Lubię teatr, który bawi i jednocześnie daje do myślenia

Rozmowa z Michaelem Ockwellem

Na pewno będę zwracał uwagę na to, jak jest realizowany zamysł reżysera od początku do końca przedstawienia. Potem zastanowię się nad tym, jak ta wizja reżysera do mnie przemawia. Wiem, jak trudne to może być, gdyż sam jestem reżyserem i zdaję sobie sprawę z tego, jak ciężko jest czasem wyjaśnić widzom własną koncepcję oraz historię, którą chcemy przekazać. Bo teatr to przede wszystkim opowiadanie historii.

Z Michaelem Ockwellem, dyrektorem naczelnym Mayflower Theatre w Southampton w Wielkiej Brytanii, jurorem podczas XVII edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje" w Katowicach.

Marta Odziomek: Czy to jest pierwsza Pańska wizyta w Polsce?

Michael Ockwell: - Jestem tu po raz drugi. Pierwszy raz byłem w Katowicach jakieś kilkanaście miesięcy temu z wizytą w Centrum Kultury Katowice, by porozmawiać o szczegółach dotyczących mojego udziału w festiwalu „Interpretacje". Byłem tu jednak na tyle krótko - raptem na dwa dni - że oprócz jednej wycieczki do kopalni soli w Wieliczce nie zdążyłem zobaczyć nic więcej. Mam nadzieję, że teraz będzie okazja, by lepiej poznać miasto. No i oczywiście polski teatr.

Dlaczego zdecydował się Pan zostać jednym z jurorów tego festiwalu?

- Pracuję w teatrze, często jeżdżę po całym świecie w poszukiwaniu świetnych spektakli, żeby sprowadzać je do Wielkiej Brytanii. Przyznam szczerze, że o polskim teatrze wiem raczej niewiele. Wizyta na festiwalu jest zatem dla mnie okazją, by przyjrzeć się, jaki rodzaj sztuki uprawiają polscy reżyserzy teatralni i jaki mają styl. Wydaje mi się bowiem, że jest on zupełnie różny od stylu, jaki panuje w teatrach na zachodzie Europy.

Jak Pan myśli, czym się różnią?

- Uważam, że teatr w Wielkiej Brytanii tkwi w konwencji naturalistycznej. Co więcej, w repertuarach nie znajdziemy zbyt wiele sztuk, które traktują o sprawach społecznych. Królują za to musicale. Im bardziej na wschód, tym bardziej teatr jest poważny. Porusza istotne problemy, z którymi ludzie muszą się zmagać tu i teraz, jak również jest miejscem, gdzie wiele mówi się o przeszłości na przykład o Holokauście, wojnach i niewoli. Oglądanie powstałych w Polsce spektakli jest więc interesującym doświadczeniem. Zastanowię się, które z nich mogłyby zostać wystawione również w Wielkiej Brytanii i zrozumiane. Poza tym, bardzo cieszę się, że mogę chłonąć tyle obcej dla mnie kultury.

Kiedy słyszy Pan słowo „Polska", to z czym się ono Panu kojarzy?

- Walka, solidarność, upór, Lech Wałęsa. Te słowa wypowiedziałby zapewne każdy Brytyjczyk, któremu zadałaby Pani to pytanie. To jest jednak myślenie o Polsce z perspektywy historycznej. Teraz czasy się zmieniły. Wielu waszych rodaków wyemigrowało na Wyspy i przeszczepiają trochę polskiej mentalności na nasz grunt. Są tam postrzegani jako ludzie ciężko pracujący, świadomi swojego postępowania, słowni. Potrafili po tylu latach zniewolenia otworzyć się na nowe doświadczenia. Jeżeli chodzi o Polaków tutaj, to bardzo podoba mi się wasza otwartość, gościnność i przyjacielskość.

Jaki rodzaj teatru pana pociąga?

- Taki, który mnie rozbawi. Jednocześnie musi być to teatr na poziomie, który wymaga ode mnie pewnego wysiłku w odbiorze. Zmusi do myślenia.

Zanim został Pan dyrektorem teatru, był Pan aktorem.

- Tak, występowałem przez pięć lat w Royal Shakespeare Company. Jednak chciałem mieć poczucie, że sam mogę kierować swoim życiem, a jako aktor kompletnie tego nie czułem. Po jakimś czasie dostałem propozycję objęcia posady dyrektora Teatru Palladium w Londynie, więc skorzystałem z tej okazji, ponieważ chciałem decydować nie tylko o swojej karierze, lecz także o tym, jakie sztuki widzowie powinni oglądać. Z aktora przekształciłem się w menedżera. W kolejnych latach pracowałem w dziesięciu teatrach na terenie Wielkiej Brytanii ucząc się sztuki zarządzania instytucjami kultury i rozwijając swoje kompetencje jako dyrektor i reżyser. Pracowałem nawet w Belfaście w Północnej Irlandii jako dyrektor Grand Opera House, największego teatru w tym regionie. Trzy lata temu zostałem dyrektorem Mayflower Theatre w Southampton. To trzeci pod względem wielkości teatr w Wielkiej Brytanii.

Co należy do Pana obowiązków?

- Moim zadaniem jest nie tylko zarządzanie tą sceną, ale także decydowanie o tym, jakie spektakle będziemy pokazywać naszej publiczności. Jak już mówiłem, wiele podróżuję po Ameryce i Europie. Ostatni byłem nawet w Bogocie w Kolumbii czy w Cape Town w RPA, żeby zobaczyć ich propozycje teatralne i ewentualnie sprowadzić je do Anglii. Tak, jestem wielkim szczęściarzem, że mogę pracować w ten sposób.

Czy wciąż Pan reżyseruje?

- Tak, oczywiście. Zwykle są to wielkie widowiska edukacyjne z udziałem młodzieży i dla młodzieży.

Czy ludzie w Wielkiej Brytanii lubią teatr?

- O tak! Teatr na Wyspach od zawsze był bardzo popularną rozrywką. Możemy pochwalić się wysoką jakością naszych narodowych produkcji, które przyciągają rzesze turystów zza granicy. Najpopularniejsze są oczywiście teatry na West Endzie, gdzie występują popularni, ale i bardzo utalentowani aktorzy. Teatr daje Brytyjczykom i rozrywkę i refleksję. Umożliwia im przeniesienie się na chwilę do innego świata, sprawia, że zapominają o swoich codziennych problemach. Wywołuje w nich emocje. Jestem dumny z faktu, że przyczyniam się moją działalnością do utrzymywania wysokiego poziomu brytyjskiego teatru, który znany jest ze swojej jakości dosłownie na całym świecie.

Wspomniał Pan o tym, że był Pan dyrektorem w operze w Belfaście. Czy teatr w Północnej Irlandii różni się od tego w Wielkiej Brytanii?

- Tak. Historia i problemy, z jakimi borykają się mieszkańcy Północnej Irlandii, konflikty, ich poczucie odrębności wynikające chociażby z tego faktu, że są katolikami, a także aktualne kwestie polityczne - to wszystko jest obecne na scenach tamtejszych teatrów. Co więcej, autorzy sztuk, którzy pochodzą z Północnej Irlandii wykorzystują specyficzne, czarne poczucie humoru, by o tym wszystkim opowiadać. Wywołują pewien dyskomfort u odbiorcy, ale trzeba przyznać, że traktują o istotnych sprawach i właśnie dlatego należy je oglądać.

Oprócz piastowania fukcji dyrektora teatru w Southampton, jest Pan także przewodniczącym organizacji Music & Lyrics i Art and the Heart, dyrektorem Dance Consortium i UK Theatre, członkiem zarządu Culture Southampton oraz Izby Handlowej w Hampshire. Musi Pan być bardzo zajęty! Rozumiem jednak, że te działania niejako łączą się ze sobą?

- Tak jestem bardzo, bardzo zajęty! Mam żonę i trójkę dzieci, z którymi czasem się widuję (śmiech!). Oczywiście żartuję. Moja żona też jest aktorką i reżyserką, więc dużo czasu spędzamy ze sobą w pracy. Moja dziewięcioletnia córka uwielbia chodzić do teatru, więc często ją tam zabieram. Wydaje mi się, że w przyszłości zostanie aktorką. Dwaj nastoletni synowie zaś interesują się przede wszystkim graniem w piłkę. Do teatru chodzą rzadko, na polecenie taty. Ale chodzą! Myślę, więc że mam bardzo udaną, wspierającą się i kochającą rodzinę.

Czym się Pan zajmuje w tych pozostałych organizacjach?

- Music & Lyrics, której przewodniczę, to grupa dwudziestu teatrów na terenie Wielkiej Brytanii, które zajmują się produkowaniem musicali. Wygląda to tak, że produkujemy jedno przedstawienie, które następnie jest pokazywane w całym Królestwie. Dance Consortium to organizacja, która zaprasza na występy tancerzy z całego świata.

Czego będzie Pan oczekiwał od spektakli konkursowych, które przyjdzie Panu ocenić na końcu?

- Mam nadzieję, że będą bardzo interesujące. Sporo się o nich naczytałem z materiałów prasowych i muszę powiedzieć, że ten konkursowy zestaw zrobił na mnie wrażenie. Na pewno będę zwracał uwagę na to, jak jest realizowany zamysł reżysera od początku do końca przedstawienia. Potem zastanowię się nad tym, jak ta wizja reżysera do mnie przemawia. Wiem, jak trudne to może być, gdyż sam jestem reżyserem i zdaję sobie sprawę z tego, jak ciężko jest czasem wyjaśnić widzom własną koncepcję oraz historię, którą chcemy przekazać. Bo teatr to przede wszystkim opowiadanie historii. Ważne więc będzie dla mnie również to, czy intencje reżyserów konkursowych spektakli są jasne i czy - mimo bariery językowej i kulturowej - zrozumiem, co chcą mi powiedzieć. Zwracał też będę uwagę na to, czy wszystkie elementy prezentowanych spektakli, jak scenografia, światło i muzyka, będą ze sobą połączone w taki sposób, by tworzyły jedną całość. To szalenie trudne zadanie. Nie mogę się już doczekać tych spektakli!

Marta Kowalczyk
Gazeta Festiwalowa
11 listopada 2015

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski