Lekcja anatomii klocka

"Żółta strzała" - reż: Igor Gorzkowski- 6. Letni Festiwal Małych Form Teatralnych

Są stacyjki na biednych malowankach Nikifora - perony zawsze bez żywego ducha i tory niezmiennie puste - i jest pociąg w opowiadaniu Wiktora Plewina "Żółta Strzała".

Albo: jest pewien ciemny skład, którym w "Sanatorium Pod Klepsydrą" Bruno Schulz wiezie widma, co wciąż jeszcze udają życie, do domostwa widm już zrezygnowanych - i jest długi pojazd Plewina. 

Albo jeszcze inaczej - opozycję, a właściwie przepaść między jednym a drugim ustawiając, inaczej i lepiej, bo bliżej autora "Żółtej Strzały", bardzo blisko: otóż, jest taki pociąg, w akapitach Wieniedikta Jerofiejewa kolebiący się między Moskwą a Pietuszkami i Pietuszkami a Moskwą, pociąg i jego rezydenci, z których codziennego zdychania wte i wewte, codziennej wielokrotnej śmierci nad wszystkimi niewiarygodnymi drinkami świata Jerofiejew uczynił apologię życia - no i kolejny raz jest ta nieszczęsna napisana "Żółta Strzała", nieszczęsna, gdyż jest tylko pociągiem. A czym miała być? Znakiem, alegorią, symbolem, metaforą - czego? 

Na scenie - wagon, a raczej przekrój. Przekrój poprzeczny bądź lekcja anatomii jednego z wagonów składu, który nie ma początku ni końca, nie zatrzymuje się na żadnej stacji, sunie nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. I coś jeszcze - nie można z niego wysiąść. Ściślej mówiąc - można, ale raczej nie samodzielnie. O samobójcach się nie mówi - więc nie mówmy. Można zatem wysiąść, lecz najpierw trzeba, by tak rzec, wysiąść z życia. Wtedy współpasażerowie niepojętej podróży kocami cię owiną, do otwartego okna zawloką, rozhuśtają, z rąk wypuszczą - i tyle. Koniec twojej opowieści... 

Prawdę mówiąc, trochę mnie zmęczyła łatwość, a nawet łatwizna tego obrazka. Zmęczyłem się streszczaniem, tak jak już po dziesięciu minutach umordowało mnie wyreżyserowane na kanwie "Żółtej Strzały" przedstawienie Igora Gorzkowskiego. Bo jakie sensy tu dzwonią? Pociąg bez początku i końca jako znak wieczności? Ludzie w środku - ludzkość cała - to plankton bez znaczenia, tak jak życie każdego jest na tle nieskończoności żałosną śmiesznością? Wiedząc o tym - żyją bez większej euforii, płodzą dzieci w przedziałach, kitują kapiące dni i noce mniej bądź bardziej duperelnymi czynnościami, słowami, marzeniami na jawie, snami wreszcie? I tak dalej, dalej i dalej? Aż do dnia koców i lotu? I tylko czasem ktoś - jak ten młodzian o twarzy Syna Bożego, trochę poeta, trochę filozof, z włosami do ramion - zapyta o sens tego kolebania się - ale nikt go nie posłucha, bo kto by biednego wariata brał poważnie?... 

Dajcie spokój! Zbyt łatwiutkie są to rewelacje alegoryczne, zbyt naiwne filozofijki, wręcz przedszkolnie nieporadne. Owszem, bohaterowie - młodzian o twarzy Syna Bożego, przaśna kelnerka z wagonu restauracyjnego, jakiś siłacz, co łyżeczki łamie w zębach, jakiś wiecznie wszystkim przerażony, w gorzale gustujący samotnik, wreszcie wirtuoz ciemnych interesów - czasem w jednym, drugim albo trzecim przedziale ulepią scenkę śmieszną bądź wzruszającą, lecz rzadko - i zawsze jest to scenka godna folderu krajoznawczego "Życie ludu rosyjskiego w pojazdach kolejowych". Tylko tyle tutaj jest? 

Jeśli nawet trochę więcej, to i tak zbyt mało, by naddatek ten miał ocalić całość. Co zostaje? Po dziesięciu minutach "Żółtej Strzały" Gorzkowskiego pozostaje przez następną ponad godzinę kontemplowanie tej prawdy stareńkiej, że mianowicie nie każdy pociąg, skonstruowany w sztuce, staje się figurą mniej lub bardziej, lecz niezmiennie niechcianego, zawsze lęk budzącego, wrodzonego naszego, jakby klasyk rzekł, pociągu do życia wiecznego. Po prostu - zdarzają się składy puste. Dokumentnie. 

Nie o Gorzkowskim, a o Plewinie mówię. Cóż począć, takie, nie inne zdanka mu się w "Żółtej Strzale" przytrafiły, takie, nie inne obrazki spod pióra wyszły, takie, nie inne wzruszające banały w słowa się wcisnęły - że o ciemnych nieuchwytnościach opowieści Nikifora, Schulza czy Jerofiejewa nie ma co marzyć. A bez nieuchwytności każdy pociąg jest w istocie nieruchomy. Jak klocek udający głębię. Zwłaszcza pociąg bez początku i końca, jadący nie wiadomo skąd do nie wiadomo dokąd i nie zatrzymujący się nigdzie.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
10 sierpnia 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...