Lady Makbet z gimnazjum

"Zwodnica", Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Jak z przeciętnego elżbietańskiego dramatu zrobić przejmujące, współczesne i efektowne przedstawienie? Odpowiedzią na to pytanie jest "Zwodnica" Middletona i Rowley\'a, wyreżyserowana w Teatrze Wybrzeże przez młodego Kubę Kowalskiego

Hiszpania, XVII wiek. Beatrice, młodziutka córka kasztelana Vermandero ma wyjść za mąż za Alonza. Jednak parę dni przed ślubem zakochuje się w szlachcicu Alsmero. Namawia zatem służącego De Floresa (kochającego Beatrice bez wzajemności), aby pomógł jej rozwiązać ten problem. De Flores decyduje się na zamordowanie Alonza. Co to wszystko nas obchodzi? W końcu sztuce Thomasa Middletona i Williama Rowley\'a daleko do najlepszych dramatów epoki elżbietańskiej. A jednak młodemu reżyserowi Kubie Kowalskiemu udało się stworzyć przedstawienie poruszające i efektowne zarazem. 

Reżyser - wspólnie z dramaturgiem Wybrzeża Jakubem Roszkowskim - zaczęli od radykalnego skrócenia oryginalnemu tekstu. Co dramatowi, pełnemu wątków pobocznych, wyszło zdecydowanie na dobre. Całą historię ubrali we współczesny kostium (ale nie siląc się na żadne dosłowne odesłania), wzbogacając o fragmenty porad z kolorowych pisemek dla nastolatek. W efekcie bohaterowie elżbietańskiego dramatu, kierujący się pożądaniem i bezwzględnie manipulujący innymi, to postaci jak najbardziej "z naszego" świata.

Centralną postacią "Zwodnicy" jest Beatrice (w tej roli Karolina Piechota). Obserwujemy jej przemianę - podkreślaną zmianami kostiumu na scenie - od niewinnej nastolatki (stylizowanej na porcelanową tancerkę czy lalkę Barbie), do stanowczej, bezwzględnej i zdesperowanej kobiety, która próbuje ratować siebie i bronić swoich wyborów (w świecie rządzonym przez mężczyzn), sięgając po coraz okrutniejsze środki. A tu już staje się bliska szekspirowskiej Lady Makbet.

Bo, jak mi się wydaje, głównym tematem gdańskiej "Zwodnicy" jest właśnie zło. W spektaklu pojawia się ono jakby znikąd: Beatrice, wtedy jeszcze naiwna dziewczynka, próbuje tylko połączyć się ze swoim ukochanym. Uważa, że jest usprawiedliwiona w dwójnasób. Nie żąda od De Floresa zamordowania narzeczonego: dzieli się z nim tylko swoimi wątpliwościami, a na podjęcie zadania decyduje się on sam. Choć jest to oczywista manipulacja. Po drugie jest przekonana, że kieruje nią wartość - w jej hierarchii - najwyższa, czyli prawdziwa miłość. Jednak z czasem sama przekonuje się, że niewinna nie jest - jedyne, co jej pozostaje, to desperackie próby zachowania twarzy, które doprowadzają do kolejnych dramatycznych wydarzeń i ofiar.

Bohaterów obserwujemy na prawie pustej scenie - jedyne elementy scenografii to czerwone, geometryczne formy, przypominające nieco powiększone rzeźby Katarzyny Kobro. Na pochwałę w "Zwodnicy" zasługuje reżyseria. Parę scen (chociażby trwający kilka minut fragment morderstwa i ściągania pierścienia z palca Alonza czy scena ślubu, w której obrączki młodej parze podaje nieżyjący już pierwszy narzeczony) pomyślanych i przygotowanych jest znakomicie, nie powstydziliby się ich najlepsi polscy twórcy. Kowalski pokazuje w tych momentach świetne panowanie nad przestrzenią, przemyślane operowanie zmianami tempa i doskonałe prowadzenie postaci. Jest jednak w "Zwodnicy" też parę scen słabszych: pierwsze 20 minut spektaklu zagrane jest w nużącym tempie, zdarzają się fragmenty, w których młody reżyser chciał połączyć ze sobą zbyt wiele pomysłów.

Wyśmienity jest za to pomysł z muzyką, graną przez cały spektakl na żywo na gitarze elektrycznej przez Lolio (czyli Krystiana Wieczorka). Lolio oraz Izabela (Marzena Nieczuja-Urbańska) to bohaterowie niezwykle intrygujący: ich status jest w przedstawieniu niepewny; balansują subtelnie płynnie pomiędzy światem przedstawionym a rzeczywistością sceny teatralnej; raz są pełnoprawnymi bohaterami opowieści, kiedy indziej wcielają się w rolę komentujących akcję telewizyjnych szołmenów, prowadzących popularny program, czy w końcu stają się personifikacjami zła, skłaniającymi bohaterów do działania. 

Świetnie radzi sobie z tytułową rolą Piechota, tworząc efektowną i wiarygodną kreację. Jednak zdecydowanie najlepszy na scenie jest Michał Kowalski jako De Flores. Jego bohater - morderca i gwałciciel - to niepewny siebie urzędnik, w tanim garniturze i ze zniszczoną teczką. Do działania popycha nie odwaga, ale miłość, która zmienia się w chorobliwą obsesję.

Twórcy spektaklu kończą "Zwodnicę" krótkim wierszem Walta Whitmana "Kim ostatecznie jestem". Tytułowe pytanie Beatrice zadaje nie tylko sobie, ale kieruje je również w stronę widzów. Bo w końcu czy nie najłatwiej opisać nas samych jako sumę - nie zawsze ze sobą zgodnych - naszych decyzji i czynów?

Mirosław Baran
Gazeta Wyborcza Trójmiasto
10 marca 2009

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...