Los człowieka jest zdeterminowany

Rozmowa z Pawłem Miśkiewiczem

Przeszłość - pewien depozyt przekazywany nam przez ustępujące pokolenie stanowi bowiem pewne ograniczenie w naszym autonomicznym zdobywaniu wiedzy o świecie. Tak naprawdę tożsamość jest czymś, co się wykluwa długo, z trudem i mozolnie za cenę rozmaitych błędów życiowych i ran. Ale każdy z nas musi przez tę ścieżkę przejść sam, bo żadna wiedza o świecie starych nie przyda się młodym - mówi reżyser spektaklu.

Pański spektakl jest pewnego rodzaju traktatem o odchodzeniu i starości. Skąd taki pomysł, by na scenie pokazać właśnie starość?

- Temat starości wypierany jest nieustannie przez naszą cywilizację, w której wszyscy gonią za młodością, pieniędzmi, karierą i kolejnymi sukcesami. Uważam więc, że warto - przynajmniej w sztuce - pochylić się nad nim tym bardziej, że starość nie zawsze wygląda jednakowo. I przychodzi niespodziewanie. Sam zauważam we własnym ciele pierwsze oznaki starzenia się i jakoś muszę się z nimi uporać. Umiejętności, jakie posiadłem, będąc młody, właśnie mnie opuszczają. Wchodzę więc w pewien proces powolnego ograniczania się mojego ciała. Muszę dobrze odrobić tę lekcję zawczasu, by potem nie popaść w panikę i umieć - mimo wszystko -znajdować jakąś radość życia w czekającej starości.

Mówi Pan o tym słowami Szekspira i Becketta. Dlaczego właśnie ci dwa autorzy zainspirowali Pana do stworzenia takiej narracji?

- Twórczość Williama Szekspira wydała mi się interesującą materią do poruszenia tego problemu. Gdybyśmy mieli bowiem odrzeć „Króla Leara" ze wszelkich intryg politycznych, to pozostaje nam opowieść o tym, jak trudno być starym, ale też jakie niełatwe to zadanie towarzyszyć staremu człowiekowi w jego życiu. Bardzo ciężko jest zdać egzamin na kochającą córkę czy syna w momencie, kiedy nasi rodzice stają się coraz bardziej uciążliwi, egotyczni, zamknięci w sobie.
Beckett zaś dlatego wziął się w tej adaptacji, ponieważ jest to znakomity „poeta życia i śmierci", autor „teatru przestrogi egzystencjalnej", mówiący o tym, że „człowiek to bardzo trudne zadanie do realizacji". Nie można się pysznić będąc człowiekiem, trzeba ciągle zdawać egzamin z człowieczeństwa. Zastąpiliśmy więc drugą część „Króla Leara" walką o godność i człowieczeństwo człowieka, a sceny te są konstruowane właśnie za pomocą tekstów pochodzących ze sztuk Samuela Becketta.
Opowiadamy w tym spektaklu nie tylko o starości, lecz także o kryzysie łagodnego przekazywania kompetencji między pokoleniami. Starsi ludzie żyją coraz dłużej i są aktywni do późnych lat. Młodzi zaś bardzo lubią przedłużać swoją młodość. Zaczynają piąte studia po trzydziestce, długo nie mogą zdecydować się na wejście w stały związek, późno planują dzieci. Jakby bali się rozpocząć życie na serio i odkładali je na „potem". Zatem ów naturalny kiedyś dialog międzypokoleniowy w jakiś sposób został przez te lęki i obawy młodych utrudniony. Starzy i młodzi dzisiaj coraz mniej się rozumieją.

Jak hasło „tożsamość" jest realizowane w Pana spektaklu?

- Mówię w nim o starości, która dotyczy nas wszystkich, więc przypuszczam, że należy rozpatrywać je w kontekście kondycji człowieka i jego godności.

Przez co można konstruować swoją tożsamość?

- To nie jest łatwe zadanie. Przeszłość - pewien depozyt przekazywany nam przez ustępujące pokolenie stanowi bowiem pewne ograniczenie w naszym autonomicznym zdobywaniu wiedzy o świecie. Tak naprawdę tożsamość jest czymś, co się wykluwa długo, z trudem i mozolnie za cenę rozmaitych błędów życiowych i ran. Ale każdy z nas musi przez tę ścieżkę przejść sam, bo żadna wiedza o świecie starych nie przyda się młodym. Szczególnie w dzisiejszych, dynamicznie zmieniających się czasach, w których chyba trochę się pogubiliśmy.

Jak by Pan wytłumaczył tytuł spektaklu?

- Po pierwsze informujemy nim, że nie jest to do końca „Król Lear" Williama Szekspira. Po drugie - opowiadamy jednostkową historię starzejącego się człowieka, który na skutek starości traci władzę nad sobą i otoczeniem. Zatem szukałem dla niej tytułu, który wskazywałby na pewną przypadkowość naszych losów i głosił, że nie jesteśmy w stanie kierować swoim życiem. Niezależnie od tego, co wybierzemy, schemat życia się powtarza. Czy wyciągnę kartę wisielca, czy błazna - różnica jest minimalna. W jakimś sensie los człowieka jest z góry ustalony, zdeterminowany i realizuje się w wielkim trudzie. Jednocześnie jest w tym znoju duża uroda, jeżeli tylko potraktujemy to życie na poważnie, a nie jak uczestnicy „Warsaw shore".

Czy Pan Jerzy Trela był od początku brany pod uwagę do roli Leara?

- „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?" jest przecież również spektaklem o odchodzeniu wielkiego aktora. Zderzam go więc z młodym narybkiem. Dlatego też do realizacji przedstawienia zaprosiłem także studentów aktorstwa, którzy operują zupełnie innym niż Jerzy Trela językiem scenicznym. Chcę pokazać, jak zmienił się przez kilka dekad sposób komunikacji z widzem i uświadomić odbiorcom, jak dawny język teatralny - niestety - obumiera na naszych oczach.

Marta Kowalczyk
Gazeta Festiwalowa
18 listopada 2015

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...