Mam na imię Matylda

"Matylda R. Wszyscy jesteśmy super" - DanceOFFnia Studio Działań Kreatywnych

Podobno Matylda ma idealne życie. Podobno, bo w swoim dążeniu do ideału zaczyna przypominać lalkę. Stara się udowodnić, że można być zmysłową kobietą w szarym dresie. W spektaklu ,,Matylda R. Wszyscy jesteśmy super" dwie tancerki przy pomocy tańca, muzyki i multimediów opowiadają o współczesnych kobietach i ich rolach w społeczeństwie. Temat interesujący, tym bardziej szkoda, że forma przedstawienia nie nadążała za treścią.

Pierwsza scena zapowiada intrygujący spektakl. W mgle mającej przypominać morskie fale tancerka (Karolina Garbacik) w kostiumie kąpielowym i kapeluszu ,,opala się" w świetle reflektora. W oczy od razu rzucają się jej różowe szpilki, ostatni symbol kobiecości. Choreografia w tej części spektaklu jest prosta, ale ma w sobie urok. Szum morza zaraz milknie i zastępuje go kobiecy śpiew pod prysznicem. Artystka odkłada na bok buty i kapelusz, a na kostium zakłada szary dres. Urlop na plaży okazuje się tylko marzeniem, które pojawia się co rano, kiedy tytułowa bohaterka bierze prysznic.

Tak rozpoczyna się historia ,,o życiu idealnej kobiety w nieidealnym świecie". Matylda funkcjonuje gdzieś na skraju marzeń i realności. Nie jest ani postacią fikcyjną, ani rzeczywistą, a mimo wszystko wydaje nam się, że dobrze ją znamy. Jak wiele kobiet wstaje o 6 rano, wyprawia dzieci do szkoły, pije kawę, maluje się i idzie do pracy. W firmie spotkania, stosy dokumentów i maili. Na obiad nie zdąży. Nie ma też czasu na spotkanie z przyjaciółmi, więc pisze im parę słów na facebooku. Wieczorem przebrana w szary dres ogląda film z mężem. Następnie zaczyna się kolejny dzień z takim samym schematem zadań. I wtedy pojawia się druga Matylda (Joanna Chitruszko), tyle, że w czerwonej, balowej sukni. Z twarzy nie schodzi jej uśmiech. Też wstaje rano, ale makijaż robi tylko po to, żeby dobrze się czuć, bo przecież i tak wygląda pięknie. Znajduje czas na rozmowę z ukochanym przy porannej kawie, dzięki facebookowi wie, co dzieje się u znajomych. Po pracy spędza romantyczny wieczór z mężem przy filmie. Te dwie Matyldy to jedna kobieta. Pierwsza żyje naprawdę, druga tylko w marzeniach. Realna Matylda stara się naśladować ruchy i zachowanie wytworu swojej wyobraźni, ale niedoścignione marzenie jest zawsze o krok przed nią.

W spektaklu powstałym według koncepcji Karoliny Garbacik i Lidii Marcinkowskiej aktorki poruszają się wokół dyskotekowych kul. Charakterystyczne przeplatanie narracji elementami tańczonymi, śpiewanymi i mówionymi, a także połączenie nastroju radości i smutku od razu przywołuje na myśl przedstawienia mistrzyni teatru tańca, Piny Bausch. ,,Matylda R.", podobnie jak spektakle niemieckiej choreografki, składa się z krótkich etiud dialogu i akcji. Struktura opowieści opiera się na powtórzeniach, a główną inspiracją do jej konstruowania była obserwacja rzeczywistości. Wszystkie elementy świata przedstawionego w ,,Matyldzie R." podobnie, jak u Bausch, poddano poetyzacji.

W przedstawieniu kilkakrotnie przywoływany jest problem wirtualnej rzeczywistości. Artystki słowem i ruchem z subtelną ironią kpią z perfekcyjnych facebookowych znajomych, którzy na swoich profilach uprawiają propagandę sukcesu. Zmagania ze współczesnymi realiami i z za szybko upływającym czasem świetnie widać w scenie, w której pojawia się cień zegara. Tancerka rozstawia ramiona tak, jakby to one były wskazówkami na tarczy. Chce samodzielnie odliczać sekundy, zatrzymać je, ale mimo wysiłków nie daje rady. Czas płynie, a ona zmienia tylko strój – z szarej, dresowej bluzki na kolejne i kolejne szare przebranie. Jej mechaniczne ruchy i dźwięk nakręcanego zegarka powodują, że patrzymy na nią jak na figurkę z pozytywki. Matylda staje się lalką, która tkwi w swoim idealnym świecie jak w złotej klatce. Nie jest jej łatwo wyjść ze schematu. W wyświetlonej na koniec spektaklu projekcji tancerka z zamkniętymi oczami biegnie przed siebie, szuka drzwi w białym pomieszczeniu. Nie znajduje ich, jest uwięziona w swoim dążeniu do ideału.

W przedstawieniu zabrakło jednak dramaturgii. Fabuła ,,Matyldy R." liniowo, bez żadnych ważnych i mniej ważnych momentów, zmierza do końca. Artystki chciały dużo pokazać, miały do opowiedzenia prawdziwą historię fikcyjnej postaci, ale zabrakło im wyrazistości. Matylda jest podobna do każdej kobiety, przez to nie ma żadnej cechy charakterystycznej, indywidualnej (jedyne co rzuca się w oczy, to różowe szpilki), która pozwoliłaby ten spektakl zapamiętać. W choreografii zabrakło dynamizmu, mechaniczne ruchy pozytywki pod koniec spektaklu nie wnosiły nic nowego. Typowo kobieca opowieść miała uderzyć we wszystkie tęsknoty współczesnych żon i matek, ale nie do końca to się udało. W teatrze tańca trudno jest opowiedzieć w zrozumiały sposób historię tylko za pomocą ruchu, bez dodatkowych środków, tj. światła, dźwięki, słowa. Ale nie jest to niemożliwe.

Spektakl ,,Matylda R", traktuje o ideałach: idealnym życiu, kobiecie, człowieku. Kiedy obserwujemy główną postać, pojawia się jednak pytanie, czy ideał jest wartością obiektywną? Tytułowa bohaterka mogłaby powiedzieć o sobie, że jest kobietą spełnioną, a jednak coś ją powstrzymuje. Pojawia się smutna konkluzja: nie da się być dobrą żoną, matką i kochanką w jednym.

Spektakl zaprezentowany w Centrum Kultury w Lublinie.

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Lublin
2 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia