Legnicka bajka o dobrym blokersie

"Made in Poland", Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy

Wznowiony po kilku latach teatralny debiut Przemysława Wojcieszka "Made in Poland" przyciągnął tłumy na legnicką Scenę na Piekarach. Mimo znacznie powiększonej widowni, bilety wyprzedano na tydzień przed spektaklem. Jedni przyszli, żeby przekonać się, dlaczego przedstawienie dostało ponad 20 prestiżowych nagród teatralnych, inni aby znów zobaczyć na legnickiej scenie swoich dawnych ulubieńców - Przemysława Bluszcza i Janusza Chabiora (dziś już aktorów warszawskich).

Przede wszystkim jednak widzowie czekali na spektakl szybki, efektowny, trzymający w napięciu, ale też prosty i sentymentalny, czyli na to, co Wojcieszek potrafi robić najlepiej. I doczekali się.

W świat młodego blokersa Bogusia (Eryk Lubos) wprowadzeni zostajemy jeszcze przed wejściem do blaszanego baraku na Piekarach, który dyrektor Jacek Głomb zaadaptował na potrzeby teatru. Oto bowiem, na kilka minut przed rozpoczęciem, człowiek w granatowej bluzie z kapturem, z tatuażem „fuck off” na czole i gazrurką w dłoniach demoluje zaparkowany nieopodal budynku samochód. Z okien pobliskich wieżowców słychać przekleństwa. Sytuacja dla mieszkańców blokowiska nienowa, można by nawet rzec – codzienna. Wygląda na to, że twórcy przedstawienia starają się zatrzeć granicę między teatrem a życiem, przygotować widzów na historię „z naszego podwórka”. Szybko jednak okaże się, że z tej początkowej, tak drobiazgowo budowanej realności niewiele w przedstawieniu pozostanie. „Made in Poland” zdecydowanie nie jest prawdziwą historią o szarej, prowincjonalnej polskiej rzeczywistości – to klasyczna bajka z happy endem, opowiedziana nie po to, by dokumentować, ale aby pocieszać, dawać nadzieję, odsunąć prawdę na dalszy plan.  

W zawodach na skumulowanie jak największej ilości nieprawdopodobnych zdarzeń w jak najkrótszym czasie reżyser wygrałby z każdym, nawet wybitnie pomysłowym bajkopisarzem. Bohater Wojcieszka w ciągu dwóch dni zdąży odkryć w sobie rewolucjonistę, stracić i odzyskać wiarę, ściągnąć na siebie śmiertelne kłopoty i umknąć im, zakochać się, podążać śladami dwóch swoich „mistrzów” (księdza i nauczyciela) i na koniec jeszcze ożenić. Samemu Bogusiowi także daleko do realnego świata blokersów, przez których legniczanie wolą nie opuszczać domów po zmierzchu. Jedyne, co może łączyć z nimi bohatera, to zamiłowanie do niszczenia cudzej własności, niczym nieuargumentowany anarchizm i język daleki od wzorcowej polszczyzny. Poza tym jednak Boguś to wrażliwy, poszukujący autorytetów młodzieniec, który swoją naiwnością jest w stanie podbić serce widzów, gotowych wybaczyć mu każdy kolejny zdemolowany samochód (byle w teatrze, byle nie ich). W jego świecie niezaprzeczalnym guru jest Krzysztof Krawczyk, który nie tylko łączy pokolenia, ale i ludzi o różnym poziomie wykształcenia, czy moralności. Kto słucha Krawczyka zachowa człowiecze odruchy, bo to w jego piosenkach zawarta jest odpowiedź, której bezskutecznie poszukiwał niejeden filozof, odpowiedź na pytanie „jak żyć?”.  

O dziwo jednak ten przesadny wojcieszkowy sentymentalizm nie drażni, co najwyżej wywołuje ironiczny, chociaż wyrozumiały uśmiech. Jest coś optymistycznego i w specyficzny sposób potrzebnego w tej nieprawdopodobnej historii o złym świecie pełnym dobrych ludzi. Widocznie dorosłym także potrzebne są bajki. 

Wojcieszek broni się jednak nie tylko dzięki zamiłowaniu widowni do szczęśliwych zakończeń. Reżyser ma niewątpliwy talent trafnego dobierania aktorów do roli. „Made in Poland” warto zobaczyć wielokrotnie dla samej kreacji Janusza Chabiora, który jako Wiktor, nauczyciel i alkoholik, wznosi się na wyżyny aktorskich umiejętności. Jego postać – inteligentny i cyniczny miłośnik poezji Broniewskiego – to w pełni przekonywujące wcielenie ludzkiego upadku, symbol zmarnowanego potencjału. Mniej realistyczny, chociaż ciekawie zagrany jest główny bohater - Boguś. Chociaż trudno ukryć, że Eryk Lubos nie wygląda już jak nastolatek, to jego nadekspresyjny, energetyczny sposób gry, przypominający trochę wojenny taniec, skutecznie przykuwa uwagę. Pozostali członkowie legnickiego zespołu także dobrze radzą sobie z wymogami szybkiego,jakby filmowego scenariusza. Momentami jest wręcz naturalistycznie – leje się krew, pot i alkohol, a ciosy wymierzane przez Faziego, szefa windykatorów (Przemysław Bluszcz) wcale nie wyglądają jak udawane. Wszystko to sprawia, że przedstawienie mocno oddziałuje na zmysły i dobrze się ogląda – mimo, iż przekaz intelektualny w żaden sposób nie może zadowolić oczekiwań odbiorcy.

Katarzyna Knychalska
Dziennik Teatralny Wrocław
12 lutego 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...