Mam restaurację w teatrze

rozmowa z Wojciechem Malajkatem

- Gdybym był czyimkolwiek beniaminkiem, pewnie byłbym do czegoś zobowiązany Ale nie jestem. Mówię, co myślę, i już.

Kiedyś teatr był oczywistym wyborem spędzania wolnego czasu. Jak jest dzisiaj?

- Dzisiaj teatr musi bardzo pracować, żeby nie przegrać konkurencji z internetem, telewizją, możliwością podróżowania, pracy zagranicą... Robimy wszystko, żeby tego pojedynku nie przegrać - jest trudno. Ale wydaje mi się, że w części z nas jest chęć przeżycia przygody w teatrze, i właśnie na tych ludzi liczymy.

Widz się zmienił? W zalewie tandety trudniej mu wybrać coś ambitniejszego?

- Nasza przewaga polega na tym, że w teatrze dobrych rzeczy jest dużo, więc jak już człowiek przyjdzie, to nie będzie żałował.

Powiedział Pan kiedyś, że rozrywka, kojarząca się dziś z programami typu talent show i Pudełkiem, nie musi być ogłupiająca, łatwa ani przaśna.

Teatr zawsze był rozrywką, tylko w pewnym momencie zaczęliśmy ze słowem "rozrywka" obchodzić się protekcjonalnie. Dla mnie to rozerwanie ciągu wydarzeń, codzienności, która bywa dotkliwa, szara, męcząca. Rozrywka ma ten ciąg rozerwać i w to miejsce coś wstawić. Może wstawić tandetę, tani, banalny moment, a może zachęcić człowieka do myślenia, do tego, żeby coś przeżył, wzruszył się. Dla człowieka, który chodzi codziennie do taśmy produkcyjnej czy korporacji, przyjście na przedstawienie jest rozrywką. Na dobre półtorej godziny zapomni o tym, co go spotyka na co dzień. To samo w sobie jest wartością.

Niekoniecznie zapomni...

- Albo przejrzy się w tym zwierciadle, zobaczy siebie, kogoś znajomego.

Jak zmienili się młodzi aktorzy?

- Są inni. Dziesięć lat temu nie było tak wielkiej oferty życiowej, byli więc bardziej skupieni na studiach, chcieli wiedzieć więcej i szybciej. Ale inni nie będą, możemy z nimi tę konkurencję w ten sposób prowadzić, że na dwie godziny wykładu zapomną o wszystkim, będą olśnieni własną i cudzą wyobraźnią.

Czy wobec tego nie będzie tak, że ci mało skupieni studenci będą mało skupionymi aktorami, przekazującymi mniej emocji? Robię wszystko, żeby tak nie było. Zawsze jest tak, że możemy im powiedzieć, żeby wyobraźnia, którą mają czarować, była jak najbogatsza, a czy z tego korzystają, to nie wiem. Ale wysiłek trzeba podejmować.

Czy w Pana teatrze Syrena zawsze było bistro?

- Nie.

A kiedy powstało?

- Rok temu.

Po co?

- W ogóle się tego nie wstydzę. Nawet w teatrze antycznym zaraz za amfiteatrem stały stragany z jedzeniem, a często ludzie jedli w czasie przedstawienia.

Odchodzimy więc od rozumienia, że teatr to świątynia sztuki, bastion...

- Nie. To nadal świątynia, bo czy się wzruszymy, czy będziemy się śmiali, pakiet ma być najwyższej próby. Ale jeśli możemy tę szlachetną ideę połączyć w czasach, kiedy musimy zarabiać pieniądze, z działalnością komercyjną, to dlaczego nie powiększyć tego pakietu o równie szlachetne miejsce? To nie jest zwykłe bistro, tylko dobra restauracja.

Powiedział Pan kiedyś, że dyrektorzy starzeją się dwa razy szybciej.

- Kiedyś mnożyłem przez dwa, teraz już mnożę przez trzy.

Reżyserów nie paraliżuje fakt, że reżyserują dyrektora?

- Nikt mi nic takiego nie zgłaszał. Kiedy jestem aktorem, dyrektora zostawiam w gabinecie.

Aktor, dyrektor teatru i dyrektor artystyczny. Dużo tego.

Ogarnianie wszystkiego jest trudne i dlatego mnożę przez trzy. To się odbywa w co najmniej sektorach: menadżerskim, budżetowym i artystycznym. Ale też kadrowym. Boję się to głębiej analizować, bo będę musiał mnożyć przez pięć.

"Dyrektorzy zmagają się z problemami od urzędniczych po personalne, i to te najbardziej postarzają". Chodzi o ego aktorów?

- Dyrektor naczelny ma lepiej, bo po prostu organizuje. Artystyczny ma gorzej, bo ma do czynienia z ambicjami, pomysłami, wrażliwością. Wtedy trzeba czasem dyplomacji, siły sugestii, różnych użyć środków, żeby się z tymi ambicjami i ideami zmierzyć.

To zapytam wprost: aktorzy podkładają sobie świnie?

- Zdarza się tak, że komuś wydaje się, że jego ambicje są większe od ambicji innych aktorów. Wtedy pojawia się konflikt, który trzeba rozwiązać.

To jest bardziej wyczerpujące niż praca nad budżetem?

- I jedno, i drugie jest wyczerpujące. Ja jestem artystą, a przynajmniej chciałbym być, więc dla mnie zestawienia budżetowe są straszliwie męczące. Nigdy nie chciałem być dyrektorem artystycznym, czyli człowiekiem, który rozwiązuje problemy artystyczne swoich kolegów, więc to też jest dla mnie bardzo uciążliwe.

Działacze kultury narzekają na fatalną sytuację, w jakiej znajdują się stołeczne, i nie tylko, teatry.

- Na usprawiedliwienie urzędników mogę powiedzieć tylko tyle, że w żadnym z innych polskich miast nie ma aż 16 teatrów.

Może to za dużo?

- Być może. Tylko nie chciałbym się znaleźć na liście tych, które zostaną zlikwidowane. I robię wszystko, żeby tak się nie stało. Moim zdaniem to jest nieunikniona konsekwencja, końcu tak się stanie, że teatrów będzie mniej. Wtedy inne dostaną więcej i będą miały większe szansę, a reszta albo przeżyje, albo nie. Tylko że ta moneta ma dwie strony: umierające teatry będą dawały tanie hity zapełniające salę, ale już nigdy nie zagrają "Hamleta".

Nie ma powrotu?

- Moim zdaniem nie. Mnie dlatego tak trudno jest zawrócić Syrenę, bo ten teatr ma długą tradycję repertuaru muzy w podkasanej spódnicy.

Ale "Halo Szpicbródka" Pan wystawił.

- A, to proszę przyjść na ten spektakl.

A byłam.

To nowoczesny, świetny spektakl na wysokim poziomie. To rozrywka, ale poprzeczka została tu zawieszona bardzo wysoko.

W internecie jest film, na którym ciepło wypowiada się Pan o premierze: "Myślę, że to, co pozwala mi ciepło myśleć o rządzie, to to, że bezpiecznie przeprowadza nas przez szalejący kryzys". Czytał Pan komentarze pod tym?

- Nie.

"Ciekawe, ile mu zapłacili", "wszyscy aktorzy to prostytutki" - to tylko niektóre z nich. Wypowiedział się Pan w tym spocie z potrzeby wewnętrznej?

- To, że jestem artystą, nie znaczy, że nie mieszkam w tym kraju i nie wiem, co się w nim dzieje. Nikt mnie nie trzyma pod żadnym kloszem. Gdybym był beniaminkiem czyimkolwiek i żył sobie w cieplarni, to pewnie byłbym do czegoś zobowiązany. Ale nie jestem. Chyba w ogóle już nie ma takich układów. Wiem, ile co kosztuje w tym kraju, boli mnie to, że dzieci są coraz gorzej edukowane. Wszystko, co robię, robię, jak należy, więc jeśli ktoś mnie pyta, czy premier mi odpowiada, i jeśli taka jest moja ocena, to się z nią dzielę.

A nie obawiał się Pan etykietki pieszczocha władzy?

- Od Pani dowiedziałem się, że ten film jest na YouTube. To, że

o tym nie wiedziałem, świadczy o tym, że nie obawiałem się. Po czyjejkolwiek stronie bym się wypowiedział, komentarze za każdym razem mogłyby być jakieś, bo wobec mnie, osoby publicznej, oceny będą zawsze bardziej krytyczne i ostrzej wypowiadane. Mówię to, co myślę, i już. Gdybym się opowiedział się za Andrzejem Burakowskim, to pewnie dostałoby mi się od pana Ćwikły.

Pytam o to, bo poprzednia dyrektor Syreny Barbara Borys- Damięcka jest senatorem PO. Przypadek?

- Nie mam żadnych asocjacji. Ja nie jestem w żadnym klubie.

Absolutna wolność?

- Tak. To chyba widać. Zresztą wydaje mi się, że w teatrze natychmiast widać, jak ktoś robi coś pod dyktando. Zawsze ktoś coś komuś załatwi, a potem będzie żądał zapłaty.

Trudno się nie poddać?

- Na mnie nikt nigdy nie wywierał presji. Gdyby tak było, że ktoś chciałby na mnie wywierać presję artystyczną, bo politycznej nie może, to ja bym sobie z tym nie poradził. Wycofałbym się. Wiem, że takie deklaracje są puste, ale tak jest. Ktoś mnie może w każdej chwili rozliczyć z tego, co mówię.

Wojciech Malajkat (50 l.)- aktor teatralny i filmowy oraz reżyser. Profesor sztuki teatralnej. Pedagog w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Nagrał przed 5 laty wraz z Grzegorzem Turnauem album "Kruchy świat, kruche szkło" z piosenkami do słów Gałczyńskiego.

Anna J. Dudek
Polska Gazeta Krakowska
19 września 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia