Mały Książę o wielkim sercu

"Mały Książę" - reż. Cezary Domagała - Gliwicki Teatr Muzyczny

W Gliwickim Teatrze Muzycznym odbyła sie premiera "Małego Księcia" na podstawie powieści Antoine'a de Saint-Exupery'ego. No i jestem w kropce. Powstało roztańczone (balet jak zawsze perfekcyjny) i rozśpiewane (znakomita muzyka Tomasza Bajerskiego w świetnej aranżacji mistrza Andrzeja Marko) przedstawienie, w którym każdy element z osobna jest bez zarzutu (aktorsko także świetne), ale wszystkiego jest... za dużo (zwłaszcza efektów scenograficznych). Zabrakło mocnej nici wiążącej te smakowite składniki w jedno wyborne danie. Reżyser Cezary Domagała sięgnął po "Małego Księcia" po raz trzynasty i gdybym wierzył w zabobony uznałbym, że w tym tkwi przyczyna...

Któż nie zna "Małego Księcia" i jego ucieczki przed miłością, do której nie dorósł, czyli od pięknej róży, rozkwitłej na jego planecie B-612? Kogo nie wzrusza jego prośba "narysuj mi baranka" i nie fascynują wojaże po równie maleńkich jak jego - planetach i arcyciekawe spotkania z Bankierem, Latarnikiem czy Próżnymi. Kto nie zastanawiał się: czy to dobrze oswoić Lisa, czy może jednak nie. Wiele arcyważnych pytań i wiele odpowiedzi mieści w sobie nieduża rozmiarami książeczka będąca niekwestionowanym arcydziełem światowej literatury.

"Mały Książę" (Le Petit Prince) Antoine'a de Saint-Exupery'cgo wydany w 1943 r. został przetłumaczony na ponad 270 języków i dialektów a sprzedanych egzemplarzy chyba już nie da się policzyć. Pierwszy polski przekład Marty Malickiej ukazał się już w dwa lata po zakończeniu II Wojny Światowej. Było tych przekładów na język polski aż 12! I pewnie jeszcze wiele się ukaże, ale najpopularniejsze jest tłumaczenie Jana Szwykowskiego, wielokrotnie (ponad 30 razy) wznawiane. Mam przed sobą wydanie XIII Instytutu Wydawniczego PAX z 1990 w nakładzie ponad 99 tysięcy egzemplarzy. łza się w oku kręci -jakie to wówczas bywały nakłady książek i do tego zdobycie egzemplarza wcale nie należało do łatwych. "Mały Książę" to jedyna książka Exupćry'ego, której nadał on formę baśni i Którą sam zilustrował. Te rysunki tak bardzo związane są z jej fascynującą treścią, że doprawdy nie potrafię sobie wyobrazić nowych ilustracji wykonanych ręką nawet największego mistrza.

To, że dzieci kochają "Małego Księcia" jest jasne i bezdyskusyjne. Ale za co kochają go dorośli? Uważam że za prawdy uniwersalne ukryte pod warstwą bajkowej fabuły, za całą tę filozofię przedstawioną w sposób genialnie prosty i zrozumiały. Przede wszystkim zaś za wzruszenia, za nadzieję na lepsze jutro. Ta książka nigdy się nie zestarzeje, zawsze wszak będą ludzie (może będzie ich mniej) myślący i wrażliwi, potrzebujący duchowego wsparcia.

De Saint-Exupery swoją niezwykłą książkę zadedykował swojemu przyjacielowi: Przepraszam wszystkie dzieci za poświęcenie tej książki dorosłemu. Mam ważne ku temu powody: ten dorosły jest moim najlepszym przyjacielem na świecie. Drugi powód: ten dorosły potrafi zrozumieć wszystko, nawet książki dla dzieci. Mam też trzeci powód: ten dorosły znajduje się we Francji, gdzie cierpi głód i chłód. I trzeba go pocieszyć. Jeśli te powody nie wystarczą - chętnie poświęcę tę książkę dziecku, jakim był kiedyś ten dorosły. Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Choć niewielu z nich o tym pamięta. Zmieniam więc moją dedykację: LEONOWI WERTH, gdy był małym chłopcem.

Nie potrafię zrozumieć dlaczego (stąd przywołanie na początku pechowej liczby) najbardziej doświadczony, można powiedzieć wyspecjalizowany w przenoszeniu na scenę losów Małego Księcia reżyser Cezary Domagała, mając do dyspozycji świetnych współpracowników troszkę się pogubił. Czyżby radosna, bardzo dobra choreografia Marty Domagały przeszkodziła mu w prowokowaniu widzów do wylania choćby jednej łezki - być może... Nie wiem. Oglądałem kilka przedstawień "Małego Księcia" wyreżyserowanych przez Domagałę na różnych scenach. Do dzisiaj wspominam choćby spektakl w sosnowieckim Teatrze Zagłębia. Plastycznie piękny, o niebo skromniejszy, ale jakże wzruszający. W Gliwicach Domagała nie potrafił zdecydować się co wybrać: rozbuchany musical czy spokojną baśń sceniczną, co jest ważniejsze: forma, czy jednak treść? Walczy ze sobą. No i... remisuje. Powstał ładny spektakl i tylko ładny, niestety. A szkoda.

Dość utyskiwań, bardzo tego nie lubię. Pora na pochwały dla aktorów - no bo przecież kochajmy teatr mimo wszystko, a artystów nade wszystko! Jak można nie zakochać się w pięknej Róży wykreowanej przez znakomitą jak zawsze Wiolettę Białk. Słowa uznania należą się Andrzejowi Skorupie (Pilot), nie tylko za konsekwentnie poprowadzoną rolę, ale i za znakomite partnerowanie dzieciom. To wcale nie takie łatwe zadanie. Zwinnością zadziwia Flaunnette Mafa jako Żmija. Śpiewający najładniejszą piosenkę gliwickiego spektaklu Tomasz Białek jako Lis najmocniej przyciąga uwagę i najczytelniej przekazuje treści wielkiego Autora. Dzieciom najbardziej podoba się Latarnik (Przemysław Witkowicz) i jego cyrkowe loty nad widownią. Zabawny jest Próżny w interpretacji Mikołaja Króla. Arkadiusz Dołęga jako Pijak trochę śmieszy, ale bardziej przeraża. Geograf (Marcin Włosiński) wraz z Asystentką Geografa (Mariola Wichrowska) dokonują na szczudłach istnych cudów. Ze swojego zadania wywiązują się bez zarzutu, ale o przekazie treści trudno w takich okolicznościach cokolwiek powiedzieć. Grubą kreską rysują swoje sceniczne wcielenia Michał Musioł {Król) i Przemysław Łamacz (Bankier). Wreszcie najmłodsi wykonawcy - na premierze 31 maja w rolę Małego Księcia wcielili się Paweł Wawrzyczny (akt I) i Jakub Haber (akt II). To nie był najlepszy pomysł, ale rozumiem tę decyzję. Do tej roli wybrano czterech utalentowanych chłopców, wszyscy więc powinni pokazać się premierowej publiczności. Stąd dwa przedstawienia premierowe, po jednym akcie dla każdego młodego artysty. Dzieci były świetne, choć reżyser niepotrzebnie kazał im grać na koturnie. Naturalnie dziecinni i żywiołowi byliby bardziej przekonujący. Orkiestra GTM pod batutą Krystyny Krzy-anowskiej-Łobody zasługuje na najwyższe uznanie.

Wielki Antoine Marie Jean-Baptiste Roger de Saint-Exupery to także legendarny pilot, prawdziwy pasjonat lotnictwa. W powietrze wzniósł się mając zaledwie 12 lat i potem już nie mógł żyć bez latania. Słabe zdrowie, po kolejnym wypadku i długotrwałym leczeniu w Stanach Zjednoczonych absolutnie usprawiedliwiało jego nieobecność w działaniach wojennych. Pomimo to zgłosił się do wojska i wymógł, aby skorzystano z jego ogromnego doświadczenia. Przydzielono go do lotnictwa Wolnych Francuzów. Latał w dywizjonie rozpoznawczym. 31 lipca 1944 podjął się misji fotografowania niemieckich wojsk koło Lyonu. Do bazy nie powrócił. Przez wiele lat dokładny przebieg jego ostatniego lotu nie był znany. Dopiero w 1998 r. w okolicy Marsylii rybak wyłowił z Morza Śródziemnego bransoletkę należącą do pisarza, a kawałki jego samolotu znaleziono w 2000 r. i ostatecznie zidentyfikowano w 2004 roku. Jego samolot typu F-5B Lightning został zestrzelony przez niemiecki myśliwiec. Jakże inaczej miałby odejść autor "Pilota wojennego" czy "Nocnego lotu"?

Wracając do "Małego Księcia", którego pomysł narodził się w 1941 r. w amerykańskim szpitalu, można przyjąć, że inspiracją były rozterki związane z opuszczeniem ojczyzny i wielka miłość do żony (Róża), ale można także przyjąć, że kiedy przed laty rozbił samolot na Saharze... spotkał tam Małego Księcia. Wielu ludzi w to wierzy. No i bardzo dobrze.

Witold Kociński
Śląsk
25 września 2013

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia