Kto jest bez winy, niech rzuci Kamykiem

"Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk" - reż. Agata Duda-Gracz - Teatr Nowy w Poznaniu

"Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk" w reżyserii Agaty Dudy-Gracz z Teatru Nowego w Poznaniu to kolejna propozycja w ramach Festiwalu Prapremier - Prapremier Nie/Chcianych.

Już samo oczekiwanie na wejście do teatru odsłania nasze typowe polskie przywary. Drzwi pozostają do końca, do 19.00 zamknięte, a w tłumie już słychać: - No tak, sprzedali więcej biletów, niż mają miejsc i teraz jest kłopot. Albo: - Ile można czekać na dworze, co za nietakt. Widownia nie odrobiła zadania domowego. Ale oni wiedzą. Niby nic, ale w sumie tak wiele mówi o naszej mentalności.

I o tej mentalności jest też i spektakl. Zaczyna się niewinnie, a wręcz zabawnie, co jednym się podoba - wyjście aktorów do widowni - aż po sam próg dosłownie - bo aktorzy/goście weselni witają się z nami już we foyer, obściskując i rozdając na prawo i lewo soczyste buziaki, w tandetnych makijażach, z brakami w uzębieniu, przedstawiają nam pozostałych członków rodziny Innym może mniej przypada to do gustu - wolą rolę bierną, raczej obserwatorów, bo "nie lubię jak mnie wplątują w coś, nad czym nie mam kontroli i jeszcze wyjdę na głupka".

A tych wiejskich głupków jest aż dziewiętnastu. Totalnie oddanych swoim rolom, nie wychodzą z nich nawet podczas przerwy tego, trwającego 210 minut, wesela-horroru. Bo atmosfera, jak i uśmiech na naszych twarzach przemienia się zaraz po zamknięciu bocznych drzwi widowni. Uderzenie jest aż zatykające - bo po krótkim wstępie, okazuje się, że jeden z gości jest jedynie duchem, bratem panny młodej zwanym "Zjebem". Najpierw uderza w nas to leksykalnie - zapowiedź języka, którym operować będą postaci przez większość spektaklu. Zresztą trudno oczekiwać, że wiejskie dziołchy i jurne cwaniaczki będą się do siebie zwracali: "Podałbyś mi tę sól, która koło ciebie stoi, poproszę". Zaraz potem następuje pierwsza z wielu retrospekcji pokazująca, jak koledzy obecni na weselu mordują, siekąc "Zjeba" na kawałki, łącznie z poczęstowaniem go własnymi genitaliami. Za co? Jeszcze nie wiemy, albo tylko nam się zdaje, że wiemy.

Tych retrospekcji jest zresztą na weselu Zuni, zwanej "Maciorą" i Siutka, zwanego "Szczochem" tak dużo, jak wielu jest gości weselnych, bo właściwie każdy jakiś sekret skrywa... A co jeden to brutalniejszy. Tej brutalności jest na weselu sporo, ukazanej bez zbędnego przypudrowania, tak jak to się zdarzyło, czyli w najbardziej zwyrodniały, nieludzki sposób. I ten kontrast - tego co każdy mieszkaniec Kamyka ma na sumieniu w relacji z innym gościem weselnym i tego, że mogą tak beztrosko jednocześnie bawić się w swoim towarzystwie - ten kontrast to majstersztyk. To obraz winy i kary, dobra i zła, bieli sukienki panny młodej i co rusz wpełzającej na salę balową krwi, prawdy i fałszu, religijnej obłudy, dwoistości natury ludzkiej. To obraz niezwykle aktualny, bo po wódce, prawie każde wesele kończy się wylewaniem sobie w twarz żali, których nikt już prawie nie pamięta, obmacywaniem po krzakach nie swoich żon, czy wręcz rękoczynami. Tak, wódka wyzwala w nas to, co najgorsze... najgorsze?

Tempo przedstawienia nie słabnie ani na chwilę. Gdy już nam się wydaje, że wszystko widzieliśmy i domyślamy się zakończenia, weselnicy wychodzą po nas na widownię i do największych przebojów disco-polo, których nikt nie zna, ale każdy potrafi zanucić, szaleją z nami robiąc węża nie oszczędzając nawet balkonu. Rys psychologiczny tych zgoła tępych chłopków-roztropków i stałych bywalczyń second-handów jest tak pozornie nieskomplikowany, że aż nie chce się wierzyć w ich głębię psychologiczną odkrywaną powoli przez Agatę Dudę-Gracz. I tylko doskonała gra aktorów z Poznania powoduje, że o "Sile", który tak kochał "Jusię", że aż chciał się dla niej ciąć, czy "Czarciej Piździe" odrzuconej przez "Cysarza" nie da się długo zapomnieć i prawie każdy znajdzie ich odpowiedniki w swoich rodzinach - mezalianse, kobiety zakochujące się w bandytach, kobiety-pasożyty, mężczyźni-despoci, życiowi nieudacznicy, fanatyczki religijne i tego typu przypadki. W duetach - aż im współczujemy, sami się w nich zakochujemy, dostrzegamy wrażliwość i kruchość ich natury, aby za sekundę w grupie na weselu zobaczyć ich podłość, upadek moralny, barbarzyństwo, do którego są zdolni. To ociekające krwią wesele poprowadzone jest w taki sposób, że gdy najmniej do tej pory przez nas dostrzegany "Pierdzimorda" rzuca się jak pies do szyi gościa, który nie chce zatańczyć z jego żoną, a ten wykrwawia się powoli na naszych oczach nic nas już nie dziwi. Choć nie, w sumie jest jedna rzecz...

Bo gdyby "Zjeb" na końcu okazał się jednak winny gwałtu, który mu się przypisuje od początku, a zakończenie nie było zaskakujące, nie można byłoby powiedzieć, że było się na fenomenalnym przedstawieniu. A takie właśnie widziałam. Świadome dawkowanie brutalności, powodowało, że się do niej przyzwyczajałam, a nawet potrafiłam ją usprawiedliwić - czy taki był plan?

A przecież wszyscy weselnicy odradzali matce panny młodej zwanej "Macią Bolesną", żeby domagała się od "Cysarza" sprawiedliwości za śmierć syna? Sprawiedliwości...

Wiktoria Raczyńska
www.bydgoszczinaczej.pl
23 października 2017
Portrety
Agata Duda-Gracz

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia