Letni "Rigoletto"

"Rigoletto" - reż. Marcin Bortkiewicz - Teatr Wielki w Poznaniu

Pierwsza premiera w nowym sezonie artystycznym Teatru Wielkiego za nami. "Rigoletto" Giuseppe Verdiego wyreżyserował debiutujący w operze Marcin Bortkiewicz. Jego pomysł na operę był prosty: cofnąć "Rigoletta" do czasów średniowiecza. Nawiązał także do kina niemego lat 20. i 30. Niestety, to za mało. Ze spektaklu wyszłam z dużym niedosytem. Żal tym większy, że muzycznie był to jeden z lepszych wieczorów w Teatrze Wielkim.

Rzecz dzieje się na zamku księcia Mantui. Charakter władcy jest co najmniej wątpliwy etycznie. Jego romanse znane są w całym królestwie, a kolejne podboje miłosne pokazują, jak lekko traktuje płeć żeńską. W oko wpada mu hrabina Ceprano, której męża publicznie wyśmiewa nadworny błazen - Rigoletto. Dalsza historia nie odbiega znacznie od schematu oper romantycznych. Mamy więc dość przewidywalne zwroty akcji (książę "zakochuje się" w córce Rigoletta), punkt kulminacyjny i tragiczny finał. Konwencja operowa rządzi się swoimi prawami, od współczesnych reżyserów oczekuje się jednak, by tę ukazali w nowym świetle.

Reżyser postanowił przenieść akcję opery kilka wieków wstecz. Koncepcja ta była mało interesująca, niezbyt podbudowana fabularnie. Równie dobrze można było przenieść ją do renesansu, starożytności czy XXI wieku. Jednak to właśnie taki pomysł urodził się w głowie Bortkiewicza i naprawdę nic w tym złego. Dużą wadą jest natomiast scenografia (Paweł Dobrzycki) i kostiumy (Dorota Roqueplo) - bardzo przewidywalne, grzeczne, nie zapadające w pamięć.

Już pół godziny po rozpoczęciu opery wiadomo, że tylko wielki kontrast będzie w stanie urozmaicić ten wieczór. Zabrakło i tego. Scenografia w kolorach szarości i czerni była bardzo statyczna. Aktorzy w strojach raczej mało atrakcyjnych, nawiązujących wprost do epoki, poruszali się po scenie w sposób chaotyczny, nienawiązujący często do śpiewanych kwestii. Najbardziej irytujące były jednak momenty, w których publiczność nagradzała solistów brawami. Wówczas jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stawali nieruchomo. Oglądaliśmy więc historię w kawałkach. Całość sprawiała wrażenie niedopracowanej, wszystko było letnie - ani złe, ani dobre.

Skoro nie aktorstwo, nie scenografia i nie kostiumy, moja uwaga koncentrowała się na muzyce. Ogrom braw należy się orkiestrze pod dyrekcją Gabriela Chmury. Zespół doskonale podołał niełatwej partyturze Verdiego. Wyważona dynamika podążająca za akcją, dobra intonacja i rewelacyjne budowanie tempa. Były udane, lekkie momenty "buffo", jak i dramatyczne, gęste płaszczyzny muzyczne. Całości słuchało się z wielką przyjemnością. Także śpiewacy spisali się nad wyraz dobrze. Wyróżnić należy przede wszystkim czarującą Aleksandrę Kubas-Kruk (Gilda). Lekkość w jej głosie, techniczna brawura, a także najbardziej naturalny ruch sceniczny sprawiły, że jej postać była wyraźna, najprawdziwsza, Muzyka - choćby i najlepsza - nie udźwignie jednak całego spektaklu operowego. Niemniej gdyby nie ona, premiera w moim odczuciu zakończyłaby się fiaskiem.

Wychodząc z Teatru Wielkiego, myślałam o tym, do kogo kierowana jest pierwsza premiera sezonu. Wydaje się, że idealnym odbiorcą opery będzie osoba chcąca posłuchać pięknych arii, zachwycić się muzyką, a także taka, która nie lubi zaskoczeń, mająca raczej konserwatywne spojrzenie na sztukę. I chociaż sama doceniam współczesne interpretacje reżyserów operowych, którzy na siłę nie szukają w dawnych dziełach odniesień do współczesności, to jednak wizja Bortkiewicza jest dla mnie zwyczajnie nudna. Jego spojrzenie nie dodaje nic do historii Victora Hugo. Błazen ani nie śmieszy, ani nie wzrusza.

Aleksandra Bliźniuk
kultura.poznan.pl
19 października 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia