroju do zabawy, czego nie rozumie jego narzeczona. Dochodzi między nimi do sprzeczki i Kazimierz odchodzi zły. Karolina tymczasem zawiera znajomość z młodym mężczyzną, który jest krojczym w jednej z największych firm w mieście. Schürzinger tłumaczy jej, że gdy mężczyzna traci pracę, to uczucie kobiety do niego zmniejsza się "automatycznie". Karolina gorąco protestuje, twierdząc, że gdy mężczyzna ma kłopoty, to "wartościowa kobieta jeszcze intensywniej z nim trzyma". Dalszy rozwój wydarzeń nie potwierdza jednak jej słów o tyle, że festyn spędza w towarzystwie nowego znajomego, a potem również dwóch innych szukających rozrywki mężczyzn. Jednym z nich jest Konrad Rauch, właściciel firmy, w której pracuje krojczy Schürzinger, drugim kompan Raucha, sędzia Speer. Kazimierz zaś spotyka swojego kolegę Frania Merkla i jego dziewczynę Ernę. Brutalny i bezceremonialny Franiu radzi mu pobić Karolinę lub Schürzingera, którzy w tym czasie zażywają przejażdżki rollercoasterem, zwanym w tamtych czasach "kolejką górską".

Pomimo prób Kazimierzowi nie udaje się udobruchać Karoliny, która chce skorzystać z okazji poprawienia swego "statusu społecznego", o czym otwarcie z nim rozmawia. Gdy okazuje się, że Kazimierz nie ma pieniędzy na piwo, Merkl namawia go na przyłączenie się do okradania bogatych limuzyn. Tymczasem Rauch pozbywa się Schürzingera, który zgadza się na odstąpienie swemu zwierzchnikowi Karoliny w zamian za awans, uprzedzając ją jednak o jego zamiarach. Rauch pozbywa się również Speera, który, pokonany w pijackiej szarpaninie, schodzi z pola walki o dziewczynę, w czasie gdy ta, za pieniądze ich obu, odbywa przejażdżkę konną. Karolina, mimo nawiązania flirtu z Schürzingerem, przyjmuje zaproszenie Raucha na wyprawę do Altötting, gdzie mieści się słynne sanktuarium maryjne. W drodze do limuzyny Raucha spotyka Kazimierza, który właśnie idzie z Merklem i Erną okraść auto i który życzy jej "smacznego".

Gdy Erna i Kazimierz stoją na czatach, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Erna opowiada o swoim bracie, który zginął w 1919 roku "w jakiejś żwirowni", i marzeniach o rewolucji, podczas której "biedacy przechodzą przez Bramę Zwycięstwa, a bogacze jadą na wozie drabiniastym". Tymczasem wypad do Altötting nie dochodzi do skutku, ponieważ Rauchowi robi się słabo. Dowiadujemy się o tym z ust Karoliny, która relacjonuje przebieg wydarzeń sanitariuszowi, ten zaś opowiada jej o wielkiej bijatyce, do której doszło, gdy "podstarzały Casanova", niejaki sędzia Speer, padł ofiarą młodych opryszków, z czego wywiązała się bójka na sto osób. Gdy Rauch słyszy o przygodzie starego druha, pozbywa się Karoliny, a sam kieruje się do ambulansu w poszukiwaniu Speera.

W ostatniej scenie Erna i Kazimierz obserwują, jak Merkl zostaje aresztowany. Erna na początku rozpacza, po chwili jednak odwzajemnia zainteresowanie Kazimierza, który wcześniej upewnia się, czy nie zaraziła się od Frania gruźlicą. Gdy dochodzi między nimi do porozumienia, pojawia się Karolina, pragnąca odzyskać względy Kazimierza. Próbuje bagatelizować wypadki tego dnia i przyznaje mu we wszystkim rację, ten jednak nie zamierza przyjąć jej z powrotem. Stwierdza, że miłość między nimi umarła, "a duchów nie ma, zwłaszcza między kobietą a mężczyzną". Na to stwierdzenie Karolina wyznaje, że człowiek czasem czuje się, jakby mógł polecieć, po czym wraca z połamanymi skrzydłami, co jest przejmującym nawiązaniem do fałszywej obietnicy symbolizowanej przez lot zeppelina i kolejnym potwierdzeniem racji Kazimierza. W tym momencie na scenę wkracza rozbawiony Schürzinger z balonikami w dłoni. Cieszy się na widok Karoliny, której opowiada o tym, że zawdzięcza jej awans. Gdy dziewczyna jest nadal markotna, mówi jej, że potrzebuje pomocy hipnotyzera, który ją przekona, że "jest lepiej". Zaczyna okręcać ją w tańcu, powtarzając "jest lepiej, jest lepiej", czemu Karolina po chwili ulega. Ich tańcowi towarzyszy ludowa pieśń, którą śpiewają jednym głosem, z rewolucyjną siłą, Erna i Kazimierz.

Spektakl oddaje intencje autora, pragnącego zobrazować kłopoty drobnomieszczan odzieranych z tożsamości i uczuć zarówno poprzez zniewolenie społeczne i ekonomiczne, jak i przez utratę własnego języka na rzecz języka "ludzi kształconych". Horváth pragnie pokazać ludzi uwikłanych w nie swój język - próbujących mówić Hochdeutsch, ale mieszających go z wulgaryzmami i dialektami. Tłumaczenie Jacka Burasa doskonale to oddaje. Pokazuje też, z jak nowoczesnym i świadomym autorem mamy do czynienia. Świadomym, jak mówi Schürzinger, "fatalnego związku" między życiem jednostki a porządkiem społecznym. Związek ten owocuje tym, co Horváth zawarł w ironicznej interpretacji Pawłowego Hymnu o miłości, każąc powiedzieć Kazimierzowi, że "miłość nigdy się nie kończy, no, chyba że cię wywalą na bruk". A to wszystko ze świadomością, że, jak napisał Horváth w jednym z listów, życie człowieka "w całości jest zawsze tragedią, a tylko w szczegółach komedią".

Scenografia, przygotowana przez wieloletniego współpracownika Zsámbékiego, Csörsza Khella, zawiera elementy charakterystyczne dla festynu, jak na przykład obracająca się beczka, w której z trudem utrzymuje się równowagę, czy tzw. Lukas, w którego wali się młotem. W tle sceny dominuje wyglądająca nieomal złowrogo - ciemna, mimo czerwonych światełek, którymi jest ozdobiona - drewniana konstrukcja kolejki, sprawiająca wrażenie zbyt dużej, by móc na niej zażyć beztroskiej przejażdżki. Dzięki temu zabiegowi scena wydaje się ogromną przestrzenią, po której krążą drobne postaci, samotne i zagubione. Wrażenie to jest szczególnie dojmujące w scenie rozpaczy Kazimierza, któremu na pustej i ciemnej scenie towarzyszy wyłącznie latarnia z popsutym (przez niego) głośnikiem.

Podobnie prosto i bezpretensjonalnie rozwiązana jest kwestia postaci. Wiktoria Gorodeckaja jako Karolina ma żywiołową energię młodej kobiety, którą musi tracić na to, by się przekonać, że "aby wejść wyżej, trzeba spaść bardzo nisko". To nieomal znak firmowy postaci Horvátha, pomieszanie serdeczności i ciepła z przyziemnym pragnieniem dobrego życia, w imię którego postępuje się wbrew głoszonym przekonaniom i poglądom. Gorodeckaja ma w sobie jednak również urok, co każe lubić jej postać, zwłaszcza gdy stwierdza: "Ja nie myślę, ja tylko mówię". Kazimierz Pawła Paprockiego to przenikliwy obserwator rzeczywistości, inteligentny na tyle, że w innych warunkach mógłby, może nie zostać ministrem finansów, jak mu radzi Franiu Merkl, ale na pewno konsekwentnie wspinać się po drabinie społecznej. Ascetyczna i, mimo szorstkich zachowań, monochromatyczna w swej czystości postać Paprockiego staje się symbolem niemożności pokonania systemu przez jednostkę, niezależnie od jej osobistych wartości.

Oskar Hamerski jako Schürzinger stanowi ogniwo przejściowe między idealistycznie nastawionym Kazimierzem a do bólu cynicznymi bogaczami Rauchem i Speerem. Pozornie opiekuńczy i serdeczny, jest równie złowrogi jak oni. Ma w sobie wrażliwość, delikatność i przenikliwość nie mniejszą niż Kazimierz, lecz nie używa tych walorów do zbudowania pogłębionej relacji z kobietą, ale by stwarzać pozory, pozwalające mu zarówno zdobyć zaufanie Karoliny, jak i utrzymać dobre stosunki ze zwierzchnikiem. Zaowocuje to korzystnym dla niego układem, w który wchodzi jak w masło i przyjmuje jako kolejną nieuniknioną - a przez to niewartą protestów - konieczność. Jest to może najbardziej złożona postać w sztuce, obok Erny, która też jest inna, niż się z pozoru wydaje. Tak jak Schürzinger pod maską serdeczności skrywa cynizm i egoizm, tak Erna pod pozorami uległości i oddania Franiowi ukrywa naturę świadomej rewolucjonistki. Rebeliantki, która zdaje sobie wprawdzie sprawę ze swojej sytuacji, ale nie znaczy to, że jest z nią pogodzona. Arkadiusz Janiczek jako Franiu Merkl nie ma takiego pola do popisu, ale jego postać zdeprawowanego, brutalnego Frania ma, tak jak Karolina Gorodeckiej, wdzięk i tragizm typowych Horváthowskich postaci. Henryk Talar jako Rauch i Andrzej Blumenfeld jako Speer tworzą duet, który szkoda by zaistniał tylko w jednej sztuce. Są groteskowi i demoniczni zarazem, bije od nich groza, widoczna spod pozornie dobrodusznego zachowania. Talar jako Rauch ma dwie kwestie, które zapadają w pamięć. Pierwsza na temat Karoliny: "Ładną dupcię ma ta dupcia tam", a druga o demokracji: "To jest wciąż mój stary, poczciwy Oktoberfest. Posługacz siedzi obok tajnego radcy, kupiec obok przemysłowca, minister obok robotnika - taką demokrację lubię!".

Symbolem użytym na plakacie przedstawienia jest karuzela - takie życie, raz na dole, raz na górze. Ale to symbol nieprawdziwy, bo problem, o którym mówi Horváth, tkwi w tym, że ta karuzela, którą obserwujemy, tak naprawdę nie obraca się - kto był na dole, jest tam dalej. Najwyżej ten z góry może spaść, ale raczej nie spadnie... Gdy na koniec Schürzinger, jako jedyny wygrany w tej bitwie, zmusza Karolinę do tańca i powtarzania za nim: "Jest lepiej, jest lepiej, jest lepiej", publiczność premierowa, przez ostatnie lata tak czujna na wszelkie aluzje, zamierzone czy nie, tym razem milczy jak zaklęta. Czyżby hipnoza?

Jagoda Hernik Spalińska
Teatr
2 marca 2011

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia