Magiczny Sen...

„Sen nocy letniej" - Giorgio Madia - Opera Krakowska

8go lutego przypomniałem sobie o tym, jak bardzo kocham Szekspira – pierwszy raz nie z perspektywy książek. Opera Krakowska bardzo mi w tym pomogła, przygotowując wspaniałe widowisko, którego nie zapomnę do końca życia. Ale po kolei...

„Sen nocy letniej" to przedstawienie tak piękne, tak urocze, tak magiczne i zaczarowane, że każdy przynajmniej raz powinien je zobaczyć. Już pierwsze dźwięki utworu Mendelssohna powodowały u odbiorców pewne zakłopotanie emocjonalne. Uwertura balansuje między molowymi i durowymi momentami, do tego skrzypcowy efekt „pogoni", który przywodzi na myśl wydarzenia ze lektury, a podniosłe fanfary połączone z kotłami dodają klimatu wielkiego wydarzenia na zamku – ślubu. A to wszystko przeplata się w zaledwie kilkuminutowym wstępie. Gdy muzyka daje naszej wyobraźni trochę odpocząć, na scenie pojawiają się tancerze, bardzo dużo tancerzy, aż trudno się połapać, kto jest kim. Ale przecież o to chodzi! Dwa światy – realny i fantastyczny – przeplatają się na jednej płaszczyźnie.

Następnie do wszystkich dołączył niewielki chórek kobiet śpiewających po niemiecku. Kobiety wystąpiły jeszcze niejednokrotnie, wprowadzając swoimi głosami baśniowość i przywodząc na myśl dobre wróżki. Ale jak wiemy – elfy w tym utworze nie do końca są dobre – to psotniki. Całe przedstawienie otworzył Puk (Gabriele Togni), główny sprawca wszystkich magicznych zawirowań – łamiąc barierę między sceną a widownią, wyjrzał spod kurtyny i gestem zaprosił na widowisko. Już wtedy po jego gestykulacji, mimice i sposobie bycia można było się spodziewać, że to on będzie przyczyną wszelkiego zamieszania. W całym utworze odegrał niezwykle ważną rolę, przewijał się niemal w każdej scenie, przy każdej sposobności obrzucając widownię zadziornym spojrzeniem.

Na królewskim dworze za kilka dni mają się odbyć zaślubiny Demetriusza i Hermii, która kocha z wzajemnością Lizandera, zaś do Demetriusza wzdycha jej przyjaciółka Helena. Kochankowie w tajemnicy planują ucieczkę przez las, gdzie urzędują elfy – w tym psotnik Puk, który za pomocą magicznych umiejętności planuje im pomóc, jednak dochodzi do serii omyłek. Bohaterowie (Malika Tokkozhina, Dzmitry Prokharau, Mizuki Kurosawa, Yauheni Yatskevich) zakochują się nie w tych, w których powinni, kobiety zaczynają się kłócić i wzajemnie podejrzewać o zdradę, mężczyźni nie wiedzą, czy ratować kobiety, czy o nie walczyć... ogólnie dzieje się bardzo dużo – jeden z rzemieślników-aktorów zostaje nawet oszpecony oślą głową. Ostatecznie po interwencji Króla i Królowej Elfów, Oberona i Tytanii, ład zostaje przywrócony i pary dobierają się według własnych preferencji, czego skutkiem jest widowiskowy, podwójny ślub.

Jeśli chodzi o stroje – Puk (podobnie jak reszta elfów) miał na sobie właściwie tylko bieliznę oraz dopięty do niej kawałek niebieskiego błyszczącego materiału. Również włosy pomalowane były niebieską brokatową farbą. Ta kolorystyka zachowana była w całym przedstawieniu, zaczynając właśnie od „strojów" elfów, przez długie suknie chóru, aż po światła odbijające się na sztucznym dymie. Nawet para królewska ubrana była w podobnych odcieniach, co jednakowoż uważam za duży minus, gdyż w ogóle nie odznaczała się od reszty tancerzy. Jeśli zaś chodzi o głównych bohaterów dramatu Szekspira – Hermia i Helena miały na sobie pastelowo różowe sukienki, zaś Lizander i Demetriusz odziani byli w białe dworskie stroje, na podstawie czego rzeczywiście można było odróżniać dwa światy. No i jeszcze rzemieślnicy... Ale o nich później.

Dużą rolę odegrała scenografia (Alexander J. Mudlagk). Nie była ona zbyt bogata – właściwie składała się tylko z mobilnej „alejki" żywopłotu. Tancerze co rusz manewrowali nią po całej scenie, przestawiali, przesuwali... Raz była tłem, za chwilę znowu głównym miejscem schadzki, to zaraz kryjówką przed zakochanymi w Hermii mężczyznami, to znów siedziskiem Puka. Do tego dodano sztuczną mgłę, która zapewniała aurę tajemniczości. Postacie nie zawsze były wyraźnie widoczne, czasem się w niej ukrywały. Dodatkowym elementem trochę według mnie niepasującym do kompozycji była ogromna bombka-łóżko zawieszona u sufitu. Rezydowała w nim właściwie tylko królowa, kilka razy też Puk. Poza tym przed samym ślubem fenomenalne wrażenie zrobiła masa małych przedmiotów, wyglądających jak styropianowa kulka z dołączonym na sprężynce „piórkiem". Przedmiot ten pojawiał się już wcześniej, gdy Puk robił swoje czary, jednak gdy w ogromnej ilości zostały wyrzucone na scenę, spowodowały dość nieprzyjemny hałas, tym samym – niebanalny efekt akustyczny. Następnie wśród nich swoją „solówkę" miał właśnie Puk, a potem na scenę weszli wszyscy tancerze, żeby obejrzeć sztukę rzemieślników.

Wątek ten przewijał się od samego początku. Robotnicy, chcąc upiększyć ślub, przygotowali przedstawienie pt.: „Najżałośniejsza komedia i najokrutniejsza śmierć Pyrama i Tyzbe". Odbywające się w lesie próby były prześmieszne, ale to, co zaprezentowali na ślubie, przeszło oczekiwania wszystkich (nie tylko widzów). Występują: Mur, który rozdziela kochanków, ale mogą ze sobą rozmawiać przez szparę; Lew, który uspokaja widzów, że nie jest prawdziwy i nie trzeba się go bać; bardzo upersonifikowany Księżyc, a właściwie Światło Księżyca (symboliczna latarenka trzymana w dłoni); Pyram oraz Tyzbe. Kochankowie umawiają się w lesie, Tyzbe ucieka przed lwem, gubiąc płaszcz, ten go rozszarpuje, widzi to Pyram, w amoku popełnia samobójstwo, myśląc, że lew pożarł Tyzbe, następnie to samo robi Tyzbe. Nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie fakt, że scenę tę odgrywają osoby o niższym statusie społecznym, Przez co wszystkich bawi ich nieporadność i prymitywność. Co chwilę z ust aktorów słychać było didaskalia, jak na przykład „Teraz umieram!". Widownia podzielała zdanie „wyższych sfer", wszyscy świetnie się bawili. Chyba nie skłamię, gdy powiem, że do łez. Ich gra aktorska, ta udawana oczywiście, była wspaniała, a także stroje – na przykład przebranie Muru z wydłużanymi kończynami. Widać było, że wszyscy na scenie również się świetnie bawią, nawet nie muszą udawać.

W zasadzie był to już koniec przedstawienia, nie licząc tańca nowożeńców, którym orkiestra przygrywała Marsz weselny Mendelssohna. A jeśli chodzi o sam taniec... chyba bardziej bym się skusił nazwać całe widowisko spektaklem teatralnym niż baletem. Oczywiście nie dlatego, że taniec był zły, tylko dlatego, że gra aktorska była tak dobra, wręcz genialna. Ta mimika, gesty, pewne ruchy, których w zasadzie chyba nie można już nazwać tańcem – to wszystko było na tyle świetne, że wystarczyło. Chociaż nawet dla laika widoczne były trudne, skomplikowane figury, zwłaszcza solówkach Puka i w duetach. Na pierwszy rzut oka widać, że tancerze włożyli w to niemało pracy. Jednak dla mnie na większy szacunek zasługuje ich wkład w aktorstwo. Nie można zapomnieć o „tanecznych kłótniach" zakochanych, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Mam to szczęście, że z mojego miejsca wszystko było dokładnie widoczne, więc mogłem dostrzec każdy grymas, wzruszenie rękami, nerwowe westchnienia czy zaciśnięte pięści.

Podsumowując, musisz to zobaczyć na żywo!

Artur Kozendra
Dziennik Teatralny Kraków
20 lutego 2020
Portrety
Giorgio Madia

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia