Ludzie ludziom zgotowali ten los

Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

"Requiem" walijskiego kompozytora Karla Jenkinsa, które usłyszymy w piątek w Filharmonii jest apoteozą życia, które nie kończy się wraz ze śmiercią. Często właśnie ta nadzieja pozwalała ofiarom ludobójstwa wytrzymać w piekle urządzonym przez człowieka drugiemu człowiekowi.

Jenkins zaczynał swoją karierę jako oboista,  grał także na saksofonie, był jednym z założycieli brytyjskiego zespołu jazzowo-progresywnego Nucleus. Komponował muzykę do reklam (co zresztą przyniosło mu ogromny rozgłos), ale jednocześnie pisał klasyczne kompozycje i muzykę religijną z ideowym przesłaniem.  Do jego najciekawszych utworów należy m.in. antywojenna kompozycja "The Armed Man. Mass for Peace",  dedykowana ofiarom kryzysu w Kosowie, opowiadająca o dramatach, jakie niesie ze sobą wojna (premiera w 2000 roku) oraz Requiem (premiera w 2005 roku).  W piątek usłyszymy je, obok „Glorii” innego Brytyjczyka Johna Ruttera (pisze muzykę chóralną, instrumentalną, utwory religijne i inspirowane muzyką Beatlesów, dziecięce opery), w wykonaniu chórów Politechniki Białostockiej i Komendy Wojewódzkiej Policji.

 Koncert jest niezwykły, bo przygotowano go z okazji Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu i Zapobiegania Zbrodni przeciw Ludzkości. Trudno pojąć, że mimo doświadczenia Holocaustu świat wciąż nie potrafi skutecznie stawić czoła ludobójstwu i akceptacji dla tej zbrodni. Od masakry w Srebrenicy, gdzie bośniaccy Serbowie pod dowództwem Ratko Mladicia wymordowali ok. 8 tysięcy muzułmanów (Bośniaków) - upłynęło już 17 lat, a do tej pory nie zidentyfikowano wszystkich ofiar. Ludobójstwo w  Rwandzie i Darfurze też rozgrywało się na naszych oczach.

„Doświadczenie Holocaustu ma w sobie coś diabelskiego. Jak inaczej określić zabijanie Żyda tylko dlatego, że był Żydem? Jak zrozumieć świadome dążenie do poniżenia ofiar i pozbawienia ich ludzkiej godności, zanim wyda się je na całkowite unicestwienie? - napisał słynny teolog, ojciec Wacław Hryniewicz („Gazeta Wyborcza”, 7 IV).-  Holocaust był piekłem na powierzchni ziemi. Nic dziwnego, że wielu utraciło wiarę w Boga. Mówią o tym przejmujące świadectwa tych, którzy przeszli przez to piekło”.

Tyle, że to piekło zostało stworzone przez samych ludzi. Do księgarń trafiło właśnie pierwsze polskie tłumaczenie słynnej książki Hermanna Langbeina „Auschwitz przed sądem”.  Proces rozpoczęty w 1963 roku we Frankfurcie nad Menem był dla młodej Republiki Federalnej Niemiec jak trzęsienie ziemi, zmusił Niemców do konfrontacji z masowymi zbrodniami narodowego socjalizmu, a reszcie Europy pokazał, czym było Auschwitz: „masowym zabijaniem ludzi jak robactwo”.

Przed sądem we Frankfurcie stanęło w grudniu 1963 roku 20 członków załogi Auschwitz. Langbein, więzień tego obozu, przez dwadzieścia miesięcy procesu spisywał zeznania zarówno oskarżonych, jak i świadków. Słuchane wtedy i czytane dziś wywołują taki sam szok. Ludzie, których sądzono nie wyglądali na morderców. Cieszyli się w swoich środowiskach szacunkiem. Różnili się wiekiem, wykształceniem, pochodzeniem. Wydawało się, że nic nie może łączyć uczonego doktora Lucasa, statecznego kupca Roberta Mulka i nastolatka Hansa Starka. A jednak jedno mieli wspólne: brak jakichkolwiek skrupułów podczas wykonywania poleceń. Masowe zabijanie nie budziło w nich wątpliwości ani wyrzutów sumienia. Żadnych rozterek, refleksji, po prostu „banalizacja zła”, jak nazwała to Hannah Arendt. I o tym właśnie wciąż musimy pamiętać, bo jak napisał Lew Tołstoj: „zło tkwi w nas samych, to znaczy tam skąd sami możemy je usunąć”. Jeśli będziemy tego chcieli. 

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
18 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia