Lektura szkolna

"Straszny dwór" - reż. Laco Adamik - Opera Krakowska w Krakowie

Są spektakle, których odrzucać nie ma powodu, ale pamięć wymazuje je szybko. Takie jak "Straszny dwór" w reżyserii Laco Adamika, którego pokaz w Operze Krakowskiej wpisał się w obchody 250-lecia polskiego teatru publicznego. Premierę miał przed jedenastoma laty, teraz przedstawiono zmodyfikowaną wersję. Na spektaklu z 2004 roku byłam i wrażenia wyniosłam wówczas podobne.

Inscenizacja Adamika jest zgodna z oczekiwaniami, zwłaszcza w pierwszych dwóch aktach. Stanowi jakby uśrednioną wersję tego, co kojarzymy z hasłem "A to Moniuszko właśnie". Z drugiej jednak strony: czy nie o to w głównej mierze chodzi w tej muzycznej epopei ku pokrzepieniu serc, w której najważniejsza jest nie fabuła, lecz koloryt scen rodzajowych? A jeśli tak - reżyser wypełnił zadanie solidnie, acz bez polotu. Mocną stronę przedstawienia stanowią kostiumy Barbary Kędzierskiej - olśniewające zwłaszcza w scenie kuligu z maskaradą. Ascetyczna, z centralnym motywem brzozowym scenografia, stanowiła dla nich jedynie tło.

Jedynym w zasadzie inscenizacyjnym konceptem jest malownicze wprowadzenie ożywionych kurantowych figur Anioła i Diabła; ten pierwszy w arii Stefana Cisza dokoła będzie wygrywał na flecie słynną polonezową melodię. Nie rozumiem natomiast, dlaczego już w pierwszym akcie Anioł minie się przed "cichym domkiem modrzewiowym" ze Śmiercią. Być może jest to zwieńczenie kuriozalnej wręcz Intrady, w której przetrzebiony baon kuternóg niczym dogorywająca karuzela krąży wokół zatopionego we francuskich lekturach Damazego. Notabene komiczny potencjał tej postaci został całkowicie zaprzepaszczony - w głównej mierze przez Krzysztofa Kozarka, który wokalnie i aktorsko zaprezentował się dużo poniżej przeciętnej.

Zapowiadani jako atrakcje obsadowe Szymon Komasa (Zbigniew) i Wojciech Śmiłek (Skołuba) spełnili pokładane w nich nadzieje połowicznie. Śmiłek -doskonały w scenie z dzikiem - pozostawił pewien niedosyt w arii z zegarem, zwłaszcza jeśli chodzi o emisję dolnych rejestrów. Komasa początkowo wyraźnie przyćmiewał dźwięcznością głosu i animuszem "pana brata" Stefana (Tomasz Kuk), w drugiej połowie wieczoru oddał mu prymat, a ten doceniony został brawami zwłaszcza we wzruszająco zaśpiewanej arii z kurantem. Jednym z momentów kulminacyjnych okazała się, o dziwo, dość niewdzięczna aria Któraż to, która Hanny z czwartego aktu, a to za sprawą wirtuozowskiego wykonania Katarzyny Oleś-Blachy. Przypadł mi też do gustu kreujący Miecznika Adam Szerszeń.

Obsady dopełnili Monika Korybalska (pełna wdzięku Jadwiga), obdarzona przyjemnym mezzosopranem Małgorzata Ratajczak (Cześnikowa) i wcielający się z aktorskim zacięciem w Macieja Michał Kutnik. Kierownictwo muzyczne przejął związany dotąd z Filharmonią Opolską Bartosz Żurakowski, co nie do końca wyszło operze na dobre: wspomnę choćby o kontrowersyjnych tempach (rozwlekłe dwa pierwsze akty) i mało selektywnej, miejscami całkowicie zlewającej się magmie chóralno-orkiestrowej, co uznać należy za mankament sporego kalibru.

Słynnego mazura reżyser przesunął na koniec. Efektowny plastycznie i choreograficznie (Przemysław Śliwa), zamaszyście wykonany przez balet, stanowił efektowne zwieńczenie całości, która nie wychodzi jednak poza status lektury obowiązkowej - w szkolnym znaczeniu.

Monika Partyk
Ruch Muzyczny
1 marca 2016

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia