Leci pani?

"Avenue Q" - reż. Magdalena Miklasz - Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni

Teatr Muzyczny nowego otwarcia, w którym każdy małym rasistą przecież jest.

Tego w Muzycznym nie było od dawna. Skala przekroczeń osiągnęła poziom artystycznie niebezpieczny. Poważono się polemizować z religią, orientacją seksualną, uprzedzeniami społecznymi, językowymi, obśmiano niepełnosprawnych a wszystko polano współczesnym sosem dziejów i lokalnymi wstawkami. Poszukiwanie sensu, czyli miłości i pieniędzy staje się obsesyjną potrzebą spektaklowych postaci. Pokolenie bohaterów wychowanych przez telewizyjne „zaświaty" mierzy się z realnością, innymi, własnymi słabościami i uprzedzaniami. To „Avenue Q" w polskim wydaniu premierowym, w bardzo udanym tłumaczeniu i dramaturgii Jana Czaplińskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni.
Spektakl nowego rozdania za dyrekcji Igora Michalskiego w reżyserii Magdaleny Miklasz to propozycja nie dla każdego. Granica wieku widzów ustalona powyżej 15 roku życia może niektórym wydawać się za niska. Wszystko zależy od poczucia własnej „nie"przyzwoitości lub obłudy, w jaką każdy z nas obrósł. Wiadomo, każdy małym rasistą jest. Wykorzystanie w spektaklu lalek nieco łagodzi wymowę dramatycznie napiętego stosunku seksualnego, ale to bodaj jedyna tak mocna scena. W pozostałych stajemy się świadkami wielu potyczek słownych skoncentrowanych na wywołaniu efektu społecznego na Avenue Q, a zatem alei w dzielnicy o mniejszym natężeniu nowo i starobogackich. Bohaterami stali się: niedoszły przedsiębiorca, nieporadny magister, niepopularny już najsłynniejszy down, niedookreślony seksualnie bankier, niespełniona w miłości przedszkolanka, niereformowalni optymiści w związku, niedoszacowana specjalistka, czyli zakonnica w przebraniu prostytutki, miłośnik pornografii, który ratuje świat przed banalnymi rozwiązaniami. Poznajemy więc kolorową społeczność uzależniającą się powoli od pozytywnych rozwiązań, sukcesywnie otwierających się w sobie i na innych.
Anna Maria, certyfikowana wietnamska psychoterapeutka, bezowocnie poszukuje klientów, bo jak sama twierdzi – zbyt kompleksowo doradza ludziom podczas pierwszego spotkania, dlatego nie pojawiają się na kolejnym. Oczywiście jej wyobrażenia rozmijają się nieco z prawdą, choć całą sobą zaświadcza, że dobre intencje to jej znak rozpoznawczy. Edzio, małżonek spolonizowanej Wietnamki, stara się zasłużyć na miano mężczyzny swej kobiety. Piotrek S, najpopularniejszy niegdyś down pewnej produkcji serialowej, czuje, że życie ma już za sobą, ale chętnie wsłuchuje się w głos w telefonie, czekając na nowe propozycje. To on jest najwiekszym obrazoburcą, roszcząc sobie prawo do skandalicznego pewnika, iż to Jezus był najsłynniejszym downem ever. Tymczasem staje się dobrym duchem dla mieszkańców. Żaczek Przyjemniaczek nieustannie staje wobec ważkich decyzji życiowych, ale zajmuje się rozpoznawaniem własnych emocji, grzebiąc tym samym osobistą kreatywność. Katka Kudłatka wzbudza największą sympatię i mimo tego, że sierściuchem jest, ma szansę na sukces zawodowy i osobisty. Ludka Prostytutka, uwypuklając wdzięki, ostatecznie osiąga poziom tantryczny wyłącznie jako zakonnica. Maks, waginosceptyk, kulminuje historię, odkrywając karty swej przynależności seksualnej. Tomek jest towarzyszem sam dla siebie, choć przekonuje się, że wykonywanie różnych czynności może być coolowe. Kudłaty wie, co w życiu najbardziej dochodowe i nie spuszcza z tonu ani na chwilę. A Misie-Patysie harcują i mają wszystko w dup(ci). Stara kur.. ma się dobrze i dowodzi, że rzeczywistość trwa wyłącznie dzięki takim jako ona, Paniom S. A w ogóle to przedszkolaki skandują absolutnie nie na miejscu składankę związana z ruch-em. Nawiasem mówiąc – jeden wielki zbiór otwarty szaleńców, w kółko śpiewających "Do dupy być mną"!

Co tak śmieszy przez ponad dwugodzinny spektakl? Dopasowane do postaci dialogi, przemyślane językowo sytuacje sceniczne, puszczanie oka do widza, mające na celu zdystansowanie się do niego i dystansowanie jego samego do siebie samego. I tu zaczyna nie sprawdzać się powiedzenie, że Polacy śmiać się z siebie nie potrafią. Niektórzy „zalewają się" śmiechem, osiągając maksymalny poziom konfrontacji z samym sobą. Oto lalki przemawiają ludzkim głosem, a widz poddaję się presji, jaką starają się wywołać. Nie straszne gadanie o trzepaniu, nie straszne lizanie, ani pozycja dominująca. Widzowie kupują ostry dowcip, puentujący obecną rzeczywistość pornograficzno-kościelno-prymitywistycznego kraju nad niepływną Wisłą.
Cały zespół aktorski zasługuje na pochwałę, choć nie każdy aktor jednakowo. Dla mnie odkryciem była Katarzyna Wojasińska grająca Piotrka S. W całości domyślała swoją postać, grała bez skrępowania, rozkładając akcenty powierzchowności serialowego bohatera, pokazując światu, jak dobrze być downem. Przypominała bohaterkę serialu "Zmiennicy", która pozwoliła sobie być mężczyzną. Magdalena Smuk, po raz kolejny, tym razem w roli azjatyckiej „agentki" do zadań specjalistycznych, zaprezentowała najwyższy poziom przygotowania scenicznego, serwując smaki i smaczki życia mało aktywnej psycholożki. Maja Gadzińska budowała ujmująco postać Katki, nadając jej cechy wrażliwej, delikatnej istoty, która szuka w życiu zrozumienia i szczęścia, choć i przypie... też umie przez telefon. Karolina Trębacz jak zwykle imponowała potęgą głosu i atrybutami kobiety wyzwolonej, naruszając spokojność wszystkich wokół. Krzysztof Wojciechowski jako Żaczek Przyjemniaczek wiecznie zagubiony, pokazał z dużym wyczuciem scenicznym, jak niefrasobliwość może okazać się kartą przetargową w zdobyciu serca partnerki idealnej. Sasza Reznikow, kryjący się za futrem Kudłatego bawił i „rozwalał", pozwalając w pełni postaci być sobą. Wojciech Daniel ciekawie i z wyczuciem partnerował Arturowi Guzie, będąc jego prawą ręką oraz głosem w podwójnej sprawie Misi-Patysiów.

Nowy etap w dziejach Muzycznego, to również bardzo dobra praca pozostałych realizatorów. Zasługą Reni Gosławskiej jest solidne przygotowanie wokalne wszystkich aktorów. Na pochwałę zasługuje Ewa Woźniak za funkcjonalną, rozbudowaną scenografię. Urzekające prostotą i jednocześnie wyraziste, „charakterne" lalki stworzył Dariusz Panas, czym przypomniał, że teatr powinien pozwalać sobie na mnożenie postaci scenicznych. Z dużą przyjemnością przyglądałam się wizualizacjom końcowym, które przedstawiały historię zmian, jakie fizycznie odcisnęły się na poszczególnych aktorach.
"Avenue Q" to nie skandaliczna onegdaj w Gdyni „Klatka wariatek", ani obrazoburczy „South Park", ale spektakl o wysokiej dawce surrealizmu życiowego, odpowiednio piętnowanego, dojmująco sarkastycznego, co porównywać można jedynie do Monty Pythona. Nie są to również przyjemne muppety z „The Muppets Show", ale swojskie ziomale, mające nieustabilizowaną wyobraźnię i wyobrażenie o sobie. Teatr Muzyczny obalił tą produkcją wszelkie tezy o zamkniętej skali przekroczeń artystycznych, w musicalu na pewno. "Avenue Q" to po prostu hit na lata.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska
9 października 2014

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia