Ludzie kultury o Teatrze Nowym

Jan Klata, Ireneusz Czop, Maria Kornatowska o Zbigniewie Brzozie

Do zabiegów rodem z chińskiej rewolucji kulturalnej, praktyki pierwszego sekretarza i wrzucania granatu do teatru porównują referendum w Teatrze Nowym ludzie kultury.

Jan Klata, reżyser: 

To, co się dzieje w Teatrze Nowym za sprawą prezydenta Jerzego Kropiwnickiego, jest absolutnym kuriozum. O przyszłości sceny decydują ludzie, którzy nie mają pojęcia o pracy w teatrze i jej specyfice. Jeśli wprowadzamy do sztuki narzędzia demokratyczne, to zachowując konsekwencję, pracownicy teatru powinni w drodze głosowania decydować o tym, jaką scenografię zbuduje się do spektaklu albo w jaki sposób aktor ma wygłaszać monolog. 

W trakcie dyrekcji Zbigniewa Brzozy Teatr Nowy podniósł się zapaści. Stał się jedną z ciekawszych scen w Polsce. Co do tego nie mam wątpliwości, bo obserwuję wiele polskich teatrów. Teraz jednym gestem ten cały wysiłek artystyczny zostanie zaprzepaszczony. Urzędnicy nie wyobrażają sobie nawet, ile wysiłku kosztuje każda minuta spektaklu, ile miesięcy trzeba pracować nad jednym przedstawieniem, a tym bardziej nad kształtem artystycznym teatru. Nie mają pojęcia, jak trudno jest skompletować zespół aktorski i przyciągnąć wartościowych artystów, zwłaszcza do miejsca o tak niedobrej sławie. 

Argumenty o nieodpowiednim repertuarze czy frekwencji to zwykłe preteksty do pozbycia się człowieka. Przeraża mnie ta nieznośna lekkość niszczenia. W miejscu Nowego, który wielu zachwycał, zostanie teraz krater. Teoretycznie wszystko będzie funkcjonowało dobrze. Ludzie, którzy brali udział w referendum, będą codziennie przychodzić do pracy, dostawać pensję. Będą grane spektakle, a według urzędniczych kategorii placówka kulturalna zostanie zachowana. Ale tak naprawdę nie będzie tam niczego, dla czego warto by przychodzić. 

Ireneusz Czop, aktor Teatru Jaracza, były aktor Teatru Nowego: 

Nie można oceniać dyrektora artystycznego po jednym czy nawet dwóch sezonach. W tym czasie nie da się zbudować ani zespołu teatralnego, ani repertuaru. To jest skomplikowana, delikatna tkanka. Nie rozumiem, dlaczego dyrektorowi nie dano szansy. 

Pracowałem w Nowym za Jacka Chmielnika, Zdzisława Jaskuły, Mikołaja Grabowskiego, Kazimierza Dejmka. Pamiętam aferę z mianowaniem na stanowisko dyrektora artystycznego Grzegorza Królikiewicza po śmierci Dejmka. Teraz historia się powtarza, jakby ktoś co jakiś czas wrzucał granat do tego budynku. Możemy różnie oceniać premiery wystawione w ostatnim roku, to zależy od naszych gustów. Ale nie da się zaprzeczyć faktom, że były zrobione zawodowo, a teatr zaczął wreszcie stawać na nogi. Na spektakle przyjeżdżali aktorzy, reżyserzy, widzowie i recenzenci z całego kraju. To totalna promocja dla miasta! Ale miastu widocznie nie zależy na promocji. 

Mam do Nowego ogromny sentyment, ale gram dziś w konkurencyjnym teatrze. A dla mnie optymalną sytuacją jest, gdy konkurencja jest jak najlepsza. To jest zdrowy układ. Przez nieustanne przepychanki komfort moich kolegów z teatru jest bardzo mały. Po Polsce rozeszła się już fama, że ten teatr jest ziemią niczyją. Czy komuś znanemu będzie się chciało zatrudniać w tak w niepewnej firmie? 

Mikołaj Grabowski, dyrektor artystyczny i naczelny Starego Teatru w Krakowie, w latach 1999-2002 dyrektor artystyczny Teatru Nowego: 

To jest sytuacja przerażająca. Czy jest prawo, które mówi, że można odwołać dyrektora przez referendum? Jeśli nie ma, to jest prawo kaduka. Ten gest prezydenta Kropiwnickiego jest gestem rodem z PRL-u, kiedy pierwszy sekretarz mógł na swoim terenie zrobić to, co tylko chciał. Dla mnie to kolejna odsłona katastrofy i zarazem farsy, która rozpoczęła się, gdy prezydent Kropiwnicki zaczął ręcznie sterować teatrem. Walka przez referendum, które przez większość zespołu artystycznego jest zbojkotowane i w którym głosują przysłowiowe - nic nie mam przeciwko temu zawodowi - sprzątaczki, jest powrotem do najgorszej klasyki z minionych czasów. 

Czasy, gdy byłem dyrektorem artystycznym w Teatrze Nowym, wspominam wspaniale. Pracowałem ze znakomitym zespołem, a współpraca z ówczesnym prezydentem układała się jak najlepiej. Żałowałem, że odchodzę do Krakowa. Rok później prezydentem został Jerzy Kropiwnicki. Prawdopodobnie zrobiłby ze mną to, co ze Zbigniewem Brzozą. Już raz mnie tak wyrzucano, w 1986 r. z Teatru Słowackiego w Krakowie, bo kandydat partii czekał już w blokach startowych. 

To jest pokłosie braku porządnych ustaw dotyczących kontraktów dyrektorskich. Pracuje nad tym Unia Teatrów Polskich. Takie sytuacje będą się powtarzały, dopóki samowola samorządów lokalnych będzie całkowita. 

Podkreślam, to jest poważna sprawa zarówno dla Łodzi, która dzięki Jaraczowi i Nowemu zawsze mocno oświetlała drogę teatrowi polskiemu, jak i dla środowiska teatralnego, które postępowaniem wobec Brzozy jest oburzone. Po śmierci Dejmka nad tym pięknym budynkiem zgromadziły się chmury. I jakoś nie chcą się rozejść. Jakby wisiała nad nim klątwa. 

Maria Kornatowska, krytyk filmowy, wykładowczyni Szkoły Filmowej w Łodzi: 


Referendum, w którym pracownicy nieartystyczni odwołują dyrektora artystycznego, przypomina zabiegi z czasów chińskiej rewolucji kulturalnej. 

Wyrzucenie Brzozy to nieodżałowana strata, bo po latach do Nowego przyszła osobowość artystyczna. I coś się zaczęło dziać. Najlepszym przykładem jest spektakl "Brygada szlifierza Karhana", kawał starego dobrego teatru w awangardowym duchu. Dejmek, patron Nowego, był przedstawicielem poszukującej awangardy. Brzoza nawiązał do tej właśnie tradycji, która jakiś czas temu została w Nowym zarzucona. 

Jestem głęboko dotknięta faktem, że władze Łodzi nie potrafią zaakceptować człowieka, dzięki któremu znów zaistnieliśmy na mapie europejskiego teatru. Nie rozumiem, dlaczego miasto, które chce być Europejską Stolicą Kultury, postępuje w ten sposób.

Jędrzej Słodkowski, Monika Wasilewska
Gazeta Wyborcza Łódź
22 sierpnia 2009
Portrety
Zbigniew Brzoza

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia