Majówka z Glennem Millerem

Wieczory w amfiteatrze - Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

Miło jest spojrzeć z góry na tłumy ludzi kołyszących się w rytm wielkich przebojów - mawiał jeden z najsłynniejszych artystów ery swingu - puzonista, aranżer i dyrygent Glenn Miller. Będzie miał tę przyjemność, jeśli 6 maja popatrzy na Amfiteatr przy Operze.

Rozkołysaniem tłumów zajmie się Big Band Opery i Filharmonii Podlaskiej, który wprawdzie nie ma jeszcze takiej długiej historii jak Orkiestra Glenna Millera (zespół powstał w ubiegłym roku z inicjatywy dyrektora Opery Roberto Skolmowskiego, tworzą go artyści związany z Operą i Filharmonią Podlaską), ale umiejętności i repertuar równie porywające. Grają, śpiewają i wyglądają tak, że nogi same ruszają do tańca. Program koncertu inauguracyjnego zbudowali z samych hitów, wspaniałych evergreenów tworzących kanon kultury popularnej XX wieku. In The Mood, Chatanooga Choo Choo czy Let’s do it wciąż zachwycają, choć bawili się przy nich nasi dziadkowie.

Najstarszy utwór, Little brown jug, pochodzi z 1869 roku, został napisany przez amerykańskiego kompozytora i wydawcę muzyki Josepha Winnera. To jego największy przebój, wykonanie zwykle budzi konsternację towarzystw do walki z alkoholizmem oraz Armii Zbawienia, ale słuchacze są zachwyceni. Piosenka o pewnej parze małżeńskiej, lubiącej rum i gin oraz małym, brązowym dzbanie, napełnionym sfermentowaną ambrozją, stała się niemal hymnem epoki prohibicji. Owszem, bohater piosenki przyznaje, że z powodu słabości do rumu nosi nędzne ubranie, ale są w życiu większe przyjemności niż garnitur od Zegny.

Little brown jug został nagrany przez Glenna Millera w 1939 roku, należał do najbardziej lubianych przebojów jego orkiestry i znalazł się w biograficznym filmie Glenn Miller Story, nakręconym w 1953, z udziałem Jamesa Stewarta. Wprawdzie mamy swoje piosenki sławiące dzbany i puchary, ale ten mały, brązowy też przyjmiemy jako znak zwycięstwa nad smutkiem.

Najmłodszy utwór to Home Michaela Bublé’a, nagrany jako singiel w 2005 roku. Do Bublé’a przylgnęło określenie „drugi Frank Sinatra”. Kanadyjczyk rzeczywiście porusza się w bardzo podobnych klimatach muzycznych, co mistrz klasycznej amerykańskiej piosenki, na dodatek – ma bardzo charakterystyczną, dość podobną do niego, barwę głosu. Na kolejnych płytach wraca do hitów sprzed dekad. Twierdzi, że „bardzo lubi śpiewać świetne piosenki. Poza tym czuje się odpowiedzialny za przekazanie młodszemu pokoleniu (ma dopiero 37 lat!) dobrej muzyki, którą robiono wiele lat temu. – Ale największe sukcesy odniosłem dzięki własnym kompozycjom. Napisałem siedem utworów, z których każdy znalazł się na szczycie listy bestsellerów – stwierdził w wywiadzie dla „Newsweeka” przed kwietniowym koncertem w Polsce. Nie przechwalał się, więc warto się tą przebojowością nacieszyć.

Ale ponieważ najprzyjemniej cieszyć się w miłym towarzystwie, Big Band postanowił słuchaczom koncertu ułatwić zacieśnienie kontaktów. W maju to zawsze szybciej następuje, szczególnie z płcią przeciwną. Już Andrzej Morsztyn zachęcał pannę Jagę, aby skoro maj rozkwitł drzewa zagrała z nim o zakład w zielone. Poeta obiecywał, że gdy przegra, podaruje pannie wisiorek z francuskiego szmelcu, ale w razie w razie wygranej dostanie od niej trzykroć gęby. Jeśli ona usłyszy piosenkę Steviego Wondera You are the sunshine of my heart i dowie się, że czujesz się jakby to był początek, /choć kochałeś ją od milionów lat, popatrzy na Ciebie równie przychylnym okiem jak panna Jaga na Morsztyna. A oto przecież na majówce chodzi.

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
5 maja 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...