Lisi kłopot z brakiem środka

"Lis" - reż: Piotr Tomaszuk - Białostocki Teatr Lalek

Stary wyleniały lis powie wam w teatrze rzecz ważną: - Z pustką w środku żyć się nie da. Ba, nawet umrzeć jak należy - się nie da. Wnętrze mieć trzeba. Bylejakie, byleby było.

W Białostockim Teatrze Lalek oglądać można "Lisa" - pierwszą sztukę Marty Guśniowskiej napisaną dla dorosłych, w reżyserii Piotra Tomaszuka. Na pierwszy rzut oka to jakby wariacja wokół starej i dość makabrycznej wyliczanki dla dzieci, zaczynającej się od słów: "Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki ani nogi...". Tu sprawa jednak "idzie" dalej - oto Lis któregoś dnia budzi się, jak po ciężkim kacu, i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że ktoś ukradł mu środek. Konkretnie mówiąc - wnętrze, flaki, coś czym może trawić, wydalać itp. itd. Lis widzi swoją skórę rozpiętą na stelażu, maca się po pośladkach, sprawdzając czy jeszcze są (niby tak, a jednak nie), czy może jeszcze pewne czynności życiowe wykonać... Efekt badań jest kiepski. Wygląda na to, że Lis umarł, i że ogląda siebie już z wyżyn pośmiertnych.

Co dalej? Trochę buntu, trochę złości, potem już tylko próba akceptacji stanu zastanego i odnalezienia czegoś pozytywnego w nowej rzeczywistości. Bo owszem, pozytywy można odnaleźć - choćby fakt, że po śmierci nic już nie boli, więc można np. zrobić sobie tatuaż; albo fakt, że człowiek się już nie boi, bo czego tu się bać, skoro najgorsze się już zdarzyło. Problem w tym, że gdy emocje już opadną, trzeba czymś zająć myśli, np. pobawić się nową rzeczywistością. Ale to tylko ułuda, tak naprawdę brak własnego środka, choć boleć nie powinien, to jednak boli. Lis czuje się niepełny, chce mieć własne wnętrze, jakiekolwiek, byleby było. Trudna sprawa. Tak jak ze straszliwą pustką, której człowiek doświadcza z różnych przyczyn, w różnych okresach swego życia. Próbuje ją zapełnić rozmaitymi czynnościami, zagadać, obśmiać błazeńsko, nawet się z nią zaprzyjaźnić. Nic z tego - pustka, tak jak brak wnętrza Lisa, nadal uwiera

W spektaklu BTL o rzeczach ważnych opowiada się w sposób lekki, bezpretensjonalny, żartobliwy. Finezyjny dowcip jednak wcale nie przysłania tego co istotne, wręcz przeciwnie - w spiętrzeniu absurdów, ból tu i ówdzie się pokaże, może nawet jest wyraźniejszy i bardziej ludzki.

To zasługa świetnego improwizatora, Ryszarda Dolińskiego w roli Lisa. Serwuje widzom feerię min i gestów, strzela oczami na prawo i lewo, zdaje się doskonale bawić swoją postacią. Ciekawy jest moment, gdy wstaje z łóżka, próbuje sobie przypomnieć co było wczoraj, minami odgrywa stan, w którym czujemy się jak z Picassa, gdy każda część ciała jakby nie była na swoim miejscu. To mistrzowskie momenty - zagrana niechęć do własnego samopoczucia, ale i czułość do własnego ciała, które poprzedniego dnia dość mocno się upodliło... A potem po kolei: moment niedowierzania; ja nie chcę umierać, gdzie ja jestem, bo gdzie niby lisy idą po śmierci?

Doliński ma wielką łatwość improwizacji, interakcji z widzami (tu też próbuje się komuś wcisnąć w fotel sądząc, że ta gromada przed nim siedząca, czeka w kolejce na symboliczną górę, bądź na dół). Lis w jego wykonaniu jest jurny, chamowaty, ale też i sympatyczny, bo na wskroś ludzki, tak naprawdę samotny, choć udaje, że nim nie jest. Samotność i niepewność trzeba czymś zapełnić, a z czasem, w nowej rzeczywistości pojawiają się pytania: na co umarłem? Może z głodu? To już coś, prawie jak śmierć męczeńska. A może zostałem stracony? A może podczas seksualnych swawoli?

Koło pytań zaczyna się kręcić, Lis też się nakręca. Skoro wszystko wydaje się tak banalne, to przecież można ubarwić na własny użytek. Tak oto lisi baron Munchhausen rozwija swoje talenty - wspomina liczne przygody i bujne życie erotyczne, prowadzi własną wojnę, rozgrywa bitwy. Tu wszystko jest możliwe, nawet batalion koreańców w kieszeni. Wystarczy zacząć od jakiegoś drobiazgu, a absurd goni absurd. W efekcie w spektaklu mamy trochę Jasia Fasoli (wystarczy przypomnieć sobie scenę, gdy Jaś w sklepie z zabawkami w okresie przedświątecznym rozwala zainstalowany tam żłóbek i konstruuje własną historię nowotestamentową, w której spokojnie śpiącego Jezuska atakują dinozaury.. Lis czasem Jasia przypomina). Trochę tu klimatu Kiepskich. Żarcik z Don Kichota, Hamleta i jego czaszki. Czaszki zresztą mają tu niebagatelne znaczenie - choć zwierzęce (znakomita scenografia Julii Skuratovej, w której kości, metal, ekran, slajdy znakomicie podkreślają rozdźwięk między światem duchowym a cielesnym).

Dolińskiemu na scenie towarzyszy Krzysztof Bitdorf, w roli ni to sekcyjnego pomagiera, ni to boskiego pomocnika - urzędnika, a także sam reżyser, który ma ostatnie słowo i winduje głównego bohatera tam gdzie należy (więcej jednak nie zdradzimy, by nie psuć efektu niespodzianki).

Słowo jeszcze o tekście Guśniowskiej - jest zabawny, rubaszny, ale i mądry, w sposób żartobliwy mówiący o sprawach niebagatelnych. Śmieszy niekiedy sama gra słów (Lis erotoman wygłasza kwestię: Niedźwiedzica nie tykała mnie.., choć właściwie tykała, no i któregoś dnia poczułem się dotknięty).

Słowo o muzyce Piotra Nazaruka - nienachalnie podkreśla lekkość i frywolność spektaklu.

I o finałowej scenie licytacji lisiego wnętrza - gdy Lis uświadamia sobie, że wybrzydzanie prowadzi donikąd. Wsłuchajmy się w to, co mówi. I - jakkolwiek teraz brzmi to niedorzecznie - po powrocie do domu przytulmy własny środek.

Białostocki Teatr Lalek, "Lis"; najbliższy spektakle - śr., godz. 18

Monika Zmijewska
Gazeta Wyborcza Białystok
2 marca 2010

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...