Magnetyczna uczta

"Salome" - reż. Piotr Kulczycki - Teatr Wolandejski

Za sprawą pasji oraz wysiłku młodych ludzi z Teatru Wolandejskiego zapomniana i niedoceniana tragedia Oscara Wilde\'a Salome powraca na scenę w nowej odsłonie. Choć reżyser spektaklu Piotr Kulczycki ze swym asystentem Jerzym Wierzbickim zarzekają się, że ten tekst jest przeklęty i trudny do realizacji, efekt ich pracy prezentuje się bardzo interesująco

Już w tekście sztuki przedstawiony świat jest zdegradowany, rządzony przez pożądanie, władzę i doczesność. W niewielkiej sali Domu Kultury Stokłosy wykreowana rzeczywistość zawiera wszystkie te aspekty, ale w dodatkowo spotęgowanej dawce. Twórcy postawili na uwspółcześnienie dzieła Wilde’a, które nie odbywa się poprzez zmiany treści, warstwy słownej (tu są jedynie nieznaczne pominięcia poszczególnych kwestii), lecz osadzenie opisywanych przed ponad stu laty zdarzeń w naszej codzienności. Jest to widoczne na pierwszy rzut oka dzięki scenografii, którą tworzą mury z graffiti oraz kubły na śmieci i  ich zawartość rozrzuconą wokół. Widzowie zostają zaproszeni na ucztę w posiadłości Heroda. Od pierwszych chwil towarzyszy im głos z offu, komentujący poczynania i upodobania władcy. Co przypomina sprawozdania z życia sławnych ludzi, które otrzymujemy co dzień. Ponadto z głośników dobiega muzyka klubowa, będąca punktem zaczepienia we współczesności.

W opisanej scenerii odbywa się prawdziwy dramat. Podczas jednej z wielu imprez Heroda, Salome (Joanna Krupińska) zakochuje się w proroku Jokanaanie (Jerzy Wierzbicki), który zgodnie z przyjętą konwencją jest nieskazitelnym ideowcem, kimś na kształt przywódcy ruchu studenckiego. Jego komunikaty wykrzyczane przez megafon stanowią głos rozsądku i rodzaj memento dla spaczonego stronnictwa Heroda. Jokanaan odrzuca Salome. Ten miłosny zawód staje się przyczynkiem do intrygi księżniczki, która rządna zemsty chce uśmiercić tego, kto wgardził jej szczerym uczuciem. Konsekwentnie egzekwuje od Heroda obietnicę spełnienia każdego jej życzenia w zamian za taniec w rytm szlagieru Whatever Lola wants Sarah Vaughan & Gotan Project. Fakt ten nakręca spiralę zbrodni i prowadzi do zmiany warty na szczytach władzy. Salome nie ginie, lecz zdobywa tron. Egzekucja odbywa się na Herodzie. Sami zainteresowani nie brudzą sobie rąk, mają od tego zawodowego mordercę, który eliminuje wyznaczone osoby sprawnym strzałem z pistoletu (efekty pirotechniczne!).

Reżyser wraz z asystentem chcieli przede wszystkim odejść od (niesprawiedliwego ich zdaniem) uproszczenia, jakoby Salome działała wyłącznie z niskich pobudek niezaspokojonej rządzy, łaknęła wyłącznie zemsty. W tym wydaniu tytułowa postać urasta do rangi nowego mesjasza, to jej przypada rząd dusz. Wydaje mi się, że chociaż rozwiązanie to brzmieć może ciekawie, nie znalazło niestety pełnego odzwierciedlenia na scenie. Winę za to ponosi bezbarwność wykreowanej Salome. Joanna Krupińska posiada niezły warsztat, lecz nie stworzyła nowego mesjasza, ale raczej nieustannie zagubioną, zgarbioną, zgaszoną kobietę. Na odnotowanie zasługuje bez wątpienia Jerzy Wierzbicki, grający proroka. Choć pojawia się sporadycznie, częściej wyłącznie jego głos spotęgowany przez megafon brzmi w uszach , to wyraźnie zaznacza on swoją obecność. Wie, po co znajduje się na scenie i przekonująco przedstawia walkę czystego idealisty z wiatrakami. Jednak ten wieczór należy bezdyskusyjnie do Heroda – w tej roli Stanisław Kubiak. Znakomity, obdarzył tę postać poczuciem humoru. Z lekkością od ironii i groteski przechodzi do strachu i obsesji.  Kolejny udany zabieg to zastąpienie komentarzy młodych Syryjczyków głosami z offu. Powracające komentarze do wydarzeń podtrzymują puls opowieści, działają jak antidotum.

Teatr Wolandejski znowu zaskakuje profesjonalizmem  i odwagą, by uciekać od schematów. Salome to kolejne przedstawienie bardzo przyzwoite, które budzi w widzach chęć do dyskusji, refleksje. Świat przedstawiony chyli się ku upadkowi, jest pozbawiony choćby przebłysku nadziei. Trup ściele się gęsto; jedyne, co się liczy, to władza i dobra zabawa. Ważne, by kielich wina był pełen. Wydaje się, że ta przykra konstatacja dotyczy kondycji duchowej i egzystencjalnej współczesnego świata. Nie ma w nim miejsca na prawdziwe uczucia, idee, wartości. To wizja przejmująca, która nie pozostawia widza obojętnym. Teatr Wolandejski zasługuje na to, by prócz znajomych królika na skromnej widowni zasiedli również ludzie po prostu lubiący teatr standardowy i profesjonalny w każdym calu. Warto wybrać się na Ursynów, by od pierwszych chwil poddać się magnetyzmowi Salome.

Martyna Bielińska
Teatrakcje
7 grudnia 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...