Ława Piłatów

Obyś żył w ciekawych czasach, jak głosi klątwa chińskiego pochodzenia. Ivanowi Klimie przyszło w takich egzystować.

Przez całe życie. Uszedł z nim z terezińskiego getta, flirtował z komunizmem, szybko jednak zrozumiał, iż nie tędy droga. Pod koniec lat 60. spędził kilka miesięcy jako wykładowca czeskiej literatury w Stanach Zjednoczonych. Mimo przestróg nie zdecydował się na emigrację, wrócił, aby nie stracić kontaktu z językiem i domagać się demokratyzacji systemu.

Wkrótce wyrzucono go z partii, trafił na indeks, musiał pracować jako robotnik. Był dysydentem aż po kres komunistycznej Czechosłowacji. Przez wiele lat doskonalił się w trudnej sztuce bycia wolnym w zniewolonym społeczeństwie. Wiedział zatem o nim wiele. O mechanizmach manipulacji, społecznej inżynierii rodem ze Związku Radzieckiego, jakże twórczo na miejscu rozwijanych, o brutalnych metodach pierekowki, łamania charakterów, niszczenia egzystencji. O nieuchronnej samotności jednostki niegodzącej się na skrajny konformizm, o wyobcowaniu wbrew woli tych, którzy mieli odwagę codziennie zmierzyć się ze swoim odbiciem w lustrze.

Jego „Ława przysięgłych" jest przede wszystkim o tym. Oto finalna faza procesu o morderstwo, gdzieś w państwie demokratycznym inaczej. Władza „reformuje" wymiar sprawiedliwości, wprowadzając „kolegialny element społeczny". Suweren ma zatem orzec o winie. Lud wkracza na salony trzeciej władzy, patrząc sędziowskim elitom na ręce. Tak to przynajmniej w propagandowym/piarowym (niepotrzebne w zależności od narracji epoki skreślić), przekazie ma wyglądać. Proces to dziwny, zalatuje fałszem na odległość. Rozpanoszony, triumfujący prokurator, sędzia, której można przypisać wszystko poza niezawisłością, nieobecny oskarżony, obrońca usiłujący ratować resztki godności swojej i swojego klienta, heroicznie broniąc zasady kontradyktoryjności, no i Oni. Miało być sześciu, choć w wolnym świecie tych w założeniu sprawiedliwych jest dwunastu, ale tu widzimy piątkę, co też sądowi, ponaglanemu groźnymi krzykami zwiezionego pod gmach „ludu", domagającego się jedynie słusznego wyroku dla „zwyrodnialca", nie przeszkadza. Obserwujemy pięciu zwykłych, zagubionych, zalęknionych i zmęczonych ludzi, mających orzekać o już orzeczonej na polityczne zamówienie winie. Mimo niejasności, dętych dowodów, brutalnych prokuratorskich i sędziowskich nacisków. Oskarżony jest winny, bo jego wina ma być politycznym paliwem populistycznego reżimu, stanowiąc wygodne dla niego alibi w dziele destrukcji sądownictwa. Rzecz jest bowiem tylko pozornie o atrofii trzeciej władzy w autorytarnym państwie. Klima opisuje proces ucieczki jednostki od odpowiedzialności, swoistego outsourcingu winy, bezlitośnie punktując praktykowanie gestu Piłata, pisze o martwicy etyki wartości, zwycięsko wypieranej przez etykę strachu. Dziś nazywa się to elegancko postępującym mechanizmem ratyfikacji rzeczywistości, choć Kisiel w mroku gomułkowskiej nocy określał to dosadniej, pisząc o urządzaniu się w dupie, co go niezmiennie przerażało. Upiorne to przecież – wielomilionowa dusza niewolna, wolności się bojąca, rozpychającą się w tiurmie, moszcząca w celach. Trudno przypuścić, aby ktoś z nich powtórzył na Seneką: „Wolny zaś jest ten, kto nie poddał się w niewolę samemu sobie."...

Przysięgli mają może i dobre chęci, dostrzegają krzyczący fałsz, ale logika systemu, w którym odmienność myśli i zdania jest traktowana jako zbrodnia stanu niemalże, powoduje, że nikt nie ma odwagi wyjść przed szereg, zerkając na innych w oczekiwaniu na pierwszy krok. Chcieliby dobrze, lecz kto pierwszy rzuci papierami i da pierwszeństwo swojej racji nad racją systemu? Czy ktoś się wychyli? Ową ideologię spatologizowanej mimikry dobitnie werbalizuje Fryzjer – po co myśleć skoro świat taki skomplikowany? Lepiej poszukajmy kogoś, kto pomyśli za nas. Stadni jesteśmy, niestety, co tak gorzko konstatował Schopenhauer - „Doprawdy, nie ma tak absurdalnego poglądu, którego by ludzie nie przyjęli jako własny, o ile tylko potrafi im się wmówić, że pogląd ten został p r z y j ę t y p r z e z o g ó ł. (...) Są oni jak owce, które idą za swoim baranem, gdziekolwiek ich prowadzi; łatwiej im umrzeć, niż myśleć.". Baran jest u Klimy dobrze wybrany i perfekcyjnie do swojej roli przygotowany – upierdliwie cyniczny, brutalny Lobbysta, władca teczek, z których raz po raz wyciąga grzeszki ławników. Sprzed kilku dni, miesięcy, czy lat, przez co skutecznie pacyfikuje ławę, umiejętnie suflując internalizację zła w jej szeregach. Tego Savonarolę z awansu świetnie interpretuje Grzegorz Damięcki, grając doskonalącą się bezustannie szuję, czerpiącą orgiastyczną niemalże satysfakcję z upadlania. Siebie i innych. Tak więc prawda i uczciwość gniją powoli w narracji dramatu, rozpiętej między cyniczną groteską a gorzkim moralitetem, a nawet jeśli pojawia się jedyny i ostatni sprawiedliwy, to bezlitosny sarkazm sceny finałowej czyni ten jakże ludzki gest pustym w swojej przejmującej samotności.

Aktorstwo jest w tej inscenizacji nierówne, warto jednak wspomnieć choćby o Przemysławie Bluszczu. Jego Prokurator jest najważniejszą postacią na sali, ustala i łamie reguły według uznania, świetnie odnajdując się w patetycznej teatralności procesów pokazowych. Są w nim echa inkwizytorów odzianych w togi z czerwonymi wypustkami, jak choćby osławiony Andriej Wyszyński. Czynowników bezczelnie łączących swoją rolę z sędziowską. Zasada jest bowiem prosta, im bardziej autorytarne państwo, tym dobitniej prokuratorzy dominują na sali, tym bardziej procedura ich uprzywilejowuje. To podstawowe ćwiczenie z historii. Znakomita jest też Katarzyna Łochowska w roli zahukanej ekspedientki. Istota jej życia to odpowiedzialność, rozumiana jako synonim podporządkowania. Aktorka precyzyjnie prowadzi postać w tonacji tragifarsowej, wzruszając chyba najbardziej. Nie przeoczmy Tadeusza Borowskiego w kilkuzdaniowej roli upiornego, zmilitaryzowanego Charona. Mundur to przecież świetne alibi, rozgrzesza, zdejmuje ciężar moralnego wyboru, pozwala najskuteczniej uciec od etycznej odpowiedzialności, bo decyduje przecież ktoś inny. Potem, gdy przychodzi się z nią zmierzyć, wystarczy, jak w znakomicie zinterpretowanym przez aktora kapłańskim prawie geście, rozłożyć ręce i z religijną niemalże emfazą dodać coś o przepisach i rozkazie. To przeraża w czasach, gdy spod munduru coraz częściej widać już tylko oczy, a mundurowi prawie zawsze są anonimowi i nie mogą nie mieć racji.

Ivan Klima to autor fascynujący, w świecie wymieniany w jednym szeregu z Hrabalem i Kunderą, lecz w Polsce jakby mniej znany, jakże niesłusznie. Wypada zatem skorzystać z tej okazji, aby przekonać się o jego kunszcie. Trzeba zobaczyć inną ławę przysięgłych niż w słynnych „Dwunastu gniewnych ludziach" Sidneya Lumeta i zatęsknić na kimś takim, jak 8. przysięgły Henry'ego Fondy. Ale jemu było łatwiej, on nie bał się systemu, w końcu żył w najstarszej demokracji nowożytnego świata. A sprawiedliwość sensu largo? Cóż, trzeba wejrzeć w głąb siebie, zanim przywdziejemy togę Katona i przypomnieć sobie gorzką myśl Henryka Elzenberga - „Dlaczego na świecie nigdy nie będzie sprawiedliwości? Bo nikt do sprawiedliwości nie dąży. Kto o sobie myśli inaczej, ten nie zgłębił dna swego serca.".

Nie zapominajmy też o czasach, które z uporem nie chcą być nieciekawe...

Tomasz Mlącki
Dziennik Teatralny Warszawa
22 września 2021
Portrety
Jakub Krofta

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...