Mądra opowieść

"Podróże Guliwera" - reż. Jarosław Kilian - Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie

Gdy cichnie gwar na widowni, z delikatnie rozświetlającej się sceny wyłania się obrazek niczym z niegdysiejszego elementarza niezachwaszczonego jeszcze ideologią gender. Tylko że na obrazku elementarza mojego dzieciństwa była babcia opowiadająca baśnie wnuczce Ali, zaś tutaj, na scenie, jest dziadek, a wnuczka ma na imię Marysia. Jednak klimat poczucia bezpieczeństwa, ciepła i miłości domu rodzinnego jest bardzo podobny. Oczywiście materia literacka zupełnie inna. Bo dziadek to znany nam wszystkim Lemuel Guliwer z powieści Jonathana Swifta "Podróże Guliwera". Za młodu podróżnik, zwiedził krainy, o których nawet nie wiedział, że istnieją. Teraz wspomina podróżnicze przygody, opowiadając je wnuczce. Tak rozpoczyna się spektakl "Podróże Guliwera".

Przytulny klimat sceny rozmowy dziadka Guliwera (Jerzy Schejbal) z wnuczką Marysią, którą gra Weronika Stańkowska (na zmianę z innymi dziećmi), przechodzi w retrospekcję niosącą diametralnie inny nastrój. Przed nami młody Lemuel Guliwer (Maksymilian Rogacki). Jest z zawodu lekarzem, ale marzy o podróżach. Gdy kapitan Prichard (Marcin Jędrzejewski) zaproponuje mu pracę na statku, oczywiście przyjmie propozycję i tak zacznie się nowy rozdział w jego życiu: podróże w najbardziej niezwykłe miejsca na ziemi. Naturalnie, to świat fantastyki, świat wyobraźni autora powieści, którą na język teatru pomysłowo przełożył Jarosław Kilian jako autor adaptacji scenicznej i reżyser przedstawienia.

Jarosław Kilian ograniczył ilość wątków powieściowych dotyczących podróży i skoncentrował akcję spektaklu zasadniczo na dwóch najważniejszych wydarzeniach: wyprawie Guliwera do Krainy Liliputów i Krainy Olbrzymów. Dwa różne światy, ale poza dysproporcją wynikającą z wielkości i małości łączy je taki sam mechanizm funkcjonowania w nich rządzącej władzy, podległości społeczeństwa owej władzy czy postaw wręcz koniunkturalnych.

Przekładanie powieści Swifta na scenę zawsze rodzi pytanie: jak jednocześnie pokazać głównego bohatera i liliputów wielkości naparstka w stosunku do wzrostu Guliwera. Albo jak pokazać pobyt Guliwera w Krainie Olbrzymów i jego rozmowę z nimi, kiedy nasz bohater jest mniejszy od palca dłoni takiego wielkoluda. Jarosław Kilian znakomicie wykorzystał tu plan filmowy z użyciem kamer transmitujących obraz ze sceny z pomniejszoną lub powiększoną postacią Guliwera. Dzięki animacjom filmowym następuje relacja między dwoma planami, rzeczywistym (na scenie) i wirtualnym (na ekranie). Ta kombinacja jest tak zrealizowana, że nie przysparza problemów komunikatywnych. Jest czytelna w odbiorze, chodzi zwłaszcza o dzieci. Te najmłodsze reagują głównie na obraz i sytuacje sceniczne, w tym związane z muzyką i rytmem zachowań postaci. A już mniej na warstwę dialogową. Spektakl nie ma charakteru kolorowej bajeczki dla najmłodszych na dobranoc. Bo też nie taka jest powieść Swifta posiadająca tzw. drugie dno. Autor, ukazując podróże Guliwera odkrywającego nieznane mu dotąd krainy i rządzących nimi władców oraz społeczności tam zamieszkujące, obok płaszczyzny stricte fantastycznej tworzy też pewną metaforę ówczesnej sytuacji politycznej w relacjach między osiemnastowieczną Anglią i Francją. Ponadto utwór Swifta ma wymiar powiastki filozoficznej, której przesłanie jest wciąż aktualne, a mianowicie, że nic nie jest dane raz na zawsze, że to, co mamy, trzeba doceniać i pielęgnować. Taką stałą wartością są: ojczyzna, żona, dzieci, dom rodzinny, do którego Guliwer wraca po każdej podróży i który jest dla niego umocnieniem. Postać Guliwera jako dziadka opowiadającego wnuczce swoje podróżnicze odkrycia i związane z tym pouczające dla Marysi przemyślenia jest tego symbolem. Scena z dziadkiem i wnuczką pełni tu także funkcję kompozycyjną, jest klamrą otwierającą i zamykającą przedstawienie.

Przedstawienie Jarosława Kiliana jest spektaklem typowo familijnym. Ciekawie pomyślane, precyzyjnie wyreżyserowane, atrakcyjne wizualnie, skłaniające do głębszych przemyśleń i dobrze zagrane przez cały zespół. I, co ważne, nie ma tu genderowej manipulacji dziecięcą wyobraźnią, co obecnie często jawi się w spektaklach dla najmłodszych.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
6 października 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia