Lalkarskie światełko

Lalki Marka Waszkiela

W kuluarowych rozmowach eksponujemy naszą przynależność do świata teatru lalek, teatru ożywionej materii, choć i lalek, i ożywionej materii niewiele na naszych scenach. Rzecz jasna, zdarzają się wyjątki. Jednym z nich wydaje się Aga Błaszczak, reżyserka najmłodszego pokolenia, niedawna absolwentka wrocławskiej reżyserii lalkowej.

Na profesjonalnej scenie debiutowała w wałbrzyskim teatrze lalek w 2017 roku. Wyreżyserowany przez nią "Dzień osiemdziesiąty piąty", oparty na prozie Ernesta Hemingwaya, był swoistym wydarzeniem. Niemal monodram na aktora (Paweł Kuźma) i lalkę okazał się znakomitą propozycją aktorską, lalkarską, plastyczną i inscenizacyjną. Już wówczas widać było, że Błaszczak oddycha innym teatrem, na wskroś współczesnym, w którym lalka jest doprawdy partnerem aktora, czy może nawet korzysta z usług partnerującego jej aktora, bo ona sama jest najważniejsza.

W ciągu pięciu lat od debiutu Aga Błaszczak zrealizowała kilkanaście przedstawień: w Poznaniu, dwukrotnie w Wałbrzychu, Olsztynie i Bielsku-Białej, w Łodzi, Wrocławiu i w Łomży, w teatrach instytucjonalnych i z zespołami niezależnymi. Ukończyła Mistrzowską Szkołę Reżyserii Andrzeja Wajdy, rozwinęła swoje zainteresowania dramatopisarskie, odbyła kilka międzynarodowych staży teatralnych. Ma doświadczenia reżyserskie, operatorskie, scenopisarskie, teatralne i filmowe, zajmuje się nowymi technologiami (jest autorką terminu digittry – lalkarstwo cyfrowe). Należy do elitarnej w Polsce grupy twórców, którzy opanowali więcej niż jedną dyscyplinę artystyczną, co wydaje się dziś niezbędne także w świecie rzeczywistości lalkarskiej.

Obejrzałem pewnie połowę jej spektakli. Tu skupię się na trzech z ostatnich sezonów: Mamu-Ty Katarzyny Matwiejczuk (Olsztyn), Momo według Michaela Ende (Arlekin, Łódź) i Jaś i Małgosia 2.0 (Łomża). Wszystkie są dla dzieci. W Olsztynie rekomendują spektakl pięciolatkom+, w Łomży – od lat siedmiu, w Łodzi – od ośmiu. Zatem to klasyczna oferta teatrów lalkowych. Z pozoru – repertuar użyteczny i usługowy. Szara codzienność. I gdyby jakość polskiego lalkarstwa oceniać na podstawie tych trzech premier, mielibyśmy niemało satysfakcji.

Wymienione spektakle Agi Błaszczak należą do gatunku inscenizacji. To niezbyt często wykorzystywana dziś kategoria przedstawień, z pewnością bardziej czasochłonnych, wymagających i większych środków finansowych, i znacznie pełniejszego zaangażowania wszystkich zespołów wspierających artystów, zwłaszcza pracowni plastycznych, i wreszcie znacznie większego wysiłku współtwórców. Jeśli uwzględnimy jeszcze fakt, że spektakle te należą do gatunku widowisk lalkowych – pozostaje rzeczywiście cieszyć się z obecności Agi Błaszczak w środowisku lalkarskim.

Ciekawie rysuje się przestrzeń sceniczna w omawianych przedstawieniach, co jest jednym z najbardziej widocznych mankamentów współczesnego lalkarstwa. Scenografię do Mamu-Ty oraz Jasia i Małgosi 2.0 zaprojektowała Katarzyna Leks. W obu wypadkach jest zajmująca. W Mamu-Ty składa się głównie z dużych, geometrycznych, szkieletowych kształtów, podświetlanych ledami i w symboliczny sposób budujących rozmaite miejsca akcji. Znakomicie rozegrana została scena przejścia przez jaskinię, ale generalnie kształt plastyczny spektaklu wpisany został perfekcyjnie w inscenizacyjny zamysł. To scenografia nowoczesna i funkcjonalna zarazem. Otwiera wyobraźnię widza i zachęca do indywidualnych interpretacji. Daje też wyjątkową sposobność do posługiwania się lalkami różnych wielkości, a gra skalą lalek została w spektaklu mistrzowsko wykorzystana.

Największą uwagę przyciągają lalki: sprawnie wymyślone i animowane mamuty z ażurowymi trąbami, „trąbiasty" odkurzacz Darek, pies Dorrit i nade wszystko Prawa i Lewa noga Taty (szkoda, że zatarła się wyrazista różnica między ich „charakterami", tak bardzo obecna w tekście). Te gigantyczne formy nóg, wypełniające okno sceniczne, w zestawieniu z działającymi obok nich dużymi lalkami, których animatorzy sięgają zaledwie kolan nóg Taty i wydają się nawet mniejsi od lalek zwierząt, pozwalają na wyrażenie niemal zachwytu. Emocje zdecydowanie opadają w scenach aktorskich, które nie dorównują działaniom lalkowym, a piwniczny cyrk Ponurego Grzegorza jest kwintesencją nieporadności. I w sumie zaciera się autorska idea Katarzyny Matwiejczuk o cieple, bliskości i spontaniczności, gubimy się nieco w sensach i znaczeniach, ale tandem Błaszczak-Leks wychodzi z całości obronną ręką. Bez wątpienia zwycięża w tym spotkaniu sztuka lalkarska. A czyż nie o to przede wszystkim chodzi w teatrze lalek?

W łomżyńskim Jasiu i Małgosi 2.0 jeszcze bardziej zachwyca koncepcja wizualno-plastyczna tandemu Błaszczak-Leks. Dawno nie oglądałem polskiego przedstawienia dla dzieci z taką uwagą, koncentracją i niesłabnącym zainteresowaniem aż do finału. Tekst baśni Grimmów Aga Błaszczak całkowicie przepisała i umieściła w odległej przyszłości, w roku 2070. Wprowadziła na scenę świat nowoczesnej technologii i problemów ekologicznych, z którymi już dziś mamy do czynienia, a za pół wieku – jeśli wierzyć spektaklowi – doprowadzą do sytuacji krańcowej, głodu i braku wody, przeludnionych miast i niedobitków próbujących przetrwać w umierających lasach, zatem w przestrzeni ciekawie nawiązującej do Grimmowskiej historii.

Życie tej garstki ocalałych rozgrywa się na tle magicznego obrazu. Ludzie próbują przetrwać, rozpalają małe ognisko, grzeją przy nim dłonie. Cały horyzont teatralny, który rozciąga się za nimi, wypełniają projekcje. Znakomite! Las, pnie grubych drzew, nocne niebo, przewalające się chmury, tarcza księżyca. Ten obraz będzie się nieustannie zmieniać, ale pozostanie dominanta mroku, ciemności, czyhającego zagrożenia, snujących się mgieł, swoistej depresji, osaczenia, zagubienia i lęku. Filmowa projekcja autorstwa Agi Błaszczak nadaje plenerowi głębi, niemal trójwymiarowości, podczas gdy z przodu – gdzie rozgrywa się akcja – las ma realny kształt. Są tu rozrzucone elementy scenografii, wielkie „kamienie", kawałki gałęzi, suche pnie obumarłych drzew. Granica między horyzontem teatralnym z projekcjami a właściwą sceną przestaje istnieć. Tak działa teatralna magia. Gdy trzeba, aktorzy wyciągają z kulis większe konstrukcje, pojedyncze meble, a zwłaszcza rodzaj domu-rudery, w którym żyją Jaś i Małgosia wraz z Ojcem i Macochą.

W tak przedstawionej przestrzeni działają lalki. Są duże, realistycznie wykonane i ubrane. I na lalkach właśnie koncentruje się światło: precyzyjne, wyraziście wydobywające działające postaci, pozostawiające w głębokim cieniu prowadzących je animatorów, a przy okazji zacierające szczegóły całej przestrzeni scenicznej. Mroczność widowiska może nieco przerazić, ale to, na czym twórcy chcą skoncentrować uwagę widza, jest idealnie widoczne. Wiemy, że lalki nie poruszają się same, widzimy animatorów, którzy uruchamiają ten wykreowany świat, ale nigdy nie stanowią oni konkurencji dla postaci scenicznych. Każda lalka ma drążek z tyłu głowy, trzymany przez animatora, który używa własnych rąk do poruszania dłońmi czy nogami animantów.

Już pierwsza lalkowa scena, siedzącego na krześle Ojca w poświacie włączonego telewizyjnego ekranu, wzbudza fascynację. Stary, zgorzkniały, zmęczony mężczyzna, obsypany jest kurzem. Budzi się do życia. Animator strzepuje kurz z jego głowy, ubrania, wykonuje powolne ruchy rękami lalki, jej korpusem. Trzeba żyć, trzeba trwać, przecież są dzieci, Jaś i Małgosia! A one mają rozmaite pomysły, także kłopotliwe, zwłaszcza Małgosia, która dla swoich eksperymentów (pomysł na konstrukcję młyna wodnego) zużywa cały zapas wody skrupulatnie ukrywany przez rodziców. I dalej akcja toczy się jak w baśni Grimmów. Wilk i Wiedźma, złe charaktery, należą do świata nowej technologii, świata zarządzanego przez sztuczną inteligencję, na której zdobyciu (potrzebie zeskanowania mózgów dzieci) koncentrują się działania Wiedźmy.

Napięcie sceniczne i fascynację wykreowanym obrazem udaje się twórcom utrzymać do samego końca. I to należy szczególnie podkreślić, bo w naszym niebywale przewidywalnym świecie teatru lalek i lalkowej dramaturgii jest to rzecz doprawdy rzadka. Łomżyński spektakl przynosi ogromną satysfakcję, choć wydaje się niedopracowany animacyjnie, chwilami nieco infantylny literacko i nie najwyższej aktorskiej próby.

Łódzki Momo w Teatrze Arlekin powstał we współpracy Agi Błaszczak z inną młodą, choć już doświadczoną scenografką – Martą Kodeniec. Wprawdzie adaptacja Franciszka Bartkowiaka i dramaturgia Magdy Żarneckiej budzą moje rozmaite wątpliwości, inscenizacyjno-projekcyjno-plastyczno-lalkowy świat wykreowany przez tandem Błaszczak-Kodeniec jest wysokiej próby. Przestrzeń jest skromna tym razem. Buduje ją kilka zaokrąglonych prostopadłościanów, różnej wysokości, ustawianych na półokręgach, tworząc jakby fragment starożytnego amfiteatru. Wpisane jest to w snutą opowieść, ale ona sama wydała mi się znacznie mniej interesująca. Świat Endego intryguje zdecydowanie mniej niż wyobraźnia Kodeniec-Błaszczak, bo spektaklu (od troszkę wprawdzie przydługiego) trudno oderwać wzrok. Świat Szarych Panów tworzą znakomicie niemal geometryczne zamaskowane postaci aktorów, świat Momo i jego partnerów – białe, przezroczyste lalki z widocznymi w ich wnętrzach delikatnymi konstrukcjami i światłem, które je wypełnia, gdy odrywają się od szarości i codzienności, i wespół z Momo oddają marzeniom, radości i zwyczajnemu ludzkiemu szczęściu.

Aktorzy są widzialni, a jakby nieobecni (prawie nieobecni!). Widać tu wyraźnie, że propozycja Błaszczak na pracę aktora z lalką wymaga cierpliwości i czasu, jest bowiem dość obca powszechnej praktyce, w której aktor zawsze dominuje swoją mimiką, ruchem, energią. Aga Błaszczak sięga po lalki świadomie, a niewielu lalkarzy ma taką świadomość. Znakomicie udaje się ta współpraca w scenach dziejących się w kosmosie, bo tu oddziaływuje przestrzeń wykreowana na scenie: świecące ledowe orbity na podłodze, poruszające się w całej przestrzeni sceny koliste planety różnych wielkości i barw, i właśnie owe świetlne lalki pływające w przestworzach, animowane dyskretnie i delikatnie przez widocznych i nieistniejących aktorów. Powracające dwa czy trzy razy kosmiczne sceny przypomniały mi jeden z najpiękniejszych obrazów lalkarskich, jaki widziałem dawno dawno temu w gdańskiej replice słynnego Zwyrtały Muzykanta Jana Wilkowskiego: scenę rozbrzmiewającego dźwiękami kołyszących się dzwonów nieba, do którego wkracza Zwyrtała.

Ale i bez tego skojarzenia jestem pewien, że rozmaite obrazy z łódzkiego Momo zapamięta większość tych widzów, którzy obejrzeli przedstawienie. Aga Błaszczak i jej partnerzy: chapeau bas!

Marek Waszkiel
Dziennik Teatralny
14 marca 2023
Portrety
Aga Błaszczak

Książka tygodnia

Bieg po linie
Wydawnictwo MANDO
Maria Malatyńska, Jerzy Stuhr

Trailer tygodnia