Madama Butterfly - Pani Motyl

"Madame Butterfly" - reż: Waldemar Zawodziński

Podobno w tajniki japońskiego obyczaju wprowadzała Pucciniego pani Ohayama, żona ówczesnego posła Japonii w Rzymie. Widać była dobrą nauczycielką, skoro kompozytorowi (przy wydatnej pomocy dwójki wypróbowanych przyjaciół - librecistów, czyli Luigiego Illiki i Giacoma Giacosy) udało się stworzyć jedyny w swoim rodzaju portret kochającej Japonki, o której podobno mówił, że jest jak wrażliwy, pokorny kwiat o subtelnie podniecającym zapachu. Wprawdzie "Madama Butterfly" na premierze w Mediolanie przed stu pięcioma laty została wygwizdana, ale było to tylko kolejne udowodnienie znanego ze scen operowych twierdzenia, że pierwsze klęski zmieniają się później w triumfy. Przez przeszło sto lat Cio-Cio-San niezmiennie króluje wśród bohaterek muzycznej sceny, a teatry, które sięgną po dzieło Pucciniego i wystawią je należycie, mają sukces zapewniony.

W Krakowie "Butterfly" nie gościła od dziesiątków lat, żywa natomiast wciąż jest legenda bardzo "japońskiej" inscenizacji Kazimierza Korda i Krystyny Zachwatowicz z niezrównaną Jadwigą Romańską w tytułowej roli. W miniony piątek, na scenie Opery Krakowskiej, obejrzeliśmy operę Pucciniego w reżyserii i scenografii Waldemara Zawodzińskiego, w kostiumach Marii Balcerek, z ruchem scenicznym przygotowanym przez Janinę Niesobską i pod kierownictwem muzycznym Tomasza Tokarczyka.

Spektakl towarzyszył Kongresowi Kultury Polskiej, był też otwarciem nowego sezonu artystycznego w Operze Krakowskiej. Ta inauguracja okazała się ze wszech miar udana. Po raz pierwszy mogliśmy ocenić i docenić możliwości techniczne krakowskiej sceny operowej, a choć kwiatów i lampionów było na mój gust trochę za dużo, to przecież przyszli reżyserzy i scenografowie nie będą mogli narzekać na techniczne ograniczenia ich wspaniałych wizji. Ale ad rem...

Realizatorzy "Madamy Butterfly" stworzyli wzruszający spektakl, cieszący oko i ucho. Wszyscy - bez wyjątku - obecni na scenie nie tylko pięknie śpiewali, ale i wspólnie zbudowali dobre, przekonywające widowisko teatralne. Bardzo trafne, bo nienachalne, były japońskie odniesienia w geście i sposobie poruszania się. Tu najprawdziwsza, w idealnej zgodzie z muzyką i charakterem postaci była Agnieszka Cząstka jako Suzuki. Królowała na scenie zgodnie z wymową dzieła Ewa Biegas jako Cio-Cio-San, bardzo prawdziwa w przekazie jej dramatu, świetna aktorsko i - jak zawsze - nienaganna muzycznie. Patrząc na jej Butterfly odczuwałam jednak pewien niedosyt w I akcie. Cio-Cio-San Ewy Biegas od pierwszej chwili była dojrzała i dramatyczna. Brakło mi początkowej dziewczęcości piętnastoletniej gejszy zadurzonej pierwszym uczuciem i dojrzewającej z czasem do końcowej tragedii.

Dobrą postać beztroskiego Pinkertona stworzył Pavlo Tolstoy, świetnym, zmęczonym życiem Konsulem był Mariusz Godlewski. Również Paweł Wunder jako Goro, Bogdan Kurowski - Bonzo, Krzysztof Witkowski - Yamadori, dobrze wpisali się w całość spektaklu, który miał w sobie delikatność japońskiego rysunku. Ładnie brzmiała orkiestra, równie dobrze śpiewał chór (przygotowanie - Marek Kluza).

Krakowskiej "Madamie Butterfly" wróżę zasłużone powodzenie. Tym razem widziałam tylko jedną obsadę. Przygotowano trzy, podobno bardzo różne. Oglądnę więc i pozostałe, ale to dopiero w listopadzie.

Anna Woźniakowska
Dziennik Polski
29 września 2009

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia