Kufel nieprzyjemnie pusty

"Rzeczpospolita Babińska" - reż: Stanisław Radwan - Stary Teatr w Krakowie

Nic nie grają, z kartek czytają, dobrze się mają. I kto by pomyślał, że można tak! Trochę śpiewają, więcej gadają, lud rozśmieszają. I jakoś leci!

Wic o jedzeniu, myśl o młóceniu, żart o pierdzeniu. I cieszą się dzieci! Chichocze matka, rechocze babka i stara swatka - więc coś o rybce! Kwiczy dziadek, jęczy Tadek i wuj niejadek - więc lekko o pipce! A skoro i Tola piszczy w tym gwarze - dać jej w prezencie rzecz o komarze! O komarze bądź niedźwiedziej mosznie - i niechaj Toli od słuchania ucho rośnie! Toli ucho, Heli głowa, Basi zaś duch! A owszem, duch - więc ci, co nic nie grają, z kartek czytają i dobrze się mają, całość zwieńczają Miłosza wierszem w sprawie rymowanek księdza Baki oraz - much. Bęc! 

Kto by pomyślał, że warto tak. Oto z różnych zbiorów sarmackich facecji, dowcipów i towarzyskich szlagierów, z tych, że powiem ze znawstwem, zielników biesiadnego jajcarstwa znudzonej szlachty nadwiślańskiej wieku XVI, XVII oraz XVIII, Stanisław Radwan dzielnie wydłubał perły, jego zdaniem, najlotniejsze. Wydłubał, jak popadło spisał, i z armii tragików Starego Teatru tak zwane dusze towarzystwa - pięcioro aktorów, co przy kielichu bywają zapewne wybitnie malowniczy - wybrawszy i za długim, polskim, słuckim pasem i polskimi kapami przykrytym stołem usadziwszy - o głośne zielnika swego odczytanie poprosił. No to zasiedli... 

Dorota Segda, Iwona Bielska, Bogdan Brzyski, Jacek Romanowski oraz najfikuśniejszy z tego grona zacnego Zbigniew Kosowski, na mieście zwany Bestią - zasiedli, zielniki Radwana otworzyli i odczytywać zaczęli. A w wolnych od gaworzenia mistrzów chwilach młodzi - Anna Gorajska, Anna Stela, Krzysztof Wieszczek i Wiktor Loga-Skarczewski, na mieście zwany Bestią Przyszłości - okraszeni portkami, co mają krok w kolanach, dźgając paluchami powietrze, rapowali rymowanki księdza Baki, zaś kapela rytm im na żywo podawała. Czy trzeba dodawać, że nuty są autorstwa Radwana? 

Tak, nikt by nie pomyślał, więc nikt nie pomyślał, że tyle wystarczy. Nikt poza Radwanem. Mądry ten artysta zapewne od dziecka wie, czym kaczka wodę pije. Pojmuje, że teatr teatrem, sztuka sztuką, duch duchem, sarmatyzm sarmatyzmem, sceniczne rewizje sarmatyzmu scenicznymi rewizjami sarmatyzmu, refleksja głębsza głębszą refleksją - ale jednak najlepiej jest znać podniebienia braci swoich. Najlepiej wiedzieć, że nic na naród nasz nie działa tak celnie jak wic mięsisty, na polską kapę wzorzystą wywalony po prostu, szczerze, bez światłocienia. I rzeczywiście - zadziałało. Zabawom, śmiechom i ogólnemu falowaniu - nie było końca. 

Gdy tam, na scenie, nad polskim stołem brzęczała rewelacja o diable, co z polską babą zakład przegrał, albowiem nie potrafił z jej sążnistego "bąka", co go o zmierzchu puściła, powrósło ukręcić, albo też gdy nad słuckim pasem dzwoniła wiekuista mądrość chłopa polskiego, który od utopienia w miodzie uratował się, miażdżąc polską łapą mosznę niedźwiedzia, oczywiście brunatnego - na widowni było całkiem tak, jak w finale pewnego niesmacznego dowcipu o Oświęcimiu, którego to dowcipu właśnie dlatego, że niesmaczny jest, nie przytoczę w całości. Otóż, uwierzcie - "chłopcy konali"! 

Tak, licealni chłopcy na widowni konali bez wytchnienia, równo, jak jeden mąż. Czyżby koleżanki, naukę ze sceny pobrawszy, pragnąc się z odmętów reżyserskiego miodu Radwana wyrwać czym prędzej, sarmacki gest polskiego chłopa na kolegach wykonały? A może koleżanki dźwiękową brawurą polskiej baby popisały się gremialnie w ciemnościach, na co chłopcom, jak diabłu, raciczki opadły bezradnie? W sumie - obojętne. Z czego się śmiejesz, z tego się śmiejesz, grunt, byś się śmiał, licealny chłopcze. 

Na koniec jedna uwaga. Otóż, owszem, młodzi wnoszą na scenę pieczone prosię i kufle piwne, ale prosię jest z gipsu, kufle zaś - fundamentalnie puste. Wiem, wiem - pieczonym gipsem i skompromitowanym szkłem reżyser daje sygnał wyraźny, iż dobrze pojmuje co uczynił. Wiem to i doceniam. Szczera autorefleksja to nie w kij dmuchał. Z drugiej jednak strony, gdyby tak biesiadę Radwana do Sali im. Heleny Modrzejewskiej przenieść, restaurację "Chłopskie jadło" o katering poprosić, do browaru w Żywcu zadzwonić i zbratać scenę z widownią - trud artystów doceniłbym bardziej.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
15 czerwca 2009

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia