Luty 2019

W trzech zdaniach

Może nie jest ich tak dużo, ale niektóre osoby z naszego środowiska głoszą potrzebę powszechnego aktorskiego bojkotu telewizji publicznej, a jakąkolwiek z nią współpracę po cichu nazywają kolaboracją.

Przypomniał mi się stan wojenny i dramatyczne żale młodych aktorów (zagubionych i bezradnych wobec ówczesnego bojkotu TVP) kierowane do naszych teatralnych koryfeuszy, że brakuje im środków do życia, uciekają rolę i możliwość pokazania twarzy (sam kończyłem w tamtych latach reżyserię, a potem zostałem uznany za reprezentanta „pokolenia straconego"). Tylko, że wówczas stan wojenny został naszemu narodowi narzucony siłą przez będącą u władzy grupę komunistów, a dzisiejszy kształt telewizji to konsekwencja decyzji wyborczej tegoż narodu, której można nie akceptować, ale trzeba przyznać, że zasadniczo się różni od rozwiązania siłowego. (16.02.)
***
Reżyser „Faworyty" sięgnął po historyczne fakty z XVIII wiecznej Anglii, z okresu panowania Anny Stuart, czyniąc to z pewną dezynwolturą i daleko posuniętą dozą fantazji (co nie jest zarzutem!). Tak naprawdę film Jorgosa Lantimosa dotyka spraw ponadczasowych: walki o władzę i wpływy oraz przywołuje najbardziej obrzydliwe środki, które służą temu celowi, takie jak pochlebstwo, szantaż, kłamstwo, obmowa, intryga, wreszcie dyskredytacja i eliminacja przeciwnika, czyli reżyser mówi również o nas, o współczesnych praktykach politycznych. Być może „Faworyta" zgarnie parę Oskarów (statuetka szczególnie należy się Olivii Colman, odtwórczyni roli królowej), ale odnoszę wrażenie, że film grzeszy artystycznym nadmiarem, czegoś w nim jest za dużo, przesyt formy staje się męczący, podobnie jak perfekcjonizm jest odrobinę na pokaz: świetna dekoracja, świetne kostiumy, świetna charakteryzacja, świetne zdjęcia, świetne aktorstwo, świetna reżyseria – to wszystko trochę nuży i każe nieustannie zastanawiać się, jaką jeszcze atrakcję przygotował dla nas reżyser lub skierować pod jego adresem znany teatralny bon mot: „a może warto pozostawić trochę talentu na następne dzieła?". (18.02.)
***
Agnieszka Holland wrócił z festiwalu w Berlinie bez nagrody, co gorsza jej najnowszy film („Obywatel Jones") nie zachwycił ani krytyków, ani publiczności. Szkoda, ale zwykle coś jest za coś: przypominają mi się wybitni artyści, którzy dali się wciągnąć w politykę (choćby Holoubek, czy Kutz, ale przecież nie tylko oni!), co w znacznym stopniu ograniczało wenę i ich siły twórcze. Myślę, że ci, których Pan Bóg obdarzył wielkimi pokładami talentu powinni przede wszystkim nim dzielić się ze społeczeństwem (wg swoich zasad, oczywiście!), bo spacery po sejmowych korytarzach na ogół artystycznie zubażają, a publiczne uprawianie ideologii z pozycji aktywnego obywatela także nie pomaga procesowi kreacji, natomiast u przeciwników budzi agresję i odruch manipulacji. (19.02.)
***
Daję słowo, o „Faworycie" napisałem przed rozdaniem Oskarów, najwyraźniej moje opinie były podobne do oceny filmu dokonanej przez członków Amerykańskiej Akademii. „Zimna wojna" niestety wyjechała z Hollywood bez statuetek, co – wbrew buńczucznym początkowo zapowiedziom znawców polskiego kina – było do przewidzenia dla każdego, kto uważnie śledził światowe trendy w ocenie i nagradzaniu nominowanych filmów. O tym rozhuśtaniu emocji i oczekiwań na jakiekolwiek zwycięstwo naszych pisałem wielokrotnie, również w odniesieniu do sportu, co po sobotnich i niedzielnych skokach narciarskich przyniosło kolejne, bolesne rozczarowanie. (24.02.)
***
Zastanawiałem się czy „Panny z Wilka" w Narodowym Starym Teatrze to jeszcze Jarosław Iwaszkiewicz, czy już Agnieszka Glińska, ponieważ gazety donosiły o zmianie punktu widzenia z mężczyzny (Wiktora) na 5 tytułowych kobiet i obawiałem się, że może to wypaczyć sens oraz wymowę utworu. Ale na otwartej próbie generalnej okazało się, że nie ma to większego znaczenia, bo sceniczna wersja (podobnie jak oryginał) opowiada przede wszystkim o czasie, o przemijaniu, o ulotności wspomnień, a pani reżyser czyni to konsekwentnie i w sposób przemyślany (każąc np. siostrom patrzeć na dwóch Wiktorów: młodszego, takiego jakim został przez nie zapamiętany i starszego, takiego jakim jest po 15 latach. Powstało porządne przedstawienie, bardzo dobrze grane, choć pod tym względem wolę filmową wersję Andrzeja Wajdy, w której aktorki stworzyły niezapomniane kreacje, choć – podobnie jak u Iwaszkiewicza – ich role były nieco przedmiotowe i to one przeglądały się w oczach męskiego bohatera, Wiktora, a nie odwrotnie. (28.02.)

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
2 marca 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...