Makieta

"Supernova.Rekonstrukcja" - reż: M. Wierzchowski - Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

"Supernova. Rekonstrukcja" to wehikuł czasu, pozwalający spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość i nas samych z dystansu. To interakcja dla podejmujących wyzwanie interakcji. To labiryntowa piwniczna instalacja, w której nić Ariadny snuje nasza własna wyobraźnia. To historie ludzi, które dzielą od nas jedynie białe linie na podłodze, niewidzialne ściany rodem ze wstrząsającego "Dogville" Larsa von Triera. Próby definicji można by mnożyć. Chyba w nieskończoność.

Pierwsza część wydaje się czymś na kształt performatywnego muzeum, archeologicznego wykopaliska z perspektywy prawie niewyobrażalnie odległej przyszłości. Obiektem naszego zwiedzania staje się rzeczywistość początku XXI wieku, teoretycznie tylko, jak się okazuje, znana współczesnemu widzowi, a tak naprawdę zaskakująca, absurdalna, pełna sprzeczności i mimo wszystko jakoś przy tym wszystkim urzekająca. Podróż tę odbywamy właściwie na własną rękę, każdy uczestnik („widz” w tym przypadku to już chyba niewystarczające określenie) dostaje mapę, z którą powinien odnaleźć swój skarb. W ten sposób osiągnięty zostaje efekt teatru symultanicznego, który aktywizuje widza, daje mu wolność wyboru tego, co chce zobaczyć. A zatem wyposażeni we wspomnianą mapkę, wyruszamy w drogę po piwnicznych, ogromnych labiryntach Łaźni Nowej. Ubrane w białe kombinezony postacie „z epoki” pokazują nam drogę, ale wcale nie musimy podążać za ich wskazówkami. Na pierwszy rzut oka instalacje i performanse, które oczekują na odkrycie, nie wydają się zbyt głęboko wewnętrznie ze sobą powiązane, ot, dostajemy przegląd XXI-wiecznych, selektywnie, może raczej: losowo wybranych „znalezisk”. Jedziemy tramwajem, oglądamy projekcję zatopionej Nowej Huty, słuchamy opowieści o dziwnych snach, dowiadujemy się, czym był strach (uczucie nieznane „nowym” mieszkańcom Ziemi), widzimy ewangeliczne obmywanie stóp pod postacią czyszczenia drugiemu butów. To oczywiście nie wszystko, ale nie zależy mi tutaj na katalogowym wyliczeniu każdego punktu tej podziemnej trasy. Pojedyncze epizody mają swoją wewnętrzną logikę i niejako zaprogramowany udział zwiedzających, od których zależy też po części jak potoczy się dana jednostka teatralna. Ich głównym jednak celem staje się zaprezentowanie i pośrednia, czasem bezpośrednia charakterystyka osób dramatu. Ta pozorna przypadkowość nabiera sensu w drugiej części spektaklu, w której nagle układa się w zwartą, zaskakującą całość. 

W kolejnej odsłonie uczestnik zamienia się w widza, zostaje unieruchomiony na widowni, ale wyobraźnia bynajmniej nie może spocząć na laurach i oddać się pasywnej obserwacji. Jak już wspomniałam na początku białe linie na podłodze kreślą umownie zamkniętą przestrzeń sceny. Płynność tych granic, granic pomiędzy fikcją a realnością, zostaje wymownie podkreślona, kiedy w którymś momencie ostatniej części białe taśmy z podłogi zostają gwałtownie zerwane.

Ale po kolei. Na samym początku zostajemy poinformowani, że rzecz będzie dotyczyć ocalania od zapomnienia jedyności i wyjątkowości istoty ludzkiej. Siebie. Szereg właściwie banalnych, zaludniających tyle filmowych fabuł, historii ludzi wywołanych z imienia i nazwiska jednak nas dotyka, natęża uwagę, zwłaszcza w kontekście opowieści snutych w „archeologicznych” podziemiach. Matka pracoholiczka, zagubiony mąż – nauczyciel fizyki; nawiedzona społecznica, której wszędzie pełno, „idealnie” wychowany młody człowiek, który w europejskich stolicach, wskoczywszy do największej z tamtejszych rzek, sprawdza, czy go ktoś wyłowi; bezdomny katastrofista z groteskowo-tragiczną przepowiednią na ustach: „wszak i tak zginiemy w zupie” i sprawczyni całego zamieszania – archiwistka tych wszystkich ludzkich historii, westalka ludzkiej pamięci. Prostota i naturalność, z którą aktorzy oddają lęki i obawy, radości i nadzieje, sprawiają, że poniekąd przeglądamy się w nich jak w lustrze. Ale nie jest to zwykłe lustro. W jednej chwili zaśmiewamy się do rozpuku z komicznie wykrzywionych w nim kształtów, przechodzących prawie w karykatury, żeby w następnej wytężać wzrok w poszukiwaniu szklanych odłamków zwierciadła, które czyjaś ręka rozbiła nieuważnym, nieświadomym, a może mimowolnym ruchem. 

Gdyby w tym miejscu opuszczono kurtynę, nad tymi wszystkimi zapalnikami myśli, emocji, które wręcz bulgotały na widowni, mogłabym w całości zabrać ten obraz ze sobą do domu, nic nie wykreślając. Na końcu jednak pojawił się, w moim odczuciu, zgrzyt. Przy obrysowywaniu konturów postaci na makiecie sceny nie wspomniałam o jeszcze jednym, cały czas obecnym, ale jakby na uboczu. Przy biurku z zaświeconą lampką siedzi mężczyzna. Wycina papierowe postacie i przywiesza je na trzypoziomowym stojaku, który znajduje się przed biurkiem. Uzbierało się ich całkiem sporo w czasie trwania scenicznej akcji. Jego niema, w pewnym sensie demiurgiczna osoba, przez swoje monotonne, uporczywe działanie multiplikująca historie bohaterów, intryguje i świetnie wpisuje się w strukturę ocalającej pamięci, tworzonej na scenie. W pewnym jednak momencie mężczyzna odzyskuje głos. Jego biurko postawione jest tym razem frontalnie i blisko widowni. Zza niego przemawia głos pokrzywdzonego przez los, który domaga się represji i potępia liberalizm. Polityczność jego wypowiedzi przywraca dystans, odcina nas ostro od poetyckiej wizji poprzednich scen, sprowadza na ziemię: do teatru zaangażowanego politycznie, roszczeniowego, w efekcie rozczarowującego.

Makieta pamięci stworzona w nowohuckiej Łaźni, jeśli nie pamiętać jej agitatorskiego końcowego zacięcia, mimo wszystko tchnie nadzieją, bo choćby definicji "Supernovej" było tyle, ile par oczu na widowni, to każda będzie właściwa.

Magdalena Talar
Dziennik Teatralny Kraków
3 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia