Lalunie, karoce i Baden-Baden

"W imię Jakuba S." - reż. Monika Strzępka - Teatr Dramatyczny w Warszawie i Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Smutne to uczucie patrzeć w lustro i nie widzieć tego, co sobie wyobrażamy. Jednak czasami zdarza się, że patrzymy w zwierciadło, które deformuje przedstawiony obraz, a my odbieramy go na własną korzyść. Ludzie, którzy wypaczają własne ja, aby łatwiej stworzyć nowe, powinni być określani mianem ludzi z syndromem komnaty luster. Ponieważ tak jak w rzeczywistości, tak i tam ciężko odnaleźć swoje prawdziwe odbicie, pomiędzy ciągle mamiącymi nas fałszywymi obrazami – swoistymi malaturami na szkle naszej osoby. Takie właśnie niewygodne odbicia społeczeństwa zobaczymy w spektaklu „W imię Jakuba S.”

Teatr Dramatyczny w Warszawie, na afiszu „W imię Jakuba S.". Czego się spodziewać po tym tytule? Możliwości jest prawdopodobnie tyle, ile zapytanych o to osób. Widownia już zajęła miejsca. Scenografia przedstawia koniec świata, a będzie jeszcze ciekawiej. „W imię Jakuba S." pokazuje ludzi w różnych czasach i miejscach, z jednym bohaterem przewijającym się przez wszystkie przedstawione historie. Jakub S. raz na pierwszym planie, raz w tle, ale cały czas obecny.

„W imię Jakuba S." to sztuka potrzebna obecnemu społeczeństwu, która porusza problem tożsamości. Dlatego będąc odbiorcą tego spektaklu, należy stąpać twardo po ziemi. Mieć świadomość tematu, który jest fundamentem sztuki. Przedstawione nam są postaci w różnej sytuacji, każda bardziej różna od drugiej, każda z nich to coraz więcej wyśmianych społecznych zachowań. Zupełnie jakby ktoś przedstawiał zdjęcia z wywołanego filmu, który miał pozostać schowany głęboko w szafie.

Reżyserka spektaklu – Monika Strzępka – stworzyła dobry obraz, ukazujący współczesny świat. Ważnym elementem przedstawienia jest przeplatanie się przestrzeni czasowych: XIX, XX i XXI wieku. Tak dobrze poprowadzony obraz to nie tylko zasługa reżysera – drugą częścią sukcesu, mającą duży wpływ na końcowy efekt spektaklu są aktorzy, przechodzący płynnie z jednej postaci w drugą. Gra w tej sztuce to bardzo trudne wyzwanie aktorskie . W spektaklu każdy z aktorów wciela się w kilka postaci, które prowadzą własną historię. Mamy dwójkę młodych ludzi, chcących wziąć kredyt na mieszkanie, rodzinę na wakacjach i przy stole wigilijnym, a także dziewczę ze wsi które do wielkiego miasta przyjechało.

Tekst, który stworzył Paweł Demirski, jest nowym spojrzeniem na temat, który można śmiało określić w Polsce jako tabu, a mianowicie tożsamość społeczną. Duże znaczenie ma język bohaterów, to on nakreśla ich charaktery i nadaje tempo spektaklu. Bardzo charakterystyczna składnia zdań, przeplatana z gwarą, zapada w pamięć. Usłyszymy wyrazy potoczne, zaczerpnięte z gwary i te ustawowo zabronione.

A co z elementami wizualnymi? Stara lodówka z litrami mleka w butelkach, odgrywająca nie tylko rolę kuchennego sprzętu, ale funkcjonująca także jako wejście dla aktorów. Oprócz tego mnóstwo sztucznego śniegu, sterta drewna i charakterystyczne teczki. Po prawej stronie stara kuchnia nadająca się na złomowisko, obok której stoją wiadro, garnek i stary czajnik. Do tego dwie instalacje, które są dopełnieniem całego obrazu. Jedna z instalacji została stworzona na wzór rusztowania, między którym poruszają się aktorzy. Druga to rodzaj metalowego podejścia, który również jest przestrzenią przemieszczania się. Scenografia, stworzona przez Michała Korchowieca, jest wizualnym przeżyciem na wysokim poziomie. Dodatkowo świetnie współgra ze sztuką i nie jest ekstrawaganckim dodatkiem do całości. Dużą rolę odegrało również oświetlenie, które sprawiało wrażenie rozświetlonego mroku. Rafał Rudkowski (realizacja świateł) postawił stworzonym światłami klimatem spektaklu, kropkę nad i dla świetnej scenografii Michała Krochowieca.

Spektakl jest bardzo dobrze zrealizowany, wszystkie elementy świetnie ze sobą współgrają. Nawet w momencie, kiedy trójka bohaterów prosi widownię o drobne, po czym zabiera niektórym torebki, nazywając to „współczesnym performansem", nie jest to robione na siłę. Wręcz przeciwnie: na twarzach zgromadzonych pojawiają się uśmiechy.

Jednak grymas który zastyga na twarzy widza po spektaklu, skłania do przemyśleń. Owszem, pewne momenty jak wspomniany „performans" są dowcipne, ale czy przypadkiem uśmiech pozostający na twarzy, to nie maska zakrywająca bezradność wobec broczących w ścieku zasadach XXI wieku?

Końcowa scena, w której na ekranie wyświetla się napis: „Jakub Szela jest już w Jankach", jest najlepszym podsumowaniem spektaklu. Jednak nie są to już Janki, a Złote Lampasy.

Katarzyna Prędotka
Dziennik Teatralny Warszawa
11 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia