Legnica nosi w sobie bardzo różne historie

rozmowa z Jackiem Głombem

Rozmowa z Jackiem Głombem, dyrektorem Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy, reżyserem spektaklu "Operacja Dunaj".

Małgorzata Bryl: Piętnaście lat pracy, prężnie działająca scena, wierna publiczność i własny festiwal. Chyba dziś już można powiedzieć, że Legnica jest pana miastem. Właściwie jak to było, pan trafił do tego miasta, a może to Legnica trafiła na pana?

Jacek Głomb: Ja jestem z Tarnowa. Długi czas tam mieszkałem, nie sądząc, że trafię gdzie indziej. Cała ta wycieczka do Legnicy była splotem przypadków. Piętnaście lat temu objąłem posadę dyrektora teatru i już tam zostałem. Natomiast rzeczywiście mogę w tej chwili powiedzieć, że jest to moje miasto w takim sensie, że nie ma lepszego miasta w Polsce do uprawiania tego rodzaju teatru. Robimy teatr związany z miastem, a Legnica nosi w sobie bardzo różne historie. W związku z tym, że taki rodzaj teatru jest mi bardzo bliski, to w tej chwili nie wyobrażam sobie innego miejsca na świecie. Chyba nie ma drugiego takiego miasta, które miałoby tak pokręconą, powikłaną, dramatyczną, ale też żartobliwą historię.

M.B.: Rzeczywiście liczba powstałych przedstawień nawiązujących do tej tematyki wykształciła już cały nurt „teatru miejsca” - swoistej wizytówki teatru legnickiego w Polsce.

J.G.: Tak, nawiązujemy do tego miejsca w różny sposób. Po pierwsze robiąc przedstawienia związane z historią miasta, które nie są jednak żadnymi akademiami. Często powstają takie spektakle, które są robione w charakterze akademii. Nas to w ogóle nie interesuje. Nas ciekawią żywe opowieści. I stąd „Ballada o Zakaczawiu”, „Wschody i Zachody Miasta”, „Łemko”, a nawet „Operacja >>Dunaj<<” - choć rzeczywiście niektóre spektakle mają mocniejsze zakorzenienie, a inne słabsze. Po drugie, co może nawet ważniejsze, gramy w całym mieście. Robimy taki teatr, którego sceną jest miasto, nie tylko deklaratywnie, ale prawdziwie. W takim sensie prawdziwie, że większość swoich projektów gramy na przykład w magazynach, starym kinie „Kolejarz”, w pustych fabrykach. 

M.B: Festiwal „Miasto” realizowany przez pana teatr właśnie występuje z taką ideą.

J.G.: Tylko że wtedy zapraszamy grupy teatralne z całego świata, które grają przedstawienia w wybranych miejscach. To jest taka chęć podzielenia się pewnym dobrem, jakim jest ta twórcza przestrzeń, którą daje nam miasto.

M.B.: Własny festiwal to również pójście za pewną tendencją festiwalową. Co temu festiwalowi da wystarczającą odrębność, by został zauważony na mapie innych imprez teatralnych o dłuższym stażu? 

J.G.: Ja w ogóle nie lubię festiwali. Zdecydowanie wolę normalne życie teatralne. Kiedyś jeździło się od miasta do miasta i nie trzeba było specjalnych festiwali. To prawda – dziś jest więcej imprez niż dni w roku. Nasz pomysł natomiast miał inne korzenie, gdyż długo „broniliśmy się” przed tym festiwalem. Kiedy już uznaliśmy, że nie musimy sobie festiwalem pomagać, to zrealizowaliśmy takie przedsięwzięcie. Chodzi o to, by zachęcić też innych do eksploatowania niecodziennych pod względem teatralnym przestrzeni. Z drugiej strony ten festiwal ma również bardzo wyraźny cel społeczny ratowania tych miejsc. To oczywiście różnie wychodzi, bo władze miasta nie zawsze są przychylne takim projektom. Gdybym chciał to robić z inicjatywy teatru, to nie dałoby rady, a kiedy robię pod sztandarem festiwalu, to wszyscy kiwają głową. Okazuje się, że przez festiwal daje się więcej rzeczy załatwić.

M.B. To ważny temat, ale nie bardziej, niż pański ostatni debiut reżyserski w filmie, który niebawem wejdzie na ekrany polskich kin.

J.G.: Wytwórnia filmowa zwróciła się do nas, czy nie mamy, cytuję: „jakiegoś śmiesznego scenariusza” i zdecydowaliśmy się na „Operację >>Dunaj<<”, która jest rzeczywiście przedstawieniem najbardziej komediowym w naszym dorobku. Okazało się wtedy, że nasz wybór bardzo się spodobał i doszło do filmowej realizacji scenariusza [autorstwa Jacka Kondrackiego i Roberta Urbańskiego – przyp. red.]. Myślę, że siła tego tekstu tkwi w opowieści w nim zawartej właśnie przez tą historyczną zbitkę polsko – czeską. Liczę na zainteresowanie, ale to już ocenią widzowie. W teatrze mamy żywy kontakt z publicznością, a tutaj musimy poczekać na odbiór, ale jestem pewien, że filmowa „Operacja >>Dunaj<<” znajdzie swoich zwolenników. W Polsce jest wciąż grupa ludzi, która lubi film czeski, a to jest właśnie taki film, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Poza tym wciąż brakuje niebanalnych komedii, dominuje zaś komedia romantyczna. Gatunek komedii takich jak „C. K. Dezerterzy” odszedł do przeszłości. Chcieliśmy właśnie odwołać się do takich tradycji komediowych. Przy tym wszystkim jestem dalej człowiekiem teatru i nie wyobrażam sobie życia poza sceną. Ta półtoraroczna praca nad filmem spowodowała, że na ten czas znalazłem się poza teatrem. Stęskniłem się i dlatego teraz jestem na Gliwickich Spotkaniach Teatralnych i wracam do życia teatralnego.

M.B.: Czy ten powrót do teatru będzie tożsamy z realizacją nowego przedsięwzięcia na scenie?

J.G.: Obecnie realizujemy projekt sceniczny, który dotyczy relacji polsko-rosyjskiej, a dokładnie syberyjskiej. Mamy pomysł na miesięczne tournee na Syberii, a premiera odbędzie się 17 września na Festiwalu „Miasto” jeszcze w tym roku. Przedstawienie jest próbą zmierzenia się ze stereotypami tego, co myślą o nas Rosjanie i co my myślimy o Rosjanach. Jest to spektakl, który, moim zdaniem, może dotknąć obie strony. 

M.B.: Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę.

J.G. Dziękuję.

Rozmowa z reżyserem została przeporwadzna 12 maja 2009 roku podczas XX Gliwickich Spotkań Teatralnych.

Małgorzata Bryl-Sikorska
Dziennik Teatralny Katowice
15 maja 2009
Portrety
Jacek Głomb

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia