Lepsze dziurawe skarpetki niż chodzenie boso

"Skarpetki, opus 124" - reż. M. Englert - Teatr Telewizji

Telewizja Polska dotrzymała słowa i w poniedziałek pokazała I kolejny spektakl na żywo: "Skarpetki, opus 124" z rewelacyjnymi rolami Pszoniaka i Fronczewskiego - pisze Zbigniew Bauer w Polsce Gazecie Krakowskiej.

Mówiąc szczerze nie jest to tekst najwyższych lotów i z pewnością nie dorównuje np. "Garderobianemu" Ronalda Harwooda, a nawet "Kolacji na cztery ręce" Paula Barza - zresztą listę podobnie skonstruowanych dramatów, będących swoistym pojedynkiem osobowości dwóch, trzech postaci, można by długo konstruować. Harwood jest dramaturgiem wyspecjalizowanym w dramatach niskoobsadowych ("Herbatka u Stalina", "Kwartet"), stąd być może jego popularność w teatrach i telewizji: zapewnia świetne efekty przy stosunkowo niskich nakładach finansowych. "Skarpetki..." to sztuka Daniela Colasa, francuskiego aktora i reżysera - zapewne znanego jedynie wytrawnym smakoszom teatru i filmu. Tak długi spektakl musi emocjonalnie falować: zdarzają się w nim załamania napięcia, wywołujące znudzenie, i gdyby nie mistrzostwo obu aktorów, gdyby nie świetna reżyseria Macieja Englerta - byłaby klapa.

I jeszcze jedno do zastanowienia: czy wszystko, co sprawdza się w teatrze, z całą pewnością sprawdzi się w telewizji? Chociaż - co to znaczy: sprawdzi się? Według kryteriów ciągle jeszcze stosowanych wobec wszystkich programów telewizyjnych miarą jest tutaj liczba widzów przed ekranami. I o ile w przypadku "Boskiej", inaugurującej serię "teatrów na żywo" liczba ta wynosiła 2,7 mln, o tyle widownia "Skarpetek" była o połowę mniejsza. Telewizja zapowiada kolejną premierę (26 marca); będzie to spektakl wyreżyserowany przez Mikołaja Grabowskiego według "Dzienników" Gombrowicza. Ciekaw jestem słupków oglądalności - mimo kolejnej gwiazdorskiej obsady.

Bo filozofia tego teatru - chociaż przynosi doskonałe efekty artystyczne - oparta jest na gwiazdorstwie, świetnych aktorach umiejących uratować nawet teksty nie najwyższej próby. Jest to zatem filozofia samej telewizji, organizującej wrażliwość, a także wyobraźnię widzów wokół celebrytów. Widz teatralny i widz telewizyjny, chociaż podobni, nie są wcale tacy sami. Ten drugi ma "swoich" celebrytów i znacznie bardziej ceni aktorów serialowych niż nawet mistrzów realnej sceny. Bo kiedy TVP1 zmagała się ze "Skarpetkami.." - poważna większość widowni wybrała "M jak miłość", program Tomasza Lisa (czyli górą TVP2), film w Polsacie, "W11" i "Mentalistę" w TVN.

Wcale mnie to nie dziwi, chociaż doceniam wysiłki TVP, by zmienić nieco wizerunek tej telewizji, uznawanej za niemisyjną i "biesiadną". Nie wiem jednak, na jak długo starczy jej szefom samozaparcia; nie wiem, jak bogate są zasoby gwiazd, a przede wszystkim sztuk, które warte są pokazania w Teatrze Telewizji. I nie wiem, kiedy skończy się patrzenie na jakość, a nie na słupki oglądalności. Bo, niestety, to właśnie w tych słupkach tkwi "być albo nie być" nie tylko telewizyjnego teatru, ale TVP w ogólności.

Autor jest medioznawcą, publicystą, kulturoznawcą, profesorem UP.

Zbigniew Bauer
Polska Gazeta Krakowska
6 marca 2012

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia