Liczy się ostatnie spojrzenie

"Orkiestra" - reż: Jacek Głomb - Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy

Jest połowa XX wieku. Znajdujemy się gdzieś na granicy przyszłego Dolnego Śląska. Zjeżdżamy w dół. Na samo dno kopalni w mieście, którego jeszcze nie ma. Orkiestra zaczyna grać. Jeśli zgaśnie światło - zgaśnie nadzieja. Ten spektakl ma wymiar społeczny. To jest sztuka napisania w imieniu tych wszystkich, dla których miedziowy przemysł ma wymiar ponadmaterialny

W połowie listopada legnicki Teatr im. Heleny Modrzejewskiej powrócił na nowo ze spektaklem „Orkiestra”. Przypomnijmy, że we wrześniu w Cechowni Zakładów Górniczych „Lubin” ta sztuka miała swoją premierę. Dramat napisał Krzysztof Kopka, a sztukę wyreżyserował dyrektor legnickiego teatru, Jacek Głomb. Panowie współpracowali razem już wcześniej chociażby przy słynnej „Balladzie o Zakaczawiu” czy podczas wyjazdu w trasę syberyjską legnickiej sceny. 

„Orkiestra” opowiada o czterdziestu latach kopalni lubińskiej, zarysowując nad nią tło polityczne jako sferę silnie oddziaływującą na losy poszczególnych postaci sztuki. Jej bohaterami są górnicy, którzy związani byli z tym miejscem przez całe życie. Z humorem i ciętym dialogiem płynie ten spektakl, spoufalając nas coraz bardziej z różnymi osobliwościami, jakie tutaj pracują. Z uśmiechem wspominam epizod z Krzysztofem Kieślowskim jako początkującym dokumentalistą kręcącym film o kopalni i rozmowę telefoniczną socjalistki Yvonne z towarzyszem Edwardem Gierkiem. Nad wszystkim sprawują pieczę św. Barbara i Skarbek, duch kopalni – te dwie postaci metafizyczne dopełniają figurę artystyczną przypowieści o górnikach, stanowią jak gdyby uniwersum lubińskiej opowieści.

To, co jest wielkim plusem sztuki, a widzom daje komfort oglądania, to zespół dobrze współpracujących i świetnie rozumiejących się aktorów. Przełożyło się to na historię opowiadającą o przyjaźni górników, często podszytą jednak traumatycznymi wspomnieniami, gdzie historia dogrywa swoje przeznaczenia. Na indywidualne wyróżnienie zasługuje Ewa Galusińska, która włożyła wiele serca w przygotowanie postaci francuskiej komunistki Yvonne. Precyzja, z jaką uwalnia ta aktorka z siebie poszczególne gesty i słowa, jest warta uwagi szczególnej. To postać na osobną sztukę - niespełniona i samotna repatriantka z Francji, zdradzona przez socjalistyczne ideały, umierająca w szaleństwie. A do tego niezapomniany, charakterystyczny zaśpiew w głosie, który stanowił dodatkowy instrument tej legnickiej symfonii teatralnej.

Teatr legnicki, co obserwuję już od jakiegoś czasu, stara się jak najbardziej zbliżyć do widza, pociągnąć go głęboko w środek zrozumienia estetycznego. Służy temu choreografia, niezwykle stylowa, a także umiejscowienie widowni. Widzowie umieszczeni są jakby w centrum zdarzeń, aktorzy przechodzą to z prawej, to z lewej strony. Wielka to zasługa Małgorzaty Bulandy (znanej już legnickim widzom), która dodała legnickiemu spektaklowi głębi i metaforyczności poprzez swoją koncepcję przestrzeni teatralnej. Nie sposób oderwać się od czasoprzestrzeni sztuki. Wszystko sprawia, że widz przywołuje wrażenia z pobytu w kopalni. Każde tąpnięcie towarzyszy silnym emocjom. Ciemność i czarny kolor - tak silnie dominujące w scenografii i grze oświetlenia - uwrażliwiają nas na każdy głos, kolor skóry czy muzykę mocniej niż dotychczas. Muzykę skomponował Bartek Strabużyński. Dobrze napisana do spektaklu oprawa dźwiękowa jest bezcenna. Bez niej ta opowieść wiele by utraciła na swej sile. Nie piszę tego z czysto radiowej pasji (wszak słuchowiska stanowią główny przedmiot moich badań), ale ze świadomością tego, co dostrzegli już starożytni – wystarczy przypomnieć sobie obrzędową tradycję pieśni kozła. Muzyka mówi, słowa śpiewają. I w tym rytmie, który wyznacza spektakl Kopki i Głomba można utonąć tak jak toną tu w jednej ze scen bohaterowie zalani wodą, co wybiła w kopalni czy w finałowej scenie „przeżytej” śmierci, pełnej zwycięstwa wewnętrznego. Scena, gdzie giną wszyscy przenika do wnętrza każdego z widza. Nie sposób uwolnić się od tej przenikliwej ciemności, gdzie tak łatwo wyczuwa się śmierć. Muzyka w momentach krytycznych jest personą najistotniejszą, ona jest wybuchem właśnie, eksplozją.

Nie chciałbym, aby ta sztuka odczytywana była tylko pod kątem takiego czy innego nakierowania ideologicznego. Dużo jest tu implikacji PRL-owsko – solidarnościowych i łatwo o takie oceny. Mnie nie interesuje polityka w teatrze. Teatr ma osobne miejsce w mojej świadomości, odwołuje się do sfery podświadomości i kształtuje we mnie wiedzę o człowieku. Właściwym miernikiem tego, czy spektakl jest istotny, czy nie, jest autentyzm. Jeżeli spektakl przepływa przez widza i opowiada mu o nim samym – jest wart wyróżnienia. Metaforyczna opowieść o solidarności i przyjaźni, okraszona dowcipnym dialogiem znanym już z „Ballady o Zakaczawiu” czy „Operacji Dunaj” zmierza w finale do katarktycznej pełni. W imię braterstwa wszystkie postaci ustawiają się w rzędzie tak, by wydobyć dla widza z tej opowieści akcent najważniejszy – musimy być razem. Tytułowa orkiestra to solidarność czysto ludzka, nie polityczna. Jest takie jedno spojrzenie, które przejmuje szczególnie. Paweł Palcat, który kreuje tu postać Franciszka Biedy (skomplikowanej i niejednoznacznej postaci) ostatni raz kierując swoje oczy w stronę widowni, uczynił to ze łzami. Ten widok dla mnie jest najmocniejszą puentą tej sztuki.

Janusz Łastowiecki
Dziennik Teatralny Legnica
23 listopada 2011

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...