Manifest nie-liryczny

"Scenariusz dla nieistniejącego..." - reż. Jan Peszek - Teatr Słowackiego w Krakowie

W trzecią niedzielę października 2011 r. mieszkańcy Gdyni mieli możliwość obejrzenia, ale przede wszystkim wysłuchania, w Teatrze Miejskim w Gdyni, wykładu akademickiego o sztuce współczesnej, o wyobcowaniu współczesnego artysty, czyli "Scenariusza dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego" Spektakl miał swoją prapremierę 35 lat temu - do pełnego jubileuszu zostało kilka dni - i tak od 1976 r. Jan Peszek gra tę rolę

Ze "Scenariuszem..." bez przerwy jeździ za granicę, nie ma miesiąca, by parokrotnie nie wystąpił w kraju. Grał go w tak niespodziewanych miejscach, jak na przykład lubelska piwnica, w której ledwie się prostował, w pałacu Związku Kompozytorów Armeńskich w Erewaniu, Kieleckim Centrum Kultury, Akademii Sztuk w Mexico City, Zabytkowej Kopalni Węgla Kamiennego "Guido" w Zabrzu, na lotnisku i na klepisku. Aktor pokazał monodram ponad 2 tysiące razy. Relacji i recenzji napisano drugie tyle. Wobec tego, idąc na spektakl, można był zakładać, że artysta nie ma zbyt wiele do powiedzenia.

Spektakl rozpoczyna się od wyjścia na scenę eleganckiego, starszego pana w garniturze trzyrzędowym, który grzeczne wita widownię i z pełną powagą, w tonie akademickim, rozprawia na temat kondycji sztuki. Jednak już chwilę później, nie przerywając monologu, aktor rozsiada się szeroko, po chłopsku i zachłannie zajada jabłko, i dalej mówi - z ustami wypełnionymi jabłkiem - przez co wykład przestaje być zrozumiały. W tej scenie czynność zwyczajna zamienia filozoficzny wykład w bełkot. Nieco później, ton powagi zderza się z fizjologią, jaką demonstruje grany przez Peszka - Karol. I tak intelektualista marzy o idealnej sztuce i jednocześnie przebywa z prymitywnym Karolem. Z takich zestawień spektakl zyskuje dodatkowe znaczenia: w zderzeniu rozdętego uduchowienia z trywialnością codzienności, zazwyczaj zwycięża trywialność. I takiej metody Jan Peszek trzyma się przez całą godzinę spektaklu.

Wspina się po wewnętrznej stronie drabiny, zwisa na niej (podziw budzi sprawność fizyczna aktora, biorąc pod uwagę, że za niespełna trzy lata skończy 70 lat), wypowiada kwestie zmywając mokrą szmatą podłogę, wyrabiając ciasto, piłując belkę, kontynuuje wykład, waląc drewnianym drągiem w stół. Kulminację i pełnię osiąga w scenie ugniatania luźnego „gluta" z mąki i wody, czemu towarzyszy kwestia wzniosłości sztuki i życia w ogóle.

Wykład jest jednocześnie utworem muzycznym. Jan Peszek wydobywa z siebie i zgromadzonych na scenie rekwizytów rozmaite dźwięki. Do wydobywania dźwięków - wykorzystuje między innymi plastikową rurę, mokrą szmatę rzucaną o ścianę i przeciąganą przez napięte żyłki, a także drewniany drąg, którym wali o stół. Przedmioty takie jak wiadro, piłeczki, puszka, mokra ścierka czy krawat pełnią funkcję instrumentów, ale także aktor wykonujący przedstawienie sam siebie potraktował instrumentalnie i swoim wykonaniem po raz kolejny udowodnił, że jest możliwy "aktor instrumentalny", który utrzyma uwagę widza w swoim godzinnym wystąpieniu.

Recenzenci gremialnie piszą, że „Scenariusz ..." jest wykładem o roli artysty w dzisiejszych czasach, i że „w fenomenalnym wykonaniu Peszka widać fenomen projektu Schaeffera, będącego apoteozą sztuki, a jednocześnie kpiną z jej dumy, prezentującego artystę jako kapłana i błazna w jednej osobie". W moim odbiorze "Scenariusz..." jest bardziej rodzajem manifestu, co zresztą podpowiada sam Jan Peszek - przez pewien czas nawet nie brał honorarium za spektakle, bo uważał, że nie uchodzi brać pieniędzy właśnie za manifest. Dla mnie to manifest „nie-liryczny" artysty, w którym nie ma zgody na rezygnację z wolności i własnej tożsamości w zderzeniu ze zwyczajnością innych. To sprzeciw człowieka wobec stania się tworzywem popkultury.

"Scenariusz..." nie zaskoczył mnie pod względem formy, ale pod względem treści i jakości wykonania. Aktor z niezmienną energią, po tylu latach grania, każde kolejne traktuje jak rodzaj testu: i dla aktora i dla widza - czy w sztuka przez duże „S" jest dla nas wartością bez względu na koszty i prozę życia. Jan Peszek i tym razem zdał celująco.

Joanna Bacewicz
Gazeta Świetojanska1
27 października 2011
Portrety
Jan Peszek

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...