Manifest formy

"Fedra" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Narodowy w Warszawie

Spektakl Kleczewskiej nie stawia pytań o słuszność zasad i granice ich przestrzegania - jak czyni to oryginalny tekst starożytnego dramatu. Ci, dla których teatr polega na przeżywaniu treści, nie potrafiliby docenić "Fedry" w reżyserii Mai Kleczewskiej. Podobnie jak uniemożliwia to przywiązanie do teatru tradycyjnego. Ten spektakl wydaje się być próbą realizacji jednego z celów Teatru Narodowego, sformułowanych przez dyrektora, Jana Englerta: nowe odczytanie klasycznych dzieł.

W tym wypadku uwspółcześnienie polega głównie na zabawie formą. Wprawdzie zabieg na oryginalnym tekście dramatu - pociętym i wplecionym we współczesne dialogi - sugerowałby chęć znalezienia w tragedii mitycznej królowej nowych, aktualnych wątków. To jednak, co zostaje w pamięci po opuszczeniu widowni przy Wierzbowej, nie jest refleksją nad naturą człowieka, tylko nad sposobami jej wyrażania.

Mityczna Fedra to królowa zakochana w swym pasierbie. W greckiej tragedii o tym tytule główna bohaterka, kobieta szlachetna, zmaga się z zakazanymi pragnieniami, miotając się między miłością, tęsknotą serca, a poczuciem wstydu, lęku, bezsilności. Tymczasem głównym uczuciem, z którym zmaga się postać grana przez Danutę Stenkę, jest wyrachowana, erotyczna żądza. Spragniona cielesnego kontaktu z synem męża wije się z pożądania, opowiadając o swoich erotycznych fantazjach. Trudno tu mówić o drugim dnie czy o wewnętrznym konflikcie. Główny problem Fedry w wydaniu Kleczewskiej to erotyczna oziębłość jej młodocianego wybranka. Dlatego w tym spektaklu nie ma do przeżywania zbyt wiele treści – za to przeżywać można jego formę. Właściwa nowoczesności płynność czasoprzestrzeni, interferencja różnych jej wymiarów, brak jednej, spójnej idei, jaka kierowałaby całością, ulotność, chwilowość, fragmentaryczność, wizualny i mentalny chaos – taki reżyserka znajduje kontekst dla prozaicznej opowieści o bezwstydnej macosze i jej nieczułym oblubieńcu.

Spoiwem dla tych różnych, oderwanych elementów, miejscem, gdzie starodawny dwór królewski współistnieje z postaciami epoki techno, rapu, MP3, czyni Kleczewska psychiatryk – tak jak zresztą w późniejszej swojej sztuce – „Marat/Sade”. Może nie najlepiej, gdy twórca się powtarza, ale kiedy chce się znaleźć racjonalną przestrzeń dla nieracjonalnych wydarzeń – trudno o lepsze miejsce. Jeszcze nadałby się teatr – ale po cóż teatr w teatrze? Może to wszystko wytwory fantazji pacjentów, może ich zabawy? Rolę „wodzirejki” bierze na siebie młoda, elegancko, acz kuso odziana dziewczyna, znudzona ponurą atmosferą miejsca. Potem „ożywają” kolejni pacjenci, inicjując następne epizody, a w międzyczasie swoje sceny odgrywa rozbudzona erotycznie kobieta w czerwonej sukni – Fedra. Kres temu chaosowi ma położyć król, zapadły w śpiączkę, po czym uznany za zmarłego. Zaanonsowany nie budzącym niczyjego zdziwienia, wypowiedzianym tak zwyczajnie, jak krótka informacja o czyimś powrocie z wycieczki, zawołaniem „wodzirejki”: Słuchajcie, Król zmartwychwstał!

Wszystko, co dzieje się w tej wierzchniej warstwie, przyciąga uwagę i skłania do poszukiwania znaczeń, stawiania pytań. Widz, ustawicznie wytrącany z równowagi, ma tu kontakt z żywym, pulsującym teatrem, który nie udaje rzeczywistości, lecz stara się ją przedstawić poprzez sztuczne nagromadzenie sprzecznych ze sobą fragmentów. Napięcie wywołane współistnieniem zdarzeń i postaci, które znoszą się nawzajem, stanowi o dramaturgii widowiska, odsuwając na dalszy plan losy Fedry, jej męża i dworu. Dajemy się ponieść nastrojom, obrazom, które zmieniają się jak w kalejdoskopie, zaczepione jedynie o historię Fedry, a nie zakorzenione w jej fabule. Tę spójną niespójność burzy jedynie osoba króla. Jan Englert nie mówi, tylko głosi na sposób holoubkowski, całkowicie rozmijając się z lekką, nowoczesną, konwencją. Gdybym choć nie rozpoznawała w nim Poety z „Nie-Boskiej komedii” i innych kreacji aktora, może łatwiej byłoby mi przymknąć oko na tę anachroniczną skłonność do patetyczności z obowiązkową, opadającą intonacją na końcu każdego zdania. Na dodatek monologi Englerta wydały mi się zwyczajnie nudne.

Doceniam przedstawienie Kleczewskiej, choć uznaję również zdanie innych recenzentów, krytykujących Fedrę za brak głębi, wyuzdanie, ordynarność. Spektakl nie stawia pytań o słuszność zasad i granice ich przestrzegania – jak czyni to oryginalny tekst starożytnego dramatu. Spełnia za to swoją rolę jako obraz rzeczywistości naszych czasów, a zarazem jako demonstracja teatralności, współczesny manifest teatru - formy otwartej, chłonnej, dającej znacznie większe możliwości niż iluzja i reprodukcja.

Wioletta Wysocka
ksiazeizebrak.pl
2 marca 2011

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki